Kirgistan: konno pod Pik Lenina. No, prawie.

Początkowo oględziny Piku Lenina w ogóle nie znalazły się w naszym planie zwiedzania Kirgistanu. Mimo, że mieliśmy aż miesiąc na mozoły w tym kraju, woleliśmy skupić się tylko na jego północnej części. Niestety popełniłam jednak strategiczny błąd – wpisałam w wyszukiwarce frazę „Pik Lenin base camp trekking”, popatrzyłam na zdjęcia i nasz los został przesądzony. Musimy tam jechać!

Szczyt Lenina, zwany także szczytem Awicenny, mierzy sobie 7134 m.n.p.m. i leży w górach Pamiru, na granicy między Kirgistanem a Tadżykistanem – a więc na samym południu. Nasz plan podróży w to miejsce był dość mglisty i obejmował:
– przedostanie się do Osz,
– przejazd z Osz do Sary Mogul,
– znalezienie tzw. CBT w Sary Mogul – organizacji turystycznej, która pomoże nam w organizacji naszego trekkingu (na tym etapie sami nie wiedzieliśmy jeszcze, czy chcielibyśmy trekingu konnego, czy tradycyjnego),
– podziwianie jeziora Tulpar,
– obejrzenie bazy dla wspinaczy zamierzających atakować Pik Lenina,
– wejście na przełęcz Podróżników na wysokość 4150 m.n.p.m.

Wszystkie elementy naszego planu zostały szczęśliwie zrealizowane a Pik Lenina nie zawiódł i objawił nam się w pełnej krasie. Zadyszka przy wejściu na przełęcz Podróżników była może nieco większa od prognozowanej, a jazda konna bolała bardziej, niż się spodziewaliśmy, ale bez dwóch zdań – było warto! No to wróćmy do początku – jak dostać się pod Pik Lenina, gdzie czekają na Was takie widoki?

TRASA BISZKEK-OSZ-SARY MOGUL

Jest całkiem prawdopodobne, że podczas Waszej podróży do Kirgistanu wylądujecie w taki czy inny sposób w BiszkekuNasza przeprawa pod Pik Lenina rozpoczęła się właśnie tutaj. Byliśmy już nieco umęczeni, bo minęły ponad 2 tygodnie pobytu w Kirgistanie, ale kiedy Lenin wzywa, nie ma żadnych wymówek!

Pierwszym etapem podróży był przejazd z Biszkeku do Osz: 700-kilometrowy road trip z szalonymi kirgiskimi kierowcami, którzy na drogach nie biorą jeńców. Między tymi dwoma miastami nie kursują regularne marszrutki, nie ma też połączenia kolejowego. Można próbować przedostać się tam samolotem, ale my wybraliśmy dzieloną taksówkę. W Biszkeku taksówki do Osz odjeżdżają z Dworca Zachodniego – wystarczy się tam udać i zakomunikować światu, że chcemy jechać Osz. Z pewnością zostaniemy pokierowani do odpowiedniej osoby, zrobi się zbiegowisko i przypadkowi ludzie zaczną opowiadać historie swojego życia. Pozostaje jedynie wynegocjować rozsądną cenę i zaczekać, aż zapełni się całe auto (lub doskonalić się w sztuce negocjacji, ustalając cenę za przejazd w przypadku niepełnego składu). Rozsądna cena za przejazd na trasie Biszkek – Osz to około 1500 – 1900 somów (83 – 105 zł), a podróż trwa minimum 12 godzin. Czysty mozół, ale w jakże bajkowej scenerii! Nasz kierowca okazał się niezwykle rozgadanym Kirgizem, który twierdził, że jest policjantem i ma cztery żony, co jednak nie przeszkadzało mu proponować małżeństwa każdej z dziewczyn w samochodzie. 12 godzin minęło nam niespodziewanie szybko, a w międzyczasie słuchaliśmy jego śpiewów, robiliśmy sobie selfie i prowadziliśmy rozmowy o życiu w języku rosyjskim, którego nie znam. Wbrew swojej woli zostaliśmy też wplątani w konflikt między dwiema Francuzkami i Holenderką, które podróżowały z nami. Skończyło się łzami, wzajemnymi pretensjami i scenami jak z telenoweli – cóż, uroki podróżowania…

Na trasie Biszkek – Osz
Nasz kierowca – władca szos.

