HRP – Etap 4. Salardu – l’Hospitalet-pres-l’Andorre

Pirenejska dzicz zaprasza! Porzućcie wszelką nadzieję – wy, którzy marzycie o ciepłym prysznicu na szlaku – nie tędy droga! Czwarty etap HRP prowadzi nieco odludnymi ścieżkami, z dala od przybytków cywilizacji. Przemierzamy bajeczne zakątki głównie hiszpańskich Pirenejów, na chwilę wpadając do zjawiskowej Andory. Fakt, że razem z nami HRP przemierzają burzowe chmury, czyni wędrówkę jeszcze bardziej emocjonującą…


Poprzednie wpisy na temat HRP znajdują się tu:
HRP – etap 1. Kraj Basków – relacja z etapu 1
HRP – etap 2. Lescun – Gavarnie – relacja z etapu 2
HRP – etap 3. Gavarnie – Salardu – relacja z etapu 3
Szlakiem HRP przez Pireneje – informacje praktyczne o szlaku


6.08.2022
DZIEŃ 26. Salardu – Refugi Gracia Airoto
15,5 km / 🠕 1419 m. / 🠗 513 m.

Wymarsz z Salardu (1270 m.n.p.m.) okazał się dość wymagającym przedsięwzięciem, przede wszystkim ze względu na wagę naszych plecaków. Ponieważ wkraczaliśmy w strefę dziczy, mieliśmy ze sobą zapasy jedzenia na co najmniej 6 dni drogi. Dzień wcześniej wrzuciliśmy na Facebooka ogłoszenie, w którym poszukiwaliśmy szerpy, ale niestety nikt się nie zgłosił. Nie pozostało nam więc nic innego jak samodzielne taszczenie bagażu przez pirenejskie odludzia.

Cywilizacja zostaje w dole, przed nami dłuuga droga w górę

Czwarty etap HRP rozpoczyna się od wysokiego C – do podejścia mamy około 1400 metrów, a przewodnik przestrzega przed stromymi zboczami, surowym terenem i brakiem oznakowań. To już nasz czwarty tydzień w drodze, więc takie słowa przyjmujemy co prawda bez wielkiego entuzjazmu, ale też bez zdziwienia. Pierwsze godziny wędrówki nie są zresztą jakieś mordercze – ciśniemy cały czas w górę, ale ścieżka jest wygodna i w miarę łagodna. Mijamy resort narciarski Baqueira – Beret, wędrujemy brzegiem jeziora Estany de Baciver (2078 m.n.p.m.), aż w końcu docieramy do równiny, na której znajdują się dwa jeziora Estanys Rosari de Baciver (2311 m.n.p.m.). Tu robimy przerwę, bo to, co widzimy przed nami, bardzo nam się nie podoba.

Nad brzegiem Estany de Baciver

Przed nami wypiętrza się trawiasto-skalista ściana z dwoma wierzchołkami i uświadamiamy sobie, że jeden z nich to musi być Tuc de Marimanya (2662 m.n.p.m.) – nasz cel. Wszystko, przed czym przestrzegał przewodnik, okazuje się prawdą. Oznakowanie zanika i trzeba samemu znaleźć jakąś sensowną drogę na szczyt, a samo wejście jest absurdalnie strome. Ciężkie plecaki nie ułatwiają zadania. W końcu udaje nam się wgramolić na wierzchołek, choć zajmuje nam to więcej czasu niż zakładaliśmy. Widoki z góry nie zawodzą – podziwiamy m.in. masyw Maladeta, urządzamy krótki odpoczynek, ale gęste chmury gromadzące się dookoła skutecznie zachęcają nas do dalszej drogi.

Grań, na którą trzeba się jakoś wdarapć
Widok ze szczytu Tuc de Marimanya
I na drugą stronę…
I razem 🙂

Zejście jest być może jeszcze bardziej ekscytujące niż wejście. Kroczymy granią pełną wielkich głazów, co chwilę wdrapuję się więc i złażę z rozsypanych po okolicy bloków skalnych. Tradycyjnie już idzie mi to wolno, może nawet jeszcze wolniej niż normalnie, bo waga plecaka robi swoje. Oznakowania szlaku nadal nie ma, kierujemy się więc mniej więcej w stronę, którą wskazuje nam mapa, wybierając najbardziej dogodną trasę.

Rozpoczynamy zejście
Mozół w swoim naturalnym środowisku

Tego dnia rano w przypływie niczym nieuzasadnionego optymizmu mieliśmy plan, by dotrzeć aż do miejscowości Alos d’Isil. Zejście z Tuc de Marimaya rozwiało te plany – szłam dużo wolniej niż wskazywał przewodnik, a do tego gdzieś za przełęczą Coll d’Airoto (2510 m.n.p.m.) usłyszeliśmy pierwsze burzowe pomruki. W lekkim deszczu udało nam się dotrzeć do niestrzeżonego schroniska Refugi Gracia Airoto (2200 m.n.p.m.), a kiedy tylko weszliśmy do środka, rozpoczęło się to, na co zapowiadało się już od dawna – ulewa, gradobicie i burza. W głębi duszy cieszyłam się, że byłam tak wolna, bo gdybym szła szybciej, dostalibyśmy tym gradem i burzą gdzieś w okolicach kolejnej przełęczy.

