Gandawa: średniowieczny Manhattan

gandawa_mala

Gandawa to pierwsze miasto, jakie odwiedziłam podczas mojej Wielkiej Belgijskiej Emigracji (poza Brukselą oczywiście, która przez najbliższe 10 miesięcy będzie moim domem). Było pięknie, smacznie, klimatycznie. Trochę średniowiecznie, trochę bajkowo, a także kompletnie niezrozumiale – język flamandzki to uroczy, melodyjny bełkot. Zapraszam, zachęcam, polecam!

Gandawa w średniowieczu była największym (oprócz Paryża) miastem Europy. Słynęła niegdyś z produkcji sukna, następnie z handlu zbożem. Dziś to miasto uniwersyteckie, które naprawdę żyje. Kolorowe kamienice, knajpy i kawiarnie ulokowane nad wąskimi kanałami oraz strzeliste wieże kościołów to najkrótsze możliwe podsumowanie Gandawy.

Aby formalnościom stało się zadość: Gandawa to stolica prowincji Flandria Wschodnia, liczy sobie ok. 250 tysięcy ludności, a z Brukseli można się tam dostać pociągiem w niecałą godzinę (koszt: 5 euro w jedną stronę w promocji weekendowej, szczegóły tutaj).

odjazd

Naszą podróż zaczynamy na dworcu Gare du Midi, na którym czuję się prawie jak na Centralnym w Warszawie, czyli jak w domu. W marcu tego roku odjeżdżałam stąd do Antwerpii. Wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, że wkrótce przyjdzie mi mieszkać w Brukseli. Przy okazji – ciekawa jestem, o czym nie mam pojęcia dziś… 🙂

Moje pierwsze gandawskie spostrzeżenia były mniej więcej takie: rany, ile rowerów! Chwilę później: rany, ile kościołów! A jeszcze później: rany, gdzie jest piękny język francuski? Może i mózg mi od niego pęka, ale jednak jest już trochę oswojony. Dlaczego mówicie do mnie w tym niezrozumiałym, niemieckobrzmiącym narzeczu? Chodzi oczywiście o język flamandzki, którym posługują się Belgowie mieszkający na północy, we Flandrii.

No ale po kolei, zapraszam do zwiedzania 🙂 Gandawa nie jest dużym miastem, wszystko, co najważniejsze, usytuowane jest raczej w centrum, więc nie ma potrzeby używania transportu miejskiego. Na pierwszy ogień idzie kościół św. Mikołaja, bardzo charakterystyczna świątynia znajdująca się w centrum samego centrum.

kosciol-sw-mikolajawidok-z-wiezy-zegarowej-na-kosciol-sw-mikolaja

Zdjęcie powyżej zostało zrobione z dzwonnicy, o której jeszcze napiszę. Kościół pochodzi z 13 wieku. Z zewnątrz wydaje się dość rozbudowany (pewnie ze względu na wieżyczki i przypory po bokach), ale w środku jest zadziwiająco mało miejsca.

Najważniejszym budynkiem sakralnym w mieście jest jednak katedra św. Bawona, a turyści odwiedzają ją między innymi po to, aby obejrzeć słynny Ołtarz Gandawski, czyli ołtarz Baranka Mistycznego. Jest to dzieło Jana van Eycka, które składa się z 12 obrazów. Za możliwość podziwiania ołtarza trzeba zapłacić (4 euro, są też zniżki), my jednak po prostu obejrzeliśmy wnętrze kościoła, które zwiedza się bezpłatnie. Kopia ołtarza znajduje się w muzeum, do którego dotarliśmy następnego dnia. Koneserom sztuki taki substytut może nie wystarczyć, mi wystarczył. Wniosek nasuwa się sam: nie jestem koneserem sztuki.

W międzyczasie okazało się, że strasznie się umordowaliśmy łażąc w kółko, więc zrobiliśmy sobie krótką przerwę, podziwiając przedziwne, imponujące akrobacje jakiejś pary.

Lecimy dalej! Może dzwonnica z dzwonem Klokke Roeland? Wejście jest niestety płatne (i to niemało, powiedziałabym nawet, że skandalicznie dużo, bo 8 euro! Choć są różne zniżki..), ale i tak idziemy. W Belgii nie mam gór, to chociaż na wieżę sobie wejdę. Dzwon ostrzega przed niebezpieczeństwami, ogłasza ważne wydarzenia, a do tego jest wpisany na listę UNESCO. Świetnie, ale i tak najlepsza jest panorama miasta ze szczytu.

panoramapanorama-2selfie-na-wiezy

Gandawa ma też najprawdziwszy zamek, taki jak z bajki. Zamek powstał w 12 wieku i zwie się z flamandzka Het Gravensteen. Trochę żałuję, że nie udało mi się zobaczyć sali tortur, którą można zwiedzić, ale teraz mam przynajmniej pretekst, żeby tu wrócić.

zamek-gandawa

Nade wszystko polecam zgubienie się w rejonie Patershol, a więc w dawnej dzielnicy flamandzkich robotników. Wąskie uliczki, kolorowe kamieniczki z 17 wieku, mnóstwo barów i restauracji – jest dobrze!

kolorowe-witrynyczy-juz-sie-zgubilismydomek-gandawaszyld-gandawa

Nie ma też pobytu w Gandawie bez spaceru nad kanałami. Pod tym względem Gandawa bardzo przypomina mi Kopenhagę i jej słynny Nyhavn – kanał portowy. Nic tylko przechadzać się nieśpiesznie i chłonąć atmosferę.

kanal-w-gandawiekanal-w-gandawie-2kanal-w-gandawie-3kanal-w-gandawie-4kanal-w-gandawie-5

Odwiedziliśmy plac Vrijdagmarkt, który dawniej był miejscem zgromadzeń publicznych i egzekucji. Dziś stoi na nim pomnik Jakoba van Artevelde’a, który był przywódcą cechowym. Podniesiona ręka wskazuje na Anglię, gdyż van Artevelde walczył o jak najlepsze kontakty handlowe z Anglikami.

