Dolina Aosty: Mont Chétif – po prostu to zrobiłyśmy

do-zmn_mont-chetif

Tej góry w ogóle nie było w planie, ale jej zuchwałość sprawiła, że nie mogłyśmy przejść obok niej obojętnie. Przyjechałyśmy do Courmayeur odwiedzić Mont Blanca, a tymczasem okazało się, że Mont Blanca nie widać, bo zasłania go Mont Chétif. Nie potrzebowałyśmy lepszej zachęty, żeby wdrapać się na na ten szczyt. W nagrodę otrzymałyśmy piękną panoramę całego masywu. Drogi Mont Chétifie, stwierdzam, że sporo zyskujesz przy bliższym poznaniu.

Mont Chétifdwukrotnie niższy od Mont Blanca, mierzący sobie całe 2343 m.n.p.m. szczyt góruje dumnie nad Courmayeur. Kiedy tylko zorientowałyśmy się, że jakaś góra zasłania nam Mont Blanca, pozostało jedynie ustalenie tożsamości winnego. Z pomocą mapy nie było to trudne. Ej, wiesz, że na tę górę można wejść? – tym pytaniem może nie odkryłam Ameryki, ale los mój i Moniki został przesądzony. Jutro idziemy na Mont Chétif, na nasz prywatny użytek nazwany Szeryfem.

Tak Mont Chétif prezentuje się z okolicy stacji kolejki Pavillon w masywie Mont Blanc. To ten zielony pagórek po prawej stronie na pierwszym planie.

mont chetif.JPG

Patrząc z Courmayeur, to prawdziwy kawał górki.

mont-chetif-2

No to idziemy! Wstajemy rano, ale nie bladym świtem, bo w hotelu, w którym mieszkamy mamy zapewnione śniadanie. Trochę luksusów należy się przecież każdemu, mus mozołu też musi coś jeść. O godzinie 7.00 meldujemy się więc w sali restauracyjnej i łamiemy serce panu kelnerowi, prosząc o herbatę i dziękując za kawę (pamiętajcie, jesteśmy we Włoszech). Ledwo wychodzimy z hotelu, a już jest pięknie!

poczatek-szlaku

Początkowe podejście wiedzie przez las, jest dość strome i okrutnie monotonne. Idziemy sobie statecznym tempem, rozmyślając o Alpine Endurance Trail Valle d’Aosta – biegu dla nadludzi, który trwał w najlepsze w czasie naszego pobytu. My walczymy o zdobycie lichego pagórka, a oni biegają po górach 350 kilometrów. Pięknie.

Jestem przekonana, że leżaki przy schroniskach są ustawione na zgubę turystów. Przecież rozłożenie się na takim leżaku stawia pod znakiem zapytania wszelkie plany zdobycia jakiegokolwiek szczytu. Przy schronisku Le Randonneur poważnie ryzykujemy i rozsiadamy się na tarasie. Jest niedzielny poranek, poza nami w okolicy nie ma nikogo. A może by tak… Bardzo chcemy iść na tego Mont Chétifa…?

Głupie żarty. Mus mozołu zobowiązuje, co ja ludziom na blogu napiszę? 🙂 Z żalem pozostawiamy leżaczki i ruszamy. Do szczytu pozostało nam 1,5 godziny, ale nareszcie kończy się las. Zaczynają się eleganckie widoki, no i nieśmiało pokazuje nam się masyw Mont Blanc. Od razu jakoś łatwiej iść.

z-widokiem-na-masyw-mont-blancselfie ze szlaku.JPGmonika-odlatuje

macham-do-was
fot. Monika

Dochodzimy do przełęczy, gdzie – po pierwsze: strasznie wieje, po drugie: jest pięknie. Widać stąd jak na dłoni cały masyw Mont Blanc. Jeśli dobrze się przyjrzycie (polecam kliknąć w zdjęcie), wytropicie stacje kolejki Pavillon i Punta Helbronner, o których pisałam w poprzednim wpisie.

masyw

Jeśli kiedykolwiek przytłoczył was nadmiar obowiązków, praca, dzieci czy kredyty, pomyślcie sobie, jak bardzo przytłoczyła mnie ta góra.

jestem-przytloczona
fot. Monika

Do szczytu jeszcze kawałek, więc ruszamy. Idziemy po wielkich głazach, momentami trzeba używać rąk. Końcowy odcinek szlaku jest naprawdę bardzo sympatyczny. Mijamy jakichś pojedynczych, zbłąkanych turystów, wymieniamy grzecznościowe buongiorno, ale nasze oczy cały czas błądzą po masywie Mont Blanc.