Tę noc spędziliśmy w schronisku w towarzystwie hiszpańskiego turysty, jego psa, a potem także francuskiej pary – ta dwójka dołączyła do nas później, zupełnie przemoczona. Cały wieczór był deszczowo – gradowo – burzowy, tak więc siedzieliśmy zawinięci w śpiwory, popijając gorącą herbatę i rozmawiając. Pierwszy dzień czwartego etapu HRP nie należał do łatwych, ale doceniam łaskę świata, który pozwolił nam dotrzeć do schronu przed zupełnym załamaniem pogody.

Refugi Gracia Airoto

7.08.2022
DZIEŃ 27. Refugi Gracia Airoto – pod przełęczą de la Cornella
14 km / 🠕 837 m. / 🠗 1165 m.

Poranek powitał nas słoneczną, bezchmurną pogodą i choć wcale nie chciało nam się wynurzać z ciepłych śpiworów, to dziarskim krokiem ruszyliśmy na przełęcz Collado del Clot de Moredo na wysokość 2429 m.n.p.m. Ponad 200 metrów podejścia nieco nas rozbudziło. Na przełęczy spotkaliśmy wędrowca, który chyba trochę się pogubił, bo kręcił się tam i z powrotem, jakby nie mógł się zdecydować gdzie iść. Nas również czekało małe wyzwanie – przewodnik obojętnym tonem informował, że zejście do osady Alos d’Isil owiane jest niemalże legendą – wymaga sporej dawki improwizacji, bo szlak nie jest w żaden sposób oznakowany. Tego typu uwagi nie robiły już na nas większego wrażenia i dość sprawnie udało nam się zejść ponad 1000 metrów do malutkiej hiszpańskiej wioseczki.

Nowy dzień, czyste niebo. Widok z przełęczy Collado del Clot de Moredo.

W tej nieco odludnej osadzie znajduje się kościół, a także – podobno – schronisko. My jednak tego schroniska nie odnaleźliśmy, choć prawdę mówiąc nie szukaliśmy jakoś specjalnie. Nie mieliśmy takiej potrzeby, bo nie zamierzaliśmy w nim spać, nie potrzebowaliśmy także uzupełnienia zapasów. Urządziliśmy więc sobie krótką przerwę na drugie śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę – najpierw asfaltem, po płaskim, potem już niestety wyłącznie w górę.

Patrzyliśmy w niebo i podejrzewaliśmy, że czeka nas dziś duża przykrość ze strony pogody. Tak też było. Udało nam się podejść może około 600 – 700 metrów i dopadła nas burza – całkiem konkretna, a wraz z nią mocna ulewa. Byliśmy akurat na trawiastym płaskowyżu, zdecydowaliśmy więc, że rozkładamy namiot i przeczekujemy tę pogodową atrakcję. Z duszą na ramieniu liczyłam więc sekundy dzielące błyski i grzmoty i trzymałam kciuki za nasz namiot, aby nie poddał się ścianie wody nacierającej na tropik. Ta burza była jednym z najbardziej stresujących pirenejskich przeżyć. Przysięgałam sobie, że po raz ostatni w życiu przechodzę jakikolwiek szlak długodystansowy (ta przysięga jest już nieaktualna). Początkowo planowaliśmy, że wieczorem podejdziemy jeszcze trochę wyżej, ale deszcz padał prawie do zmroku i opuścił nas nieco duch walki. Zostaliśmy więc w tym miejscu na noc, przed snem jeszcze biorąc lodowatą kąpiel w strumyku.

Tutaj dopadła nas burza. Zdjęcie z kolejnego poranka, kiedy stres już opadł.

8.08.2022
DZIEŃ 28. pod przełęczą de la Cornella – przed Estany Inferior de Guerosso
19 km / 🠕 1174 m. / 🠗 1154 m.

Poranek, jak zwykle zresztą, był pogodny. My jednak i tak wiedzieliśmy swoje – pogodne poranki służą jedynie uśpieniu czujności, bo po południu i tak należy spodziewać się burzy. Zebraliśmy się więc sprawnie, by rozpocząć wędrówkę jak najwcześniej, a w godzinach popołudniowych znaleźć się gdziekolwiek, byle nie na odkrytej grani.

Na rozgrzewkę czekało nas podejście na przełęcz Coll de la Cornella (2485 m.n.p.m.) – niespodziewanie emocjonujące, bo mieliśmy tutaj stromą wspinaczkę, dwie „fałszywe przełęcze” (czyli miejsca, w których myślisz, że to już tu, a jednak wcale nie), brak oznakowania i… całą masę walających się po okolicy kości. Prawdopodobnie były to kości krów, bo widzieliśmy także trójkątne „kolczyki”, jakie noszą krowy. Co tu się wydarzyło – nie wiemy, ale wspinaczka zacienionym, stromym i surowym „krowim żlebem” była dość ponurym doświadczeniem.

