Kazachstan: piekielny trekking w Niebiańskich Górach

Być w Kazachstanie i nie wybrać się na trekking? Mój mus mozołu nigdy by mi tego nie wybaczył! Poza tym górskie przebieżki w Niebiańskich Górach brzmią obiecująco, prawda? Myślicie, że było jak w niebie? Oczywiście, że nie. Zapraszam na opowieść o piekielnym trekkingu w Górach Niebiańskich!

Góry Ałatau Zailijski, pasmo Tien-szan

Tien-Szan (w tłumaczeniu: „Niebiańskie Góry”) to łańcuch górski leżący w Azji Centralnej, który rozciąga się na terytoriach 4 państw: Kazachstanu, Uzbekistanu, Chin oraz Kirgistanu. Jego najwyższym szczytem jest Szczyt Zwycięstwa, czyli Pik Pobiedy, mierzący 7439 m.n.p.m. i piętrzący się na granicy Kirgistanu i Chin. To jeden z najtrudniejszych do zdobycia siedmiotysięczników, który nie cieszy się dobrą sławą. Podobno istnieje nawet powiedzenie: „nieważne, że wszedłeś na Everest, powiedz mi, czy zdobyłeś Pik Pobiedy”? Najwyższym szczytem Kazachstanu jest leżący w łańcuchu Tien-Szan szczyt Chan Tengri (7010 m.n.p.m.). No, ale zejdźmy trochę niżej, bo póki co zdobywanie siedmiotysięczników mi nie grozi.

Jednym z pasm Tien-Szanu są góry Ałatau Zailijski. „Ałatau” po kazachsku oznacza „wielobarwne”, natomiast słowo „Zailijski” pochodzi z języka rosyjskiego i znaczy „leżące za rzeką Ili”. To właśnie tu, w górach Ałatau Zailijski, podczas 3-dniowego trekkingu, zachwycałam się pięknem kazachskich gór. Najwyższym szczytem tego pasma górskiego jest Tałgar, mierzący około 5000 m.n.p.m. (jedni piszą, że 4973, inni, że 5017). Jednak pięć tysięcy metrów to nadal byłoby dla nas zbyt wiele (zwłaszcza, że to nie jest prosty do zdobycia szczyt). Zejdźmy zatem na niziny, tam, gdzie rozpoczęła się nasza górska, kazachska przygoda.

Ałatau Zailijski. To tu rozgrywały się mozolne sceny!

Organizacja trekkingu

No dobrze, ale jak to wszystko ogarnąć? Najprościej byłoby iść do sklepu i kupić mapę ze szczegółowo oznaczonymi szlakami, prawda? Tylko że szlaki nie są oznakowane, a żadna przyzwoita mapa w wersji papierowej (według mojej wiedzy) nie istnieje. W biurze informacji turystycznej w Ałmatach za bardzo nam nie pomogli, otrzymałyśmy jedynie symboliczną mapę z prostym schematem szlaków. Istnieją co prawda aplikacje z mapami online (m.in. na blogu Hasające Zające znajdziecie informacje dotyczące dostępnych starych, radzieckich map topograficznych oraz map online), ale przyznaję otwarcie – przerosło mnie to, pokonała mnie cyrylica i miałam zbyt natarczywą wizję, w której to stoimy z Olgą gdzieś w górach w środku niczego ze smartfonami w dłoniach i próbujemy rozszyfrować cyrylickie hieroglify. Na dodatek ilość śniegu zalegająca na okolicznych szczytach w II połowie czerwca nie napawała mnie optymizmem. Znając swoje możliwości i realnie oceniając sytuację, zgodnie uznałyśmy, że jeśli chcemy zapuścić się głębiej w kazachskie góry (i, co bardziej istotne, wrócić!), to potrzebujemy asysty przewodnika górskiego. Poznajcie więc Anatolija!