Do Osz docieramy późnym wieczorem, nocujemy w hostelu, a następnego dnia udajemy się na krótkie zwiedzanie miasta (wspinamy się m.in. na świętą górę Sułajman Too). O godzinie 14.00 z dworca autobusowego umiejscowionego na bazarze rusza marszrutka do Sary Mogul. Płacimy 400 somów/os. (ok. 22 zł) i ruszamy w kolejną podróż. Jedziemy słynnym Traktem Pamirskim – Pamir Higway, a ja nie wiem w którą stronę patrzeć, bo wszędzie jest pięknie. Na trasie przekraczamy m.in. przełęcz położoną na wysokości około 3600 m.n.p.m. Po około 220 kilometrach wysiadamy na końcu świata, we wiosce Sary Mogul. W Osz gotowaliśmy się w upale, tu jest chłodno, żeby nie powiedzieć – zimno. Jesteśmy na wysokości około 3000 m.n.p.m.

Sary Mogul. Piękny koniec świata, a przed nami góry Pamir.

SARY MOGUL I CBT

Sary Mogul to wioseczka, w której mieszka około 3000 osób. Jest to baza wypadowa dla poszukiwaczy mozołu – zarówno w okolicy bazy pod Pikiem Lenina, jak i na północ od Sary Mogul. Tutaj znajdziemy także przyzwoitą bazę turystyczną – miejsca noclegowe, sklepy, a także centrum turystyczne CBT. To miejsce, w którym uzyskacie informacje (w języku angielskim!) na temat lokalnych atrakcji, będziecie mogli zamówić podwózkę samochodem terenowym, kupić mapę, wynająć przewodnika lub konie, generalnie – w CBT spełnią każde wasze podróżnicze życzenie, oczywiście za odpowiednią opłatą.

W marszrutce z Osz do Sary Mogul poznaliśmy Adama – Polaka, z którym postanowiliśmy połączyć siły i razem ruszyć pod Pik Lenina. Po rozmowach i negocjacjach z przedstawicielem CBT ustaliliśmy, że decydujemy się na 3-dniowy trekking konny, w trakcie którego będziemy mieli okazję zobaczyć bazę pod Pikiem Lenina i zdobyć przełęcz Podróżników. Cena takiej wycieczki to 6000 somów od osoby (ok. 330 zł/os.) W cenie było wynajęcie przewodnika i konia dla każdego z nas. Jeśli chodzi o nocleg, mieliśmy wybór: mogliśmy spać w swoim namiocie za darmo lub skorzystać z noclegu w jurcie ze śniadaniem i z kolacją za 1000 somów/os. (55 zł/os). Przewodnik twierdził, że to specjalna cena wynegocjowana dla nas. Decyzję o tym, czy będziemy spać w jurtach i czy będziemy korzystać z własnego wyżywienia, czy też z tego przygotowywanego w jurtach, mogliśmy podjąć na miejscu. W trakcie rozmów wspomniałam, że w sumie nie potrafimy jeździć konno, ale zapewniono nas, że to żaden problem. Wkrótce mieliśmy przekonać się o tym, że jazda konna bez umiejętności jazdy konnej jest bolesna.

Plan naszej podróży przedstawiał się następująco:
DZIEŃ 1: przejazd konny (około 5 godzin) z Sary Mogul nad jezioro Tulpar, w okolicy obozu z jurtami CBT, nocleg w namiocie lub w jurcie
DZIEŃ 2: przejazd konny do bazy dla wspinaczy, a następnie na Polanę Cebulową na wysokość około 3800 m.n.p.m. i podejście na nogach na przełęcz Podróżników na wysokość 4150 m.n.p.m. Powrót nad jezioro Tulpar.
DZIEŃ 3: Powrót na koniach do Sary Mogul (inną drogą niż pierwszego dnia).