Kiedy w końcu wgramoliliśmy się na przełęcz de la Cornella, wspomniałam, że przewodnik ostrzegał przed „estremely steep slope”. Wszystko się zgadzało. Sam początek zejścia był tak stromy, że uznaliśmy, że to niemożliwe, aby to był szlak. Marek ruszył więc eksplorować okoliczne skały, ale szybko wrócił mówiąc, że to jednak musi być tu. Zsunęłam się więc jakoś z tego urwiska i dreptałam powoli w dół, a odetchnęłam dopiero kiedu trochę się wypłaszczyło. Przy jeziorach Estanys de Tartera spotkaliśmy parę, która chwilę wcześniej pływała w (raczej dość chłodnej) wodzie. Po krótkim odpoczynku i przefiltowaniu nowej porcji wody ruszyliśmy dalej, na kolejne przełęcze. Pamiętam, że na Coll de Calberante (2610 m.n.p.m.) robiliśmy sobie selfie, a ja myślałam, że jest poniedziałek i w „normalnym życiu” pewnie bym pracowała. Może i od kilku dni nie brałam prysznica, może przeklinam każde ostrzejsze podejście, może nie wiem gdzie spędzę noc i stresuję się na myśl o popołudniowych burzach, ale pewne jest jedno – to poniedziałkowe południe wolę spędzać w Pirenejach, a nie ślęcząc przed monitorem w pracy.

Chwila wytchnienia po walce z nieprzyzwoicie stromym zejściem. Czas na filtrowanie wody.
Poniedziałek niczego sobie 🙂 Widok z przełęczy Coll de Calberante (2610 m.n.p.m.)

Rozpoczęliśmy zejście do schroniska bezobsługowego Refugi Encric Pujol (2290 m.n.p.m.). Był to przepiękny fragment trasy, wymagający trochę wspinaczki i nieco stąpania po podmokłym terenie, ale oferujący w zamian m.in. towarzystwo przepięknych wodospadów. Przed schroniskiem, będącym w zasadzie metalową puszką, urządziliśmy sobie kolejną przerwę, najpierw przeprowadzając inspekcję wnętrza (pięć gwiazdek!), a następnie jedząc przekąski w pięknej, górskiej scenerii.

Zejście do bezobsługowego schroniska Refugi Enric Pujol
Okolice schroniska. Bajka!
Ten barak zapewne niejednemu uratował tyłek.
Luksusy!

Rajska sceneria nas nie opuszczała – zejście ze schroniska do Riu del Port (1690 m.n.p.m.). obfituje w piękne widoki. Otaczają nas strumyki, teren chwilowo wypłaszcza się i znajdujemy się na zielonym plateau, następnie wędrujemy przez las, aż w końcu docieramy na koniec świata. Witajcie w Noarre!

Noarre to malutka, hiszpańska osada, do której jeszcze do niedawna nie wiodła żadna droga. Znajduje się tu kilka wakacyjnych domów. Kilka osób kręciło się dookoła, będąc zapewne na letnim urlopie. Postanowiliśmy przeczekać godziny popołudniowe w tej miłej scenerii. Mając w pamięci ostatnie, popołudniowe burze, stwierdziliśmy, że zostaniemy tutaj aż do wieczora, bo tu przynajmniej w razie czego znajdziemy jakieś schronienie. Ostatecznie burzy nie było, choć chmurzyło się mocno, i wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę. Po około 400 metrach podejścia przez las dotarliśmy do wypłaszczenia – był tam wodospad z wypływającym z jego strumykiem a także mały lasek. Rozbiliśmy namiot i spędziliśmy w tym miejscu noc, nie niepokojeni przez ludzi, zwierzęta, oraz – co najważniejsze – burze.

Wodospady, strumyki, potoczki – na tym etapie wody nie brakowało
Piękny koniec świata. Noarre.
Tu spędziliśmy popołudnie, licząc na to, że w razie burzy znajdziemy jakieś schronienie.
Dobranoc!

9.08.2022
DZIEŃ 29. przed Estany Inferior de Guerosso – Pont de Boavi
15,5 km / 🠕 549 m. / 🠗 1232 m.

Dzień rozpoczął się tak, jak to często bywa na HRP – mocnym, ostrym podejściem do Estany Inferior de Guerosso (2280 m.n.p.m.). W zasięgu wzroku nie było żadnego wędrowca, cieszyliśmy się więc magią cichego poranka. Dalej szlak wiódł bezwzględnie pod górę, aż w końcu po około 400 m. podejścia stanęliśmy na przełęczy Col de Certascan (2605 m.n.p.m.). To kolejna wysoka przełęcz, którą przekraczamy w trakcie naszej pirenejskiej przygody. Schodzimy z niej dość bezboleśnie, mijamy jezioro Estany de Certascan i docieramy do przyczółku cywilizacji – strzeżonego schroniska Refugi de Certascan (2240 m.n.p.m.). Jest jeszcze dość wcześnie (około 10.00 rano), ale i o takiej porze udaje mi się zamówić w schronisku dwie kawy i dwa kawałki ciasta. Rozpusta.

W takiej scenerii wędrujemy. Powoli wschodzące słońce, dużo szumiących strumyków, wodospady. I podejścia.
Na przełęczy Col de Certascan.
Jezioro Estany de Certascan z bardzo niskim poziomem wody.
Droga do schroniska momentami była dość emocjonująca. Tu akurat przykład bardzo dobrego oznakowania szlaku.
Schronisko Refugi de Certascan – pięknie położone, serwujące przepyszna ciasta
Widać kto tu rządzi!

