Jeden dzień w Antwerpii

Antwerpia_małe

Skoro już zawitałyśmy do Belgii, szkoda byłoby ograniczać się jedynie do Brukseli. Wpadłyśmy zatem z wizytą do uroczej Antwerpii, która przywitała nas szaloną pogodą, wąskimi uliczkami i imprezą pod katedrą. To bardzo przyjemne miasto portowe, jedno z ważniejszych w Europie, jest też słynnym ośrodkiem szlifowania diamentów. Co prawda nie widziałyśmy nawet pół diamentu, ale miasto i tak należy zaliczyć do tych zdecydowanie wartych odwiedzenia.

Antwerpia jest oddalona od Brukseli o ok. 50 km na północ. Gdybyście kiedyś chcieli wyskoczyć do Antwerpii przy okazji pobytu w stolicy Belgii, warto pamiętać, że w weekend belgijskie koleje oferują promocję: można kupić 2 bilety w cenie 1. Tym sposobem podróż kosztowała nas 8 euro w obie strony. Po niecałej godzinie spędzonej w pociągu, dotarłyśmy do celu. Pamiętajcie, że w języku francuskim Antwerpia to Anvers – ta wiedza się przydaje, głupio byłoby stać na peronie i nie wsiąść do pociągu, bo przecież jedzie do Anvers, a nie do Antwerpii. Sądzę, że byłabym do czegoś takiego zdolna, dlatego przestrzegam.

pociąg do Antwerpii

Dworzec w Antwerpii jest podobno jednym z najładniejszych w Europie. Mało tego, nazywany jest Kolejową Katedrą. I ja się z tym zgadzam, dworzec jest rewelacyjny. Do tego stopnia, że zasłużył sobie na rozbudowaną sesję zdjęciową, ma nawet zdjęcie z nami:

Szeroka ulica Meir, pełna sieciowych sklepów z ubraniami, doprowadziła nas do centrum miasta. Już z daleka widać było wysoką, strzelistą wieżę katedry Najświętszej Marii Panny, najważniejszej gotyckiej budowli w Belgii. To także jedna z najwyższych budowli sakralnych na świecie. Rzeczywiście, trzeba było wysoko zadzierać głowę. Wnętrze katedry można zwiedzać za opłatą, dlatego my zrezygnowałyśmy z tej przyjemności.

Bardzo lubię trafiać przypadkiem na wszelkiego rodzaju spędy publiczne – demonstracje, imprezy, parady i tym podobne atrakcje. Ale musi być przypadkiem, wtedy jest najfajniej. W Antwerpii trafiła nam się parada, a potem pokaz czegoś dziwnego. Nieistotne, że nie mam pojęcia, o co chodziło, ważne, że było zabawnie. Najpierw dziwne harce z mieczami odprawiały dzieci, potem przyszła kolej na dziarskich starszych panów w zabawnych butach, a na końcu nieco młodsi panowie tańczyli z mieczami. Świetny plan na spędzenie niedzielnego przedpołudnia. Próbowałam znaleźć informację na temat tego, co właściwie tam zaszło, ale googiel odmawia współpracy w tym zakresie.

Panowie dają radę:

Na rynku Grote Markt znajduje się fontanna przedstawiająca legendarnego bohatera Brabo, który wsławił się odcięciem dłoni olbrzymowi terroryzującemu żeglarzy przeprawiających się przez rzekę Skaldę. Uwielbiam takie historie. W herbie Antwerpii znajdują się zresztą dwie odcięte dłonie, a samo miasto wzięło nazwę od niderlandzkiego hand werpen, co można przetłumaczyć jako rzucać dłoń. Nawet jeśli to tylko typowa opowiastka pod turystów, to ja jestem prawie zachwycona. W Antwerpii w sklepach z pamiątkami można sobie kupić dłonie w różnej formie – wisiorka, czekoladki czy figurki. Jeśli tylko ktoś gustuje w odciętych dłoniach.

fontanno z Brabo

Antwerpia to także miasto Rubensa. Pomnik artysty, który większość życia spędził w Antwerpii, stoi na pobliskim Groenplaats. Można także odwiedzić dom Rubensa, który został zbudowany według jego projektu. Dziś mieści się tam muzeum Rubensa z kolekcją obrazów.

Rubens

Jeśli chcecie poczuć trochę średniowiecznego klimatu, również się nie zawiedziecie. Najstarszym budynkiem w mieście jest zamek Het Steen, którego budowa rozpoczęła się w XIII w. Budowla wygląda imponująco, jak wzorcowy zamek z bajki. Więcej o zamku można przeczytać tutaj.

Warto wstąpić też do kościoła św. Pawła, który zapamiętałam ze względu na bardzo ciekawy wystrój wnętrza – wspaniale rzeźbione konfesjonały i imponującą kolekcję obrazów. Ale to nie wszystko – obok kościoła znajduje się kapliczka, skryta między budynkami, otoczona rzeźbami – nie można jej ominąć.

Antwerpia to bardzo wdzięczne miasto – można się pogubić w labiryncie małych, wąskich uliczek. 6 marca, kiedy tam byłyśmy, organizowany był bieg uliczny, tak więc kiedy błąkałyśmy się po zaułkach, co chwilę gdzieś obok przebiegały grupki zawodników (bądź też czołgały się resztkami sił, cóż, bywa i tak). Mam jednak nadzieję, że wszyscy osiągnęli swoją metę tak jak i my – wracając do Brukseli po bardzo intensywnym, udanym dniu w Antwerpii.

Antwerpia - kościół św. Pawłaknajpa w Antwerpiidekoracja ulicznanadbrzeżeżegnamy z Antwerpii!

Przeczytaj też:
Bruksela: tropem sikających istot
Belgia: nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

Dodaj komentarz