Anatolij i Olga w drodze na Big Almaty Peak

Znalazłyśmy go w internecie, wysyłając zapytania o możliwość zorganizowania trekkingu pod wszystkie możliwe adresy mailowe, jakie wyskoczyły po wpisaniu w wyszukiwarce frazy „mountain guide kazakhstan”. Właściwie to początkowo szukałyśmy przewodnika, który wszedłby z nami na Big Almaty Peak – to szczyt, który upatrzyłam sobie jeszcze przed przyjazdem do Kazachstanu. Ani łatwy, ani trudny, za to oferujący piękne widoki i wejście na ponad 3600 m.n.p.m. – coś w sam raz dla naszej 4-osobowej ekipy. Pagórek zdobyłyśmy razem z Anatolijem, nikt nie zginął, dlatego zaczęłyśmy rozważać z Olgą możliwość kolejnego, tym razem dłuższego trekkingu z kazachskim przewodnikiem (Dominika i Dżesika po 2 tygodniach w Kazachstanie musiały wracać do Polski, a my z Olgą dalej tropiłyśmy mozoły na stepach). Poprosiłyśmy Anatolija, żeby zaproponował nam jakiś 3-4 dniowy trekking z ładnymi widokami, na którym nie umrzemy. Potem pozostała jeszcze kwestia dogrania terminu i ustalenia ceny. Wieczór przed trekkingiem spędziłyśmy z Anatolijem w restauracji w Ałmatach, degustując kazachskie przysmaki, oglądając zdjęcia z Kirgistanu i Nepalu, a także słuchając zapewnień, że wcale nie będzie aż tak ciężko i świetnie sobie poradzimy. Dziś już z uśmiechem myślę o tych jego małych kłamstewkach, bo wiem, że chciał dobrze.

W drodze na Big Almaty Peak. W dole widać Wielkie Jezioro Ałmackie. To była jedynie przystawka przed prawdziwym mozołem w górach Kazachstanu.

Ile kosztuje wynajęcie przewodnika górskiego w Kazachstanie?
– wejście na Big Almaty Peak – 66 000 tenge za grupę 4 osób (ok. 660 zł., 165 zł. za osobę)
– 3-dniowy trekking w górach Ałatau Zailijski – 100 000 tenge za 2 osoby (ok. 1000 zł., 500 zł. za osobę)

Więcej o cenach w Kazachstanie (czerwiec 2018 r.) przeczytasz w tym wpisie: Miesiąc w Kazachstanie: ceny, transport, noclegi, język.

Plan trekkingu

Trasa naszego trekkingu przedstawiała się następująco: Butakovka – przełącz Butakovska – dolina Lewego Talgaru – przełęcz Turystów – Wielkie Jezioro Ałmackie. 3 dni górskiego mozołu, 2 noce spędzone w namiotach, zero cywilizacji, przejście przez przełęcz na wysokości prawie 4 tysięcy metrów – przygoda zapowiadała się obiecująco.

Dzień I – Butakovka – przełęcz Butakovska – dolina Lewego Talgaru

Piątek, 22 czerwca 2018 roku, blady świt. Budzimy się z Olgą w jakimś hostelu w Ałmatach i zastanawiamy się, co nas podkusiło, żeby pakować się w mozolne trekkingi. Wczoraj do północy przygotowywałyśmy ekwipunek, więc dziś jesteśmy nieprzytomne, tymczasem Anatolij ze swoją żoną już czekają na nas przed hostelem. Schodzimy do nich mniej więcej zwarte i gotowe do boju. Jedziemy do doliny Butakovka, gdzie ma rozpocząć się nasza wędrówka, żona Anatolija wysadza nas w środku niczego i odjeżdża w siną dal, a my zostajemy zdani na siebie. Jest 7 rano, pogoda piękna, dzień słoneczny – nic, tylko upodlić się w górach!