Po odpoczynku i nabraniu sił w schronisku ruszyliśmy w dalszą drogę. Szybko odkryłam, że przerwa nie zadziałała, a sił jak nie było, tak nie ma. Szlak HRP prowadzi w dół, do miejsca zwanego Pont de Boavi (1475 m.n.p.m.), ale zejście kilkuset metrów bezpośrednio w dół byłoby zbyt proste. HRP zaprosi nas więc jeszcze do mocniejszego podejścia w ramach tego zejścia, doprowadzając do stawów Estany Romedo de Dalt i Estany Romedo de Baix. Ja jednak uznałam ten pomysł za czysty absurd i oświadczyłam, że nie wybieram się już na żadne podejścia, tylko cisnę bezpośrednio w dół. W ten oto sposób oszukaliśmy nieco świat i wybraliśmy łatwiejsze zejście, pozbawione zupełnie zbędnych podejść.

A tutaj akurat małe pobłądzenie… Na wprost, na środku widać schronisko z którego idziemy, ale z rozpędu zapędziliśmy się na jakieś wzgórze, tymczasem szlak wiedzie dołem… 🙂

Zejście ciągnie się prawie w nieskończoność. Wchodzimy do lasu, w którym jest nieprzyzwoicie duszno i gorąco. Patrzę w niebo i wiem, co czeka nas dziś po południu. Burzę czuć niemalże namacalnie, dlatego kiedy dochodzimy do płaskiego terenu, gdzie znajduje się Pont de Boavi (1475 m.n.p.m.) i wyhaczamy tam jakiś kamienny domek (bardziej chyba szopę), postanawiamy zostać tu przez jakiś czas, by zobaczyć, co szykuje dla nas pogoda. To całkiem popularne miejsce do którego można dojechać samochodem, więc dookoła kręci się dużo ludzi, rodzin z dziećmi i spacerowiczów. Przez dolinkę przepływa dziarski potok, więc przebieramy się nawet w stroje kąpielowe i chłodzimy się w wodzie. Jakieś 10 minut później słychać już pierwsze burzowe pomruki, a do naszej szopy ratunkowej dobiegamy już w deszczu. Plan jest taki, by przeczekać tu załamanie pogody i ruszyć dalej, bo jak dotąd przeszliśmy dziś tylko nieco ponad 15 km.

Świat ma jednak inny pomysł- leje i grzmi do samego wieczora, uspokaja się dopiero po 20.00. W związku z tym decydujemy, że noc spędzimy w naszej szopie. Carbonara jedzona w rozsypującej się chałupce w akompaniamencie grzmotów, gdzieś w hiszpańskich Pirenejach, to jedno z tych hrp-owych wspomniań, do których wracam szczególnie często. Wieczorem wykąpaliśmy się raz jeszcze we wzburzonym potoku, rozstawiliśmy w szopie namiot i zasnęliśmy, obiecując sobie, że jutro z samego rana pociśniemy w górę, by nadrobić nieco kilometry, których nie udało nam się przedreptać dziś.

Szopa ratunkowa

10.08.2022
DZIEŃ 30. Pont de Boavi – Etang de la Soucarrane
22,5 km / 🠕 1900 m. / 🠗 1051 m.

Poranek jak zwykle był rześki i pogodny. Po ciemnych chmurach deszczowych nie było śladu, tak więc mogliśmy rozpocząć około 1000-metrowe podejście na przełęcz Coll de Sellente (2488 m.n.p.m.). Mimo że był to kawał wspinaczki, to poszło dość bezboleśnie – najpierw łagodnie przez las, następnie odkrytym plateau. Mijaliśmy kozice i krowy, a ja myślałam sobie, że mija właśnie 30 dzień naszej pirenejskiej wędrówki. Miesiąc w drodze, tymczasem do Morza Śródziemnego nadal kawał drogi!

Przekraczamy strumyk, a potem już tylko pod górę!
Miła, zielona sceneria, a przed nami wejście na przełęcz gdzieś tam po lewej stronie.

Po zejściu z przełęczy docieramy do bezobsługowego schroniska Refugi de Baborte (zwane też Refugi del Cinquantenari, 2392 m.n.p.m.), , gdzie znów urządzamy sobie miły popas. Po drodze mijamy sympatyczną parę, która wyleguje się przy szlaku i suszy w słońcu cały swój sprzęt. Myślę sobie, że pewnie też przechodzą jakiś dłuższy szlak i już zaczynam się z nimi utożsamiać, kiedy… dociera do mnie ich zapach. Nie ma co ukrywać – pachną górami. Nachodzi mnie przykra refleksja i dzielę się nią z Markiem – a co, jeśli my pachniemy tak samo? Obiecuję sobie, że dziś wieczorem, gdziekolwiek będziemy biwakować, zażyję porządnej kąpieli w jakimkolwiek dostępnym źródle wody i porządnie przepiorę ubrania.