W CBT zazwyczaj będziecie mogli „skroić” wycieczkę według swoich oczekiwań. Chcecie podjechać nad jezioro Tulpar samochodem? Da się zrobić. Macie tylko 1 dzień na trekking w okolicy? Nie ma sprawy, pracownicy CBT na pewno zaproponują Wam interesujące możliwości. Po ustaleniu wszystkich szczegółów udaliśmy się do „hostelu” prowadzonego przez CBT, gdzie za 1000 somów/os. (ok. 55 zł) zjadamy kolację, spędzamy noc, a rano dostajemy również śniadanie.

3-DNIOWY KONNY TREKKING W OKOLICY BAZY POD PIKIEM LENINA

Umówiliśmy się z naszym przewodnikiem na godzinę dziewiątą rano. Oczywiście o dziewiątej w umówionym miejscu nie było ani przewodnika, ani koni. Cóż, Kirgistan. Czekaliśmy cierpliwie, aż w końcu po kilkudziesięciu minutach zjawił się przewodnik, a chwilę później konie. Spodziewałam się wyczerpującego instruktażu, jak obsługiwać konia i przeżyć, tymczasem nasz przemiły przewodnik zapakował każdego z nas na zwierza, poinstruował krótko jaki dźwięk należy wydać, by konia zatrzymać, a jaki by koniem wystartować. Niestety okazało się, że mój koń ma w głębokim poważaniu wszystkie moje komendy, idzie gdzie chce i kiedy chce, a ja kurczowo trzymam się siodła, żeby nie skręcić sobie karku już pierwszego dnia. W efekcie przez 3 dni konnych mozołów byłam prowadzona na sznurku przez przewodnika siedzącego na swoim koniu. No nic, najważniejsze, że nikt nie zginął.

No dobrze… jak się go obsługuje…?

Ruszyliśmy w drogę. Nasze bagaże pojechały samochodem terenowym, więc mieliśmy ze sobą jedynie lekkie plecaki. Powoli opuszczaliśmy Sary Mogul i wędrowaliśmy przez rozległy płaskowyż – były tu jedynie niewielkie wzniesienia, dzięki czemu mogliśmy przyzwyczaić się choć trochę do koni. Przed nami piętrzyła się ściana gór – wydawało się, że są tuż – tuż, tymczasem godziny upływały, a góry nadal majaczyły daleko na horyzoncie.

W końcu dotarliśmy nad jezioro Tulpar do obozu CBT. Nie umiem opisać, jak bardzo cieszyłam się z tego, że mogę zejść z konia – bolało mnie wszystko, a najbardziej części ciała od pasa w dół. Niestety pogoda nie wróżyła niczego dobrego. Gęste chmury wisiały nad okolicznymi szczytami, a główny bohater – Pik Lenina – nie raczył się nawet ukazać naszym oczom. Odebraliśmy nasze bagaże i mimo wszystko postanowiliśmy, że rozbijamy namioty nad jeziorem, rezygnując z noclegu w ciepłej jurcie. Konna wycieczka trwająca około 5 godzin wykończyła mnie do tego stopnia, że zaległam w namiocie i prawie zasnęłam, choć było jeszcze wcześnie. Rozbudziła mnie nieoczekiwana wizyta krowy, która zajrzała przez uchylone poły namiotu w poszukiwaniu towarzystwa. Ponieważ było dość zimno i nieprzyjemnie, stwierdziliśmy, że idziemy do obozu CBT na kolację – tam się ogrzejemy i zostaniemy nakarmieni. Za 300 somów od osoby (ok. 16 zł/os.) zajadaliśmy się więc nieprzyzwoicie smacznymi specjałami, rozmawiając z innymi turystami z całego świata. Czaj lał się hektolitrami. Gdy zrobiło się ciemno, wróciliśmy do namiotu, wcześniej ustalając z przewodnikiem szczegółowy rozkład jutrzejszego dnia. O 9 mieliśmy więc ruszyć konno do bazy pod Pikiem Lenina, następnie podejść jeszcze kawałek do momentu, do którego konie będą w stanie iść, a następnie na własnych nogach podejść na przełęcz Podróżników. Brzmiało bardzo dobrze!