Ta przedziwna tuba to najgroźniejsze dzieło oblężnicze z 15 wieku – Dulle Griet, czyli Szalona Małgośka. Niestety coś widocznie poszło nie tak, bo już przy pierwszej próbie jego użycia działo pękło. Do niedawna spełniało ono inną, ważną rolę – stanowiło siedzibę bezdomnych, którzy spali w środku. Teraz to już niemożliwe – otwór został zasłonięty przezroczystą szybą i nikt już nie niepokoi Małgośki.

szalona-malgoska

Zapuściliśmy się też w wąską uliczkę Werregarenstraatje (mniej więcej tak to powinno brzmieć), na której rządzi graffiti.

Przyszedł w końcu czas na jedzenie. Najpierw rozbudziliśmy apetyty, natrafiając na degustację różnych past i przysmaków (za darmo!). Potem trafiliśmy do jakiejś restauracji, która nie miała za wiele wspólnego z tradycyjnymi, lokalnymi specjałami, raczej z kuchnią turecką (chyba), ale czy to ważne? Było dużo i smacznie.

Zrozumiałe jest też, że trzeba było spróbować belgijskich słodkości (belgijskie słodkości to największe zagrożenie dla wszystkich przybyszów). Tym razem padło na cuberdons – takie dziwne stożkowate cukierki. Smakują trochę jak żelki, trochę jak cukierki. Mówiąc szczerze – szału nie ma, ale to chyba nawet lepiej. Nie wszystko może smakować tak tak dobrze, jak belgijskie czekoladki.

Wieczorem poszliśmy jeszcze na plac St Veerleplein, bo uparłam się, że chcę zobaczyć pręgierz. Tutaj wykonywano kary publiczne, dziś to zagłębie knajpek (jedno z miliona w Gandawie). Kolejnym punktem programu dość nieoczekiwanie została „dzielnica czerwonych latarni” przy ulicy Pieter Vanderdonckt. To taka namiastka Amsterdamu, w którym co prawda (jeszcze) nie byłam, ale tak to sobie wyobrażam. Dość obrzydliwe, a jednak istnieje. Wieczorem przystąpiliśmy w końcu do degustacji belgijskich trunków. Skusiła mnie nazwa piwa – Kwak, które podaje się w szklance przypominającym klepsydrę.

Po dotarciu do domu (znowu airbnb, polecam!) odkryłam, że nie jestem w stanie skonstruować składnego zdania w żadnym języku. Przez cały dzień mówiliśmy (bądź próbowaliśmy mówić) głównie po francusku, z niewielkim wsparciem angielskiego, a także uczyliśmy się wzajemnie polskiego i hiszpańskiego. Taki miks musi zamienić mózg w papkę.

Niedzielę rozpoczęliśmy – a jakże – od śniadania. Ale to naprawdę nie jest tak, że my ciągle jemy.

Niedzielne przedpołudnie to w Gandawie czas rożnych targów. Targ staroci, który my odwiedziliśmy, rozłożył się niedaleko kościoła św. Jakuba. Wyglądał jak każdy targ staroci, czyli świetnie. Przy tym udało mi się nic nie kupić, co już w ogóle jest sukcesem.

Po targu staroci przyszedł czas na targ kwiatowy. Prawie kupiłam sobie kwiatek do pokoju, ale zdrowy rozsądek wziął górę. Taki sam mogę sobie kupić w Brukseli, nie ma potrzeby wiezienia go aż z Gandawy.

Na zakończenie naszej gandawskiej przygody wpadliśmy na chwilę do Muzeum Miasta STAM. Chcieliśmy zobaczyć wystawę smoków, ale okazało się, że zostanie otwarta dopiero w grudniu. Mieliśmy więc okazję zgłębić historię Gandawy, a także znaleźć dom, w którym nocowaliśmy na wielkiej mapie oraz pobawić się klockami Lego. Kiedy ja ostatni raz budowałam coś z klocków?

Gandawa dostaje ode mnie piątkę z plusem 🙂 To idealne miasto na weekend, a dla mnie także wymarzony początek belgijskich wojaży. Tak więc jeśli macie możliwość, przybywajcie, bo warto! 🙂

1-gandawskie-knajpy-i-kamienice2-forntanna3-sklep4-na-latarni5-nad-kanalem6-targ-ksiazek7-nad-kanalem

Przeczytaj także:

Jeden dzień w Antwerpii
Bruksela: nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu
Bruksela: tropem sikających istot

7 myśli na temat “Gandawa: średniowieczny Manhattan

  1. Kompletnie nie znam Belgii, ale Gandawa wydaje się być przepiękna. Tak jak napisałaś – nieco bajkowa z tymi kolorowymi domkami. Chyba sobie dopiszę na listę podróżniczych celów.

Dodaj komentarz