Docieramy w końcu do najwyższego miejsca i spotykamy sporych rozmiarów figurę Matki Boskiej, która jest nawet widoczna z Courmayeur.

monika-prawie-na-szczyciefiguramadonna

Potem następuje standardowa sekwencja zdarzeń, która zazwyczaj ma miejsce po wejściu na jakiś sympatyczny szczyt. Rozkładamy się na kamieniach, leżymy, patrzymy, trochę śpimy, potem znów patrzymy, no bo jak tu nie patrzeć, a wszystko to okraszamy dziesiątkami zdjęć. Takie chwile i takie miejsca trzeba zapamiętywać.

relaks-na-szczyciez-mont-blankiem

W końcu jednak kości nas bolą od tego leżenia, więc heroicznie zbieramy się do schodzenia. Żegnamy się tym samym z Mont Blankiem i machamy do niego, bo z tak bliska nie będziemy go już na tym wyjeździe widzieć. Ale na pewno się jeszcze spotkamy, innej opcji nie biorę w ogóle pod uwagę.

Zejście do schroniska wymaga pewnej koncentracji, bo to mój ulubiony typ szlaku – małe kamyki, które się sypią pod nogami i tylko czekają, żeby się na nich z gracją wyrąbać na tyłek... Nie tym razem. Udało mi się przejść ten odcinek bez nawet jednej gleby, a ci co mnie znają, wiedzą, że jak nikt potrafię się wywalić na takich sypkich kamykach, choć zdecydowanie wolę śliskie liście (mam niezapomniane wspomnienia z trekkingu w Chorwacji i zejścia z Vaganskiego Vrhu. Aga&Aśka – pozdrawiam!).

W końcu schodzimy do schronu i jemy to:

jedzenie.JPG

Skoro wchodziłyśmy ostrym podejściem przez las, to teraz schodzimy ostrym zejściem przez las. Na Mont Chétif wiedzie jeden szlak (jest też via ferrata, ale to może następnym razem), tak więc zmuszone jesteśmy wracać po własnych śladach.

Drepczemy sobie krok po kroku, noga za nogą. Nie ma już widoków, jest nudny las, który wcale nie ma zamiaru się skończyć. W tej atmosferze ogólnego mozołu Monika rzuca w przestrzeń głęboką myśl: Że też chciało nam się dziś wchodzić na tę górę… Na co ja odpowiadam, zgodnie z prawdą: Wcale nie wiem, czy nam się tak bardzo chciało. Po prostu to zrobiłyśmy.

No bo przecież czasem się ani trochę nie chce, ale się idzie bo jest mus mozołu. Bo pójdziesz, bo iść musisz, bo cię los do marszu zmusił. Tak więc skoro postawili przed nami górę, to na nią weszłyśmy, cóż było robić.

Podsumowując: naszego czwartego dnia w dolinie Aosty pokonałyśmy trochę ponad 1000 m. przewyższenia, umordowałyśmy się bardzo umiarkowanie, nacieszyłyśmy oczy wielkim Mont Blankiem i jego kolegami, a przede wszystkim – pokazałyśmy Mont Chétifowi, że numer z zasłonięciem Mont Blanca nie robi na nas wielkiego wrażenia. Kolejny dzień w stanie euforii już za nami, ale to przecież nie koniec naszego trekkingu 🙂

z-widokiem-na-courmayeurmasyw-zblizeniemonika-wlazi-na-scianezejscie


OCENA W SKALI MOZOŁU: 4/10

mus małymus małymus małymus małymus mały szarymus mały szarymus mały szarymus mały szarymus mały szarymus mały szary

Może i trochę tego mozołu było, zwłaszcza w tym nieszczęsnym lesie, ale cóż to za mozół – bez deszczu, porządnej przepaści, zgubienia szlaku? Gdzie jest błoto, gdzie jest mgła? Żeby chociaż słońce nas przypiekło, a tu nic – pogoda idealna. Nie umordowałyśmy się nawet jak zwierzęta. Słabo, ledwie czwóreczka.

4 myśli na temat “Dolina Aosty: Mont Chétif – po prostu to zrobiłyśmy

Dodaj komentarz