W STRONĘ PRZEŁĘCZY PODRÓŻNIKÓW

Rano świat postanowił wynagrodzić nas za cierpienia, jakich doświadczyliśmy w trakcie wczorajszej konnej przeprawy (pamiętajcie, że jazda konna bez umiejętności jazdy konnej boli). Kiedy wyjrzeliśmy z namiotu, naszym oczom ukazało się błękitne, bezchmurne niebo, a w miejscu, w którym wczoraj kłębiły się chmury, piętrzyła się wielka, biała ściana. Good morning Lenin!

Rano zjedliśmy śniadanie w namiocie i razem z Adamem ruszyliśmy do obozu, gdzie czekał już na nas przewodnik z naszymi zwierzakami. Drugi dzień jazdy konnej bolał bardziej niż pierwszy. Do tego trasa była zdecydowanie bardziej wymagająca niż poprzedniego dnia. Pojawiły się początkowo łagodne pagórki, aż w końcu przyszło nam zejść niebezpiecznie stromą ścieżką na dno doliny, gdzie trzeba było przekroczyć rzekę. Trzymałam się siodła kurczowo i przyrzekałam sobie, że nigdy więcej nie wybiorę się na konne trekkingi, no chyba że wcześniej nauczę się jeździć konno. Po przekroczeniu rzeki czekało nas ostre podejście, które było równie traumatyczne jak zejście. Wtedy postanowiłam, że drogę powrotną pokonam na piechotę, bo ryzyko, że spadnę z konia i skręcę sobie kark jest zbyt wysokie. Szczęśliwie podejście się skończyło i szliśmy w końcu po dość płaskim terenie, zbliżając się do bazy pod Pikiem Lenina.

Bazę minęliśmy bez zatrzymywania się, bo w sumie nie mieliśmy takiej potrzeby. Namioty, baraki i całą obozową infrastrukturę obejrzeliśmy siedząc na koniach. Jechaliśmy dalej, ku Polanie Cebulowej. To właśnie tam miał się rozpocząć ostatni, pieszy etap naszej wycieczki – konie zostaną na dole, a my podejdziemy około 350 m., by wejść na przełęcz Podróżników.

Po dotarciu na miejsce nasz przewodnik został z końmi, a nasza trójka – ja, Marek i Adam, ruszyliśmy w górę. Początkowo było nieco nietrudnej wspinaczki po skałach, a następnie zaczęło się dość łagodne podejście zakończone efektownymi zakosami. Mozołu dodawał fakt, że podłoże było dość niestabilne – małe kamyczki usypywały się spod nóg. Oczywiście na wysokości około 4000 m.n.p.m. zadyszka staje się najlepszym przyjacielem człowieka, tak więc na podejściu na przełęcz dyszałam jak parowóz. To jednak bez znaczenia, bo to, co ujrzeliśmy po drugiej stronie było warte każdego mozołu.

Na przełęczy spędziliśmy dobrą godzinę, najpierw wdrapując się jeszcze wyżej, na pobliski pagór, a potem siedząc na ziemi, pijąc herbatę i chłonąc piękno otoczenia. Ciszę przerywały jedynie popiskiwania świstaków, nieprzyzwoicie grubych i zupełnie nic nierobiących sobie z obecności człowieka. Chwile spędzone na przełęczy Podróżników warte były każdego mozołu.

