Holandia: Nijmegen, miasto pierwszego holenderskiego kontaktu

rower_maly

Nie samą Belgią żyje człowiek. W ostatnią sobotę postanowiłam skoczyć za miedzę i zobaczyć, jak się żyje Holendrom w Nijmegen. Pobieżne oględziny potwierdziły moje przypuszczenia: żyje im się całkiem sympatycznie, bo Nijmegen to po prostu fajne miasteczko. Choć jest najstarszym miastem Holandii, to mnóstwo w nim młodych ludzi, klimatycznych uliczek i przyjemnych knajpek. Można jechać.

Jeśli nigdy nie słyszeliście o takim mieście jak Nijmegen, to się nie przejmujcie, bo większość nie słyszała. To nie Amsterdam ani nawet Rotterdam, więc nie zadepczą was turyści. Jak to się stało, że trafiłam akurat tam? Odpaliłam google maps, potem odpaliłam stronę https://www.flixbus.pl/ i sprawdziłam, dokąd można pojechać z Brukseli. O Nijmegen wiedziałam tylko tyle, że jest tam klub piłkarski, w którym kiedyś grał Polak. Dla mnie to już wystarczający powód, żeby tam jechać. Na wszelki wypadek wpisałam jeszcze w google grafikę „Nijmegen”, zobaczyłam ładne obrazki i podjęłam decyzję – jadę!

Tym razem pojechałam sama. Nie miałabym śmiałości proponować komuś wyjazdu o godzinie 6.20 rano z dworca Gare du Nord (co oznacza pobudkę o 4.30) tylko po to, żeby zobaczyć miasto, o którym wiem tyle, że jest tam klub piłkarski. Cośtam co prawda przeczytałam, więc wiedziałam, że są jakieś parki, muzeum, ciekawy kościół, ale intuicja podpowiadała mi, że dla większości osób to może być za mało, aby tłuc się autobusem ponad 3 godziny w jedną stronę. Dla mnie to brzmi jak perfekcyjny wyjazd, bo jakby na to nie patrzeć, zawiera w sobie pierwiastek musu mozołu. No więc pojechałam.

nijmegen

No więc co to za miasto, to całe Nijmegen?

To najstarsze miasto w Holandii, liczy sobie ponad 2000 lat. W lutym 1944 roku Nijmegen zostało niechcący zbombardowane przez Amerykanów, którzy wzięli je za miasto niemieckie. We wrześniu 1944 roku odegrało ważną rolę w operacji Market Garden (to ta operacja, w której Niemcy i alianci prześcigali się w przejmowaniu mostów). Przy okazji polecam film O jeden most za daleko, który opowiada o tej właśnie operacji. Ostatecznie udało się zdobyć dwa mosty i wyzwolić Nijmegen spod niemieckiej okupacji. A dziś most na rzece Waal wygląda tak:

most-na-rzece-waal

Mknęłam sobie autobusem przez holenderską krainę i pierwsze, co przyszło mi do głowy, to to, że strasznie tu płasko. Dookoła tylko pola i pojedyncze drzewa, żadnego nawet pagórka. Chwilami czułam się jak w Polsce, zwłaszcza, że co chwila mijały nas polskie tiry. Zostawiliśmy w tyle Eindhoven i dotarliśmy w końcu do Nijmegen. Czyli tu:

Postawiłam więc stopę na holenderskiej ziemi – bez przewodnika, bez mapy, bez większego pomysłu. Ci, co mnie znają, wiedzą, że to do mnie niepodobne. Mój plan zakładał znalezienie informacji turystycznej i przeprowadzenie wyczerpującego wywiadu na miejscu. Zazwyczaj bywa tak, że to informacja turystyczna znajduje cię sama – wystarczy kierować się mniej lub bardziej w stronę centrum. Nijmegen rzuciło mi jednak poważne wyzwanie, które oczywiście podjęłam.

Po prawie godzinie kręcenia się tu i tam skapitulowałam i postanowiłam zapytać, gdzie tu jest jakaś informacja turystyczna. Kiedy pierwsza osoba odpowiedziała mi, że nie ma czegoś takiego, postanowiłam drążyć dalej. Kolejna osoba okazała się bardziej pomocna – informacja turystyczna znajduje się w muzeum zwanym muZIEum. Moim zdaniem to jedna z ciekawszych atrakcji miasta, której jednak nie zwiedziłam. Zgodnie z zasadą „nie wiem, więc się wypowiem”, a także „nie zwiedziłam, więc opiszę”, poświęcę temu muzeum kilka słów.

muzieum.JPG

W muZIEum można poczuć się jak osoba niedowidząca lub niewidoma. Do wyboru są dwie opcje: pierwsza to „tour” w ciemności, a więc wchodzi się do ciemnego pomieszczenia i próbuje się przetrwać, wykonując czynności życia codziennego. Druga możliwość to „tour” na zewnątrz”. Dzięki specjalnym okularom czujesz się jak osoba niedowidząca i próbujesz nie zginąć w centrum miasta. Całość trwa około godziny i kosztuje 15 euro. Sądzę, że warto zapłacić, bo to bardzo ciekawe doświadczenie. Ja niestety nie skorzystałam z tej okazji, gdyż tego dnia nie było akurat wycieczek w języku angielskim, a „tour” w języku niederlandzkim zakończyłabym pewnie na ulicznej latarni albo pod kołami roweru. Poza tym bardzo podobna wystawa jest także w Warszawie – tę wystawę widziałam (choć to może nie najlepsze określenie, bo w zasadzie to nic tam nie widziałam) i mogę z czystym sumieniem polecić.