Ta urocza chatka to kolejne na trasie bezobsługowe schronisko. My jednak nie będziemy w nim spać.
Inspekcja wnętrza

Teraz czeka nas kilkaset metrów w dół, co całkiem mnie cieszy, zwłaszcza że początkowo sceneria jest wspaniała – mijamy piękne jezioro Estany de Baborte, a potem trawiasto – skalnym terenem docieramy do cabany (czyli nieco rozwalającej się chatki). Mój dobry nastrój stopniowo się jednak zmienia, tak jak stopniowo zmienia się pogoda – robi się duszno, a na niebie zaczynają się gromadzić tak dobrze nam znane gęste chmury. Jest już nieco po południu, wygląda więc na to, że najwyższy czas na burzę!

Decydujemy, że przy Puente do Molinassa (1800 m.n.p.m.) odbijemy trochę na szlak GR11, bo tam znajduje się schronisko Refugi de Vallferrera. Tam, pod dachem, poczekamy na rozwój wydarzeń i przeczekamy ewentualną burzę.

Jezioro Estany de Baborte
Schronisko Refugi de Vallferrera

Nasz pomysł okazał się całkiem sensowny – po pierwsze, ograniczył mój stres związany z przeżywaniem burzy na otwartym terenie, po drugie – mogłam kupić sobie zimną colę, po trzecie – udało nam się złapać schroniskowe wifi, dzięki czemu sprawdziliśmy prognozy pogody. Te były dość optymistyczne – burze i deszcze powinny minąć nas bokiem, a około 19.00 powinno już całkiem się wypogodzić. Czekaliśmy więc około 4 godzin, odpoczywając, obserwując przewalające się po okolicy chmury i słuchając odległych burzowych pomruków. Ugotowaliśmy sobie też obiad, aż w końcu około 19.00 uznaliśmy, że jest w miarę bezpiecznie i pocisnęliśmy dalej.

Przed nami było około 700 metrów podejścia na graniczną, hiszpańsko – francuską przełęcz Port de Boet (2509 m.n.p.m.), a po drugiej stronie czekało na nas jezioro Etang de la Soucarrane (2290 m.n.p.m.). Wcześniej rozmawialiśmy o tym, że fajnie byłoby tam dotrzeć i spędzić noc, ale teraz wydawało się to raczej mało prawdopodobne – było już około 19.00, a według przewodnika do jeziora mieliśmy ponad 3 godziny…

I pod górę, w stronę Francji!

I tutaj nastąpił zupełnie niewytłumaczalny przypływ mocy – pocisnęliśmy w górę, a potem w dół tak szybko, że do jeziora dotarliśmy nieco po 21.00, kiedy powoli się ściemniało. Nie wiem, czy zmobilizował mnie tak lęk przed potencjalną burzą, czy też po prostu dłuższy odpoczynek w ciągu dnia dodał mi sił, ale było to w moim wydaniu jedno z najbardziej spektakularnych przyspieszeń na szlaku. Znowu byliśmy na terenie Francji, do Andory mieliśmy już rzut beretem. Namiot rozkładaliśmy już prawie w ciemnościach, a ja zgodnie ze złożoną sobie wcześniej obietnicą, umyłam się w lodowatym jeziorze. Tej nocy miałam problem, by zasnąć – było mi koszmarnie zimno, miałam dreszcze, myślałam, że jestem chora. Wzięłam jakieś tabletki i na szczęście rano okazało się, że będę żyła, a nocne dygoty były tylko chwilową słabością.

Docieramy nad jezioro, zaraz będziemy rozbijać nasz namiot

11.08.2022
DZIEŃ 31. Etang de la Soucarrane – La Massana (nie na szlaku)
14,5 km / 🠕 541 m. / 🠗 1241 m.

Dawno już nie wstawałam z takim entuzjazmem. Powodem była bliskość Andory – od przekroczenia granicy dzieliła nas już tylko jedna przełęcz, a za nią rozciągają się znane nam widoki. Andorę odwiedziliśmy samochodem w roku 2020 i dotarliśmy wtedy m.in. do kompleksu narciarskiego Arcalis. Teraz mieliśmy dojść tam na własnych nogach. Oczywiście największą ekscytację wzbudzała we mnie wizja porządnego prysznica, bo planowaliśmy w Andorze nocleg pod dachem. Chodźmy więc tam czym prędzej!

Zeszliśmy jakieś 200 metrów, po to by rozpocząć około 500-metrowe podejście na przełęcz Port de Rat (2539 m.n.p.m.). Wędrowaliśmy częściowo wygodną drogą, co było tak miłą odmianą od łażenia po krzakach i skałach bez żadnego oznakowania. Nie zapomnieliśmy wyłączyć transmisji danych w telefonach – takie przeoczenie mogłoby nas kosztować sporo pieniędzy. W końcu osiągnęliśmy przełęcz, a ja byłam w euforii. Dziś czeka mnie już tylko droga w dół, dużo dobrego jedzenia, prysznic i czysta pościel – dla takich atrakcji warto było iść tu przez 31 dni!

Zadanie numer jeden: dojść do drogi, a potem wejść na grań
Przed nami francusko-andorska przełęcz Port de Rat
I jesteśmy! Za mną Andora.