W końcu jednak postanowiliśmy się zbierać – nasze konie z pewnością już za nami tęsknią! Dość sprawnie wróciliśmy na Polanę Cebulową, a cała operacja z wejściem i powrotem z przełęczy zajęła nam jakieś 3 godziny. Załadowaliśmy się na konie i ruszyliśmy w drogę powrotną do obozu CBT. Najtrudniejszy fragment trasy pokonałam pieszo, a mój koń był prowadzony przez przewodnika – lepiej nie kusić losu, prawda?

Kiedy dotarliśmy do obozu byłam wykończona, choć to przecież koń wykonał dziś największą robotę. Mimo wszystko uznałam, że należy mi się odrobina luksusu i postanowiłam spać w jurcie. Marek z Adamem ocenili najwyraźniej, że to zbyt duże burżujstwo i wybrali noc w namiocie, dzięki czemu miałam prywatną, osobistą jurtę tylko dla mnie! (koszt: 1000 somów, ok. 55 zł z kolacją i śniadaniem). Udało mi się nawet wziąć lekko ciepły prysznic w obozowym baraku. Świat zdecydowanie mnie rozpieszczał.

Muszę jeszcze wspomnieć o pewnym spotkaniu w obozie CBT. Kiedy po całodniowej wycieczce konnej ledwo żywa poszłam do kuchni obozowej, żeby napić się herbaty, kątem oka zauważyłam, że przy jednym z namiotów leży ktoś zwinięty w kłębek. Pewnie odpoczywa – pomyślałam. Okazało się, że w baraku pełniącym rolę kuchni, siedział jego kolega. Panowie byli Polakami, właśnie zeszli z Piku Lenina, a jeden z nich – ten siedzący w kuchni – zdobył szczyt. Wkrótce dołączył też do nas jego towarzysz. Szczerze im gratulowaliśmy i naprawdę muszę przyznać, że ich podziwiam (tak jak podziwiam każdego, kto zdobył siedmiotysięcznik), ale spotkanie z nimi utwierdziło mnie w przekonaniu, że zdobywanie siedmiotysięcznych pagórów to nie jest to, co chcę robić w życiu. Panowie wyglądali dramatycznie. Odwodnieni, z problemami żołądkowymi, odmrożeni, nie do końca kontaktujący. Na szczęście dość szybko udało im się załapać na samochód jadący do Sary Mogul, a to jest już jakiś przyczółek cywilizacji.

Odwrót! W stronę obozu CBT.
Moja prywatna jurta.

POWRÓT DO SARY MOGUL

Ostatniego, trzeciego dnia naszej konnej przygody, zjedliśmy przepyszne śniadanie przygotowane przez najlepszego kucharza w Kirgistanie, spakowaliśmy namioty i resztę naszych rzeczy i oddaliśmy je komuś, kto akurat jechał terenówką do Sary Mogul, tak, aby konie nie musiały dźwigać dodatkowego bagażu i żegnaliśmy się powoli z Pikiem Lenina.

Nasza trójka i najlepszy kucharz w Kirgistanie.

Do Sary Mogul wracaliśmy inną drogą niż pierwszego dnia – było nieco więcej pagórków, trasa była ciekawsza, ale ja marzyłam tylko o tym, by wreszcie zsiąść z tego konia… Nie obyło się też dramatycznych chwil. Kiedy na horyzoncie pojawiało się stado klaczy, nasze konie wariowały! Szczęśliwie trafił mi się koń młody, któremu jeszcze te wariactwa były obce, dlatego mój dzielny „Bejbi Horse” pozostawał spokojny, podczas gdy konie Marka i Adama prawie stawały dęba… Nasz przewodnik musiał kilkukrotnie interweniować, uspokajać nasze konie, odganiać stada klaczy lub zmieniać trasę przejazdu.

Kiedy w końcu dotarliśmy do Sary Mogul i jechaliśmy na koniach przez wieś, wzbudzaliśmy ogólne zainteresowanie. Ludzie przyglądali nam się ciekawie, dzieci do nas machały, a ja chciałam po prostu zejść z tego konia. Gdy w końcu stanęłam na ziemi, poczułam ból wszystkiego. Nasze konie zostały przejęte przez kilkuletnich chłopaczków (serio, sądzę, że nie mieli więcej niż 10 lat), którzy z gracją wdrapali się na nie i odjechali w bliżej nieznanym kierunku. W moim przypadku każdorazowe wejście i zejście z konia było małą walką.