Tak na marginesie – to muzeum wraz z informacją turystyczną znajduje się 5 minut od miejsca, w którym wysiadłam z autobusu. Tak więc moje godzinne błąkanie się po mieście w poszukiwaniu informacji turystycznej było tak bardzo bez sensu, że jestem z siebie dumna.

No dobrze, przejdę może do opisu miejsc, które jednak widziałam. W muzeum nabyłam przewodnik i mapę (za całe 2,50 euro, skandal, że nie było darmowych!), zaszyłam się w McDonaldzie (darmowe wifi, tanio i ciepło!) i przygotowałam prowizoryczny plan zwiedzania.

przewodnik

No to lecimy! Najpierw mini ZOO w miejskim parku, w którym podobno rośnie 150 gatunków drzew.

I jeszcze cała jesienna sesja w parku, w którym podziwiać można także stare mury miejskie z wieżami z 15 i 16 wieku.

park-3park-4park-2park-nijmegen

Nijmegen to zagłębie wąskich uliczek i kolorowych kamieniczek. Dodatkowo w jesiennej odsłonie miasto prezentuje się tak, że nic tylko chodzić i podziwiać.

kamienicauliczka-2uliczka

Na niewielkim skwerze Kitty de Wijzeplaats znajduje się pomnik poświęcony pamięci Żydów z Nijmegen, którzy zginęli podczas II wojny światowej. Znajdziemy tu także pamiątkowe tablice.

Na rynku Grote Markt spotkacie Mariken, która według legend miała stracić głowę dla Diabła i żyć z nim w grzechu przez siedem lat. Teraz za karę stoi na rynku w Nijmegen i kontempluje swoje grzechy. Grote Markt to miejsce pełne kawiarni i restauracji (Nijmegen jest miastem z największą ilością ogródków kawiarnianych w całej Holandii), a w soboty rozkłada się tam także targ, na którym można kupić na przykład nieprzyzwoicie dobre słodycze. Uwierzcie mi, są obłędne.

marikenrynekciastkoslodycze

Zaraz przy Grote Markt znajduje się najstarsza kawiarnia w całym Nijmegen. Nazywa się „In De Blaauwe Hand”, co oznacza mniej więcej tyle co „W niebieskie ręce”. W przeszłości gościła ona często pracowników pobliskich zakładów, w których farbowano ubrania. Używali oni koloru indygo, tak więc po ciężkim dniu pracy ich ręce były niebieskie. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale podoba mi się ta historia.

Kościół Stevenskerk jest na pewno warty odwiedzenia. Jego budowę rozpoczęto w 13 wieku i budowano aż do wieku 16. W czasie II wojny światowej kościół znacząco ucierpiał. W środku znajdują się (podobno) słynne organy Koeniga pochodzące z jego pracowni w Kolonii. Mnie jednak najbardziej zaciekawiła informacja, że kościół należy do „Stowarzyszenia  Krzyży z Gwoździ” – nigdy wcześniej o takim tworze nie słyszałam. Należą do niego kościoły, które zostały zbombardowane w czasie II wojny światowej. W kościołach tych co tydzień odbywają się msze za pokój i pojednanie.

Przed kościołem spotkać można rzeźbę przedstawiającą Moenen – to ten diabeł, który uwiódł biedną Mariken. Dziś za karę siedzi na cokole tyłem do kościoła.

Zrobiłam sobie krótki spacer nad rzeką Waal, ale muszę przyznać szczerze – krajobrazy nie powalały.

rzeka

W przewodniku wyczytałam także, że kaplica Saint Nicolas jest najważniejszym punktem miasta, gdyż to właśnie w tym miejscu Rzymianie ustanowili miasto Batawian (a więc dzisiejsze Nijmegen). Poczułam się więc zobligowana do tego, żeby tam pójść i stanąć na tym historycznym skrawku ziemi.

kaplicakaplica-2

Przejdźmy teraz do rzeczy dziwnych. Jak na przykład głowy lalek w oknach kawiarni. Albo klaun przed czyimś domem. Kolorowe domki dla ptaków nie są w sumie aż tak dziwne, ale nie są też codziennością.

Nijmegen to nie tylko wąskie uliczki i zabytkowe kamienice. Pasaż handlowy z milionami sklepów nawet (o dziwo) przypadł mi do gustu.

Kiedy już zrobiło mi się bardzo zimno i zmęczyło mnie łażenie po mieście, przyszedł czas na wizytę w jakimś muzeum. Padło na muzeum Het Valkhof, czyli muzeum archeologiczne, w którym znajdziemy kolekcję antycznych staroci, ale także trochę sztuki nowoczesnej. Ale to nie rzymskie starocia przekonały mnie do odwiedzenia tego muzeum. Obecnie można tam oglądać także czasową wystawę dotyczącą gladiatorów w starożytnym Rzymie. W informacji turystycznej tak zachwalali, że aż się skusiłam.

To było nawet ciekawe doświadczenie, bo przypominało trochę grę komputerową. Podobały mi się opisy poszczególnych typów gladiatorów, ich symulowane walki i modele w skali 1:1. Zrobiłam sobie nawet test na gladiatora i okazało się (co za niespodzianka), że powinnam się chyba jednak zająć czymś innym. Na przykład pisaniem bloga.

test-na-gladiatora

To był długi dzień. Błąkałam się po mieście przez 9 godzin, ale to było 9 dobrych godzin. Moje pierwsze holenderskie miasto zdało egzamin. Liczę na to, że podczas belgijskiej emigracji uda mi się jeszcze odwiedzić sąsiadów zza miedzy 🙂 Mam tyle planów, że te 10 miesięcy może nie wystarczyć…

drzwilatin-schoolrowerulica-w-miescieulicawieza

4 myśli na temat “Holandia: Nijmegen, miasto pierwszego holenderskiego kontaktu

Dodaj komentarz