Nogi same niosły nas w dół. Z daleka widzieliśmy już tłumy kłębiące się przy stacji narciarskiej Arcalis. Pamiętam to miejsce z października 2020 roku – nie było tu żywego ducha, hulał wiatr, a my zrobiliśmy sobie spacer do jezior Tristaina. No właśnie – HRP również zaprosiło nas do tych jezior, ale my z tego zaproszenia nie skorzystaliśmy. Uznaliśmy, że już tam byliśmy i nie ma co pchać się znowu pod górę, kiedy można po prostu zejść w dół jak normalni ludzie. Zanim jednak rozpoczęliśmy zejście prowadzące do starej drogi do El Serrat, zamówiliśmy w barze małe co nieco. Ktoś powie, że to tylko fanta, cola i frytki, ale dla mnie w tamtej chwili była to po prostu uczta bogów.

Zejście do stacji narciarskiej Arcalis

Dalsza część dnia to była już czysta sielanka. Najpierw przyjemne (choć bardzo zatłoczone!) zejście do drogi asfaltowej, potem lody kupione w barze (!), następnie zjazd busem do Ordino i przesiadka w autobus do La Massany (było mi szkoda ludzi, którzy byli zmuszeni wąchać nas w środkach transportu publicznego). Dotarliśmy tu około 14.00, zrobiliśmy zakupy, zameldowaliśmy się w hostelu, wzięłam długi i uroczysty prysznic, następnie urządziliśmy wielkie pranie. W międzyczasie słuchałam grzmotów i zerkałam przez okno na wielką ulewę, tak bardzo doceniając, że tę noc spędzamy w komfortowych warunkach. Wisienką na torcie był kebab, jakiego zjedliśmy wieczorem. Może i składał się głównie z panierki, może i warzywka nie były pierwszej świeżości, ale wcinałam je aż mi się uszy trzęsły. Zgodnie z Markiem stwierdziliśmy, że dla tego kebaba warto było przyjść znad oceanu do Andory.

12.08.2022
DZIEŃ 32. La Massana (nie na szlaku) – Refugi de Cabana Sorda
17 km / 🠕 1585 m. / 🠗 1255 m.

Nocowanie w cywilizacji zdecydowanie rozleniwia. Tak ciężko wygrzebać się z czystej pościeli i znów ruszyć na spotkanie z mozołem… Ciut świt wsiedliśmy jednak w autobus, potem w drugi i wróciliśmy do miejsca, w którym opuściliśmy wczoraj szlak HRP… No, prawie. Tak naprawdę oszukaliśmy trochę i autobus podwiózł nas nieco wyżej, dzięki czemu zaoszczędziliśmy jakieś 100 metrów podejścia. Któżby jednak zawracał sobie głowę takimi szczegółami.

Droga do schroniska Refugi de Sorteny (1965 m.n.p.m.) była wyjątkowo przyjemna, za schroniskiem rozpoczęło się już konkretne podejście na przełęcz Collada dels Meners (2713 m.n.p.m.). Tam Marek uznał że jest nadal za nisko, więc wszedł na szczyt Pic de la Serrera (2914 m.n.p.m.). Jak możecie się domyślać, nie brałam udziału w tym absurdalnym przedsięwzięciu. Wybrałam odpoczynek na przełęczy i pochłanianie przekąsek. Obserwowałam też chmury – kłębiły się w oddali i było jasne, że dziś czeka nas to samo, co wczoraj, przedwczoraj i jeszcze wcześniej – będzie burza. Pytanie, gdzie będziemy wtedy my.

Widok z przełęczy
I jeszcze jedno ujęcie

Kolejnym celem tego dnia było dotarcie do Cabany Coms de Jan (2220 m.n.p.m.). Bardzo czekałam na ten fragment trasy, bo do tej chatki dotarliśmy w październiku 2020 roku i byłam oczarowana jesienno – zimową odsłoną Pirenejów, jaką tu zastaliśmy. Sama droga do schroniska wymagała nieco mozołu, bo choć głównie schodziliśmy, to były też podejścia (skandal!). Było jednak bardzo widokowo, a kiedy dotarliśmy w końcu do naszej cabany i ujrzeliśmy kłębiące się dookoła konie, uśmiech nie schodził mi z twarzy. Co za piękna miejscówka!

W stronę Coms de Jan
I jesteśmy!
Chłopaki (dziewczyny?) chyba mają rezerwację
Konie były niezwykle ciekawskie

Wszystko miło i fajnie, ale konie nie pozwoliły nam w spokoju zjeść, dlatego ratowaliśmy się ucieczką do cabany i tam w zamknięciu pochłonęliśmy przekąski. Pogoda ewidentnie się psuła – chmury nadal kłębiły się w oddali, gdzieśtam nieśmiało zagrzmiało. I co tu robić? Siedzieć i czekać czy ruszać dalej? Przed nami – a jakże – kolejna przełęcz Serra de Cabana Sourda (2661 m.n.p.m.)., do której mamy teoretycznie półtorej godziny. A co, jeśli burza dopadnie nas właśnie tam? Z drugiej strony, nie da się przejść HRP siedząc i czekając na idealne warunki, bo te mogą nie nadejść nigdy. Trudno – ruszamy z postanowieniem, że ciśniemy na maksa, aby jak najszybciej minąć przełęcz i rozpocząć zejście.