Baza CBT z Pikiem Lenina w tle.
Postój. Odpoczynek dla koni i dla naszych mięśni.

Postanowiliśmy spędzić jeszcze jedną noc w bazie noclegowej CBT, a następnego dnia z samego rana wrócić marszrutką do Osz o godzinie 7 rano. Oczywiście o 7 żadnej marszrutki nie było, a kiedy po kilkudziesięciu minutach w końcu do nas dotarła, okazało się, że nie ma miejsc. Czekaliśmy więc na kolejnego busa – pół wsi zaangażowało się już w akcję pomocy dwójce Polaków, którzy chcieli dostać się do Osz. Marszrutka w końcu przybyła. Miejsc siedzących niestety już nie było, ale nagle ktoś wyciągnął jakiś stołeczek, ktoś inny mały taborecik i ochoczo zajęliśmy nasze miejsca w busiku. Mknęliśmy więc przez Pamir Highway, pokonując przełęcze na wysokości 3500 m.n.p.m. siedząc na taborecikach w wypchanym po brzegi samochodzie. Lepiej być nie mogło!

Tak właśnie zakończyły się nasze odwiedziny u Lenina. Choć przeprawa na południe Kirgistanu to niezły kawał mozołu, to wierzcie mi – warto!

Inne wpisy z Kirgistanu znajdziesz TUTAJ.


KILKA INFORMACJI PRAKTYCZNYCH (część z nich znajdziecie w treści wpisu):

  • Aby dostać się pod Pik Lenina z Biszkeku, najpierw trzeba dostać się do Osz. Między tymi dwoma miastami nie kursują regularne marszrutki, nie ma też połączenia kolejowego, pozostaje więc dzielona taksówka. W Biszkeku taksówki do Osz odjeżdżają z Dworca Zachodniego. Rozsądna cena za przejazd na trasie Biszkek – Osz to około 1500 – 1900 somów (83 – 105 zł), a podróż trwa minimum 12 godzin.
  • O godzinie 14.00 z dworca autobusowego w Osz umiejscowionego na bazarze rusza marszrutka do Sary Mogul. Koszt: 400 somów (ok. 22 zł), podróż trwa około 4 godzin.
  • W Sary Mogul nocleg znajdziecie w CBT. Koszt – 1000 somów ze śniadaniem (ok. 55 zł).
  • Z Sary Mogul do bazy CBT położonej nad jeziorem Tulpar jest około 20 km. Można pokonać tę trasę pieszo (ok. 1 dzień), wynajętym samochodem terenowym lub konno (do ustalenia w siedzibie CBT w Sary Mogul). Osobiście raczej odradzałabym pomysł pokonywania tego odcinka pieszo, gdyż jest dość monotonny, a najlepsze widoki rozpoczynają się dopiero nad jeziorem Tulpar.
  • Z bazy CBT do bazy pod Pikiem Lenina jest jeszcze kilka kilometrów, które pokonać można konno lub pieszo. Jeszcze dalej znajduje się Polana Cebulowa, skąd rozpoczyna się ostrzejsze podejście na przełęcz Podróżników (4150 m.n.p.m.).
  • W CBT w Sary Mogul kupicie mapy terenu, w razie potrzeby zamówicie sobie transport lub wynajmiecie przewodnika.
  • W obozie CBT nad jeziorem Tulpar można spać w jurtach, można też skorzystać z wyżywienia. Jeśli jednak chcecie, możecie po prostu rozbić swój namiot i korzystać z własnego wyżywienia.

W kirgiskim mozole wspierała nas Chiruca i jej buty, które dzielnie radziły sobie w każdych warunkach. PRZECZYTAJ recenzję butów Telma GTX Chiruca (model damski)

Leave a Reply