To musiało się tak skończyć

Cisnęliśmy więc ile sił, obserwując na przełęczy ludzi, którzy stali tam już od pewnego czasu. Zastanawiałam się, kto normalny w takich warunkach spędza kilkadziesiąt minut w tak eksponowanym terenie – dlaczego nie schodzą? W pewnym momencie nadleciał helikopter, widzieliśmy jakiś ruch, po czym maszyna odleciała. Nie wnikałam w to specjalnie, bo ledwo dyszałam, idąc dużo szybciej niż pozwala mi na to moja kondycja. W końcu zauważyliśmy ludzi schodzących z przełęczy. Gdy ich mijaliśmy okazało się, że jedna osoba z ich grupy po prostu zmarła na górze. Zmroziło mnie to. Ludzie minęli nas spokojnie, a my zbliżaliśmy się do przełęczy. Towarzyszyła nam chmura, z której wylewały się hektolitry wody – na szczęście sunęła ona nad doliną, a my dostawaliśmy jedynie „odpadkami” – wiatr zwiewał na nas krople deszczu. Były i pioruny – może i w pewnej odległości, ale stresowały tak samo, jak gdyby były bliżej. Kiedy mieliśmy już przełęcz na wyciągnięcie ręki, wrócił helikopter, zawisł nieruchomo, po czym wyskoczyło z niego dwóch policjantów. Pokazali nam, żebyśmy kucnęli i czekali – nic innego i tak nie mogliśmy zrobić, bo podmuchy powietrza były tak silne, że ciężko było ustać. W końcu maszyna odleciała, policjant pokazał gestem, żebyśmy przeszli, minęliśmy więc leżące na ziemi, przykryte folią ciało turysty i rozpoczęliśmy szybkie, bardzo szybkie zejście.

Po drugiej stronie przełęczy

Byle w dół, byle niżej. W rekordowym (jak na mnie) czasie schodzę prawie 400 metrów do niestrzeżonego Refugi de Cabana Sorda (2295 m.n.p.m.) i czuję wielką ulgę. Po pierwsze – że nadal żyję, nie ustrzelił mnie piorun ani inne nieszczęście. Po drugie – że wreszcie mogę zdjąć buty i odpocząć. Podeszliśmy dziś ponad 1500 metrów – mięśnie czują takie rzeczy! Decydujemy, że rozbijamy namiot, bo w schronisku jest za duży tłok. Stwierdzam, że w razie burzy po prostu się tam schowam, ale wolę spać w namiocie. Instalujemy się, filtrujemy wodę, jemy obiadokolację, obmywamy się trochę i robimy przepierkę. No po prostu sielanka!

Cabana Sorda
Tylko relaks. Zaraz po lewej znajduje się Refugi de Cabana Sorda.

Bardzo liczyłam na to, że pogoda trochę się ustabilizowała i czeka nas już tylko spokojny wieczór. Jak bardzo się myliłam! Leżałam w namiocie i wsłuchiwałam się w dziwny huk na zewnątrz – co to może być? Marek kręcił się po okolicy, w pewnym momencie jednak złapał nasze ubrania suszące się na kamieniach i wrzucił je do namiotu, a potem sam do niego wskoczył. Sekundę później rozpoczęło się gradobicie. Świetnie – tego mi właśnie brakowało.

Na szczęście namiot przetrwał tę zawieruchę, a kiedy grad przestał lecieć z nieba, pojawiła się tęcza. Niebo przybrało niesamowite kolory.

Pogoda w Andorze zmieniała się chyba najbardziej dynamicznie na całym HRP
Teraz trochę ciemnych chmur…
Całe stado koni, które zupełnie nic nie robi sobie z deszczu, gradu ani burzy

Późnym wieczorem raz jeszcze usłyszeliśmy znajomy huk, jednak tym razem wielka chmura gradowa przetaczała się nad doliną. Marzyłam tylko o cichej, spokojnej nocy – i taka właśnie była! Na niebie migotały miliony gwiazd, a ja miałam (płonną) nadzieję na to, że jutro pogoda będzie mniej dynamiczna.

Dobranoc!

13.08.2022
DZIEŃ 33. Refugi de Cabana Sorda – l’Hospitalet-pres-l’Andorre
17 km / 🠕 920 m. / 🠗 1755 m.

Przed nami ostatni dzień czwartego etapu HRP. Cel na dziś: dotarcie do campingu we francuskiej miejscowości l’Hospitalet-pres-l”Andorre. Zrywamy się raniutko, bo popołudniowa burza jest w zasadzie gwarantowana, dlatego chcemy szybko zrobić to, co jest do zrobienia, a popołudnie spędzić na miłym, nisko położonym campingu.

Nie do końca nam się to udało.

Pierwsza część dnia jest jednak bardzo obiecująca – jest rześko i słonecznie, sprawnie schodzimy w stronę doliny Vall d’Incles, a potem podchodzimy do strzeżonego schroniska Refugi de Juclar (2310 m.n.p.n.) umiejscowionego przy największym andorskim jeziorze Juclar. To miejsce również odwiedziliśmy w 2020 roku – wtedy wszędzie leżał śnieg, a w schronisku otwarty był jedynie schron zimowy. Dziś miejsce tętni życiem. Kupujemy zimne fanty, odpoczywamy trochę, wspominamy też nasz andorski urlop sprzed dwóch lat. Rozsądek jednak podpowiada, że trzeba ruszać dalej.

Refugi de Juclar

Wędrujemy pomiędzy dwoma jeziorami Juclar, widząc jak niski jest w nich poziom wody. Mijamy krótki fragment trasy ze sztucznymi ułatwieniami, po czym rozpoczynamy nużące podejście na przełęcz Col de l’Albe (2539 m.). Tu właśnie opuszczamy Andorę i wkraczamy z powrotem do Francji. Niestety wygląda na to, że pogoda zepsuje się szybciej niż przewidywaliśmy – ciężkie chmury wiszą nad nami i tylko czekają, by spaść nam na głowę.

Nad jeziorami Juclar
Ubezpieczone zejście
Przełęcz Col de l’Albe

Tymczasem do naszych uszu dobiega przeraźliwy kwik. Okazuje się, że pod jednym z głazów siedzi malutka owieczka i żałośnie beczy. Rozglądamy się w poszukiwaniu jej mamy i dostrzegamy stado owiec, zawieszone gdzieś w połowie zbocza, w znacznym oddaleniu. Kiedy podchodzimy do owieczki, wreszcie przestaje ona przeraźliwie kwiczeć. Wstaje i podchodzi do nas na chwiejnych nogach, a my widzimy zwisającą pępowinę… Nie mamy pojęcia, co powinniśmy zrobić – nigdzie nie widać żadnego pasterza, a tymczasem owca podchodzi do Marka i zaczyna się ocierać o jego nogę. Z pewnością bez matki ten maluch nie przeżyje, ale niestety wątpimy w to, by jej mama do niej wróciła… Stoimy i nie mamy pojęcia jak powinniśmy się zachować, aż w końcu nasze rozważania w brutalny sposób przerywa grzmot gdzieś w oddali. Przykro mi owco, nic nie mogę dla ciebie zrobić – myślę sobie i zaczynam gnać w dół, jak najniżej.

Niestety raczej spodziewamy się, że owieczka nie przetrwała sama na tej przełęczy

Jak na złość, zejście jest dość wymagające. Teren jest skalisty, wkrótce nieco się wypłaszcza. Wędrujemy wśród jezior, ale nie jest to łatwa, przyjemna ścieżka – wspinamy się na głazy, trzeba uważać na każdy krok. Grzmoty co jakiś czas pojawiają się w oddali, ale burza jakoś nie chce do nas dotrzeć. Trochę kropi, ale tragedii nie ma. Może będzie dobrze – myślę sobie.

Po drodze mijamy przepiękne jeziora, jednak niespecjalnie mam ochotę podziwiać ich urok. Burza wisi w powietrzu.

Kiedy jesteśmy mniej więcej w okolicy 2000 m.n.p.m., prawie biegnę w dół. Zaczyna padać coraz bardziej. Na szczęście teren bardziej sprzyja szybkiemu marszowi – jesteśmy na zielonym plateau, ścieżka wiedzie głównie trawą. Dolina za jakieś 45 minut powinna doprowadzić nas do l’Hospitalet-pres-l’Andorre, ale niestety burza jest szybsza. Błyskawice i grzmoty pojawiają się nad naszymi głowami wraz z ulewnym deszczem, dlatego niewiele myśląc rozbijamy namiot i chowamy się w środku. Ściana wody wali w tropik, a ja znów liczę sekundy dzielące błyski i huk piorunów. Nigdy więcej żadnych gór, żadnych szlaków, to koniec! – obiecuję sobie (który to już raz). Wreszcie, po ponad godzinie, wydaje się, że sytuacja nieco się uspokoiła. Delikatnie mży, a grzmoty słychać tylko w oddali. Błyskawicznie składamy mokry namiot i pędzimy ile sił w nogach w dół – ale tak, żeby się nie zabić. Szlak zamienił się w płynący potok, jest ślisko i błotniście. Dość szybko dostrzegamy w oddali nasz cel – l’Hospitalet-pres-l’Andorre. Byliśmy naprawdę bardzo blisko, ale najważniejsze, że dotarliśmy tam w jednym kawałku.

Kiedy docieramy do mieściny, deszcz zaczyna padać na nowo. Robimy szybkie zakupy w malutkim, drogim i słabo wyposażonym sklepie, a następnie kierujemy kroki na camping. Rozbijamy namiot, gotujemy, bierzemy prysznic, a późnym wieczorem powoli zaczynamy myśleć o ostatnim etapie HRP.

Pozwalamy sobie już nawet na kalkulacje ile czasu spędzimy jeszcze na szlaku. Ustalamy, że spróbujemy zamknąć etap 5. w dziewięciu dniach. Oby tylko pogoda była dla nas łaskawa!

L’Hospitalet-pres-l’Andorre widziane z góry

Salardu l’Hospitalet-pres-l’Andorre
8 dni
135 km
8925 m. podejść
9386 m. zejść

Łącznie od początku szlaku
33 dni
621,5 km
33 797 m. podejść
33 614 m. zejść

Leave a Reply