Przed nami mniej więcej 1000 metrów podejścia na przełęcz. Na początku jest zielono, łagodnie i całkiem przyjemnie. Z uśmiechem na ustach i z wrodzoną gracją pokonujemy wartkie strumyki (haha, oczywiście żartuję. Gracji ani uśmiechu tam nie było). Nasze plecaki tradycyjnie ważą o wiele za dużo, co stwierdza sam przewodnik, ale twardo idziemy pod górę. „Slowly, slowly up” – powtarza nam Anatolij, a do nas bardziej przemawia słowo „slowly” niż „up”. Niesiemy namiot, śpiwory, zapas jedzenia na 3 dni, butlę z gazem i trochę wody. Trochę, bo zgodnie z zapewnieniami Anatolija, na trasie będą źródełka, w których będziemy mogły uzupełnić zapasy wody. Ścieżka jest jak dotąd dość dobrze widoczna. Trasa przebiega obok małego lodowca, na chwilę nawet schodzimy na śnieg. W oddali widzimy przełęcz Butakovską, nasz pierwszy cel – wydaje się odległy, ale po kilku mozolnych godzinach, nieźle już wymęczone, docieramy na miejsce i stwierdzamy, że było warto. Po drugiej stronie przełęczy jest chyba ładniej!

Atrakcje na szlaku.
W drodze na przełęcz.
Trochę poniżej przełęczy. Widok na Dolinę Lewego Talgaru.

Zejście do Doliny Lewego Talgaru to wzorcowy mozół w pięknej scenerii. Chciałoby się iść i podziwiać majestatyczne, ośnieżone szczyty, które wyłoniły się zza przełęczy, tymczasem jednak trzeba patrzeć pod nogi, bo ścieżka jest tak zarośnięta, że niewiele widać. To jeden z tych momentów, kiedy cieszę się, że jest z nami przewodnik, bo wybór drogi nie jest oczywisty. Po zejściu około 800 metrów docieramy do rzeki Lewy Talgar. Przekraczamy ją kilkukrotnie – po kamieniach i pniach drzew, ale mimo wszystko udaje nam się zachować suche buty! Na koniec czeka nas jeszcze ok. 400 metrów podejścia i wreszcie, po 9 godzinach w drodze, na wysokości ok. 2400 m.n.p.m. Anatolij zarządza, że na dziś wystarczy. Zgadzamy się z nim jak nigdy. Rozbijamy namioty, gotujemy sobie kolację i mamy nawet z Olgą siłę na podstawowe zabiegi higieniczne! (już następnego dnia okaże się, że higiena w górach jest przereklamowana). Jeszcze tylko, na wszelki wypadek, upewniamy się, że w tej części kazachskich gór nie ma niedźwiedzi (nie ma) i zasypiamy, choć wcale nie śpi mi się dobrze – potrzebuję trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do spania w namiocie.

Wszystko skończyło się dobrze, zapewniam!
Zbliżamy się do miejsca, w którym rozbijemy namioty i będziemy spać.
W naszym obozie 🙂

Dzień II – Dolina Lewego Talgaru – Słoneczna Polana – Wyżnia Dolina Lewego Talgaru – Lodowiec Turystów – nocleg pod przełęczą Turystów

Mozół rozpoczynamy dość wcześnie, bo już o 5 rano. Śniadanie i ogarnięcie siebie oraz namiotów zajmuje nam ponad godzinę. Jest rześko, żeby nie powiedzieć – zimno. Wczoraj był pierwszy dzień lata, ale w górach na wysokości 2400 m.n.p.m. wcale tego lata nie czuć. Przelatują nam z Olgą przez głowę różne myśli, na przykład takie, że skoro tej nocy było nam zimno, to co będzie wyżej? Na szczęście nie ma za bardzo czasu na nadmierne zastanawianie się, bo przed nami długa droga. Czekam z wytęsknieniem na pierwsze promienie słońca.

Ledwie oczy otworzyłam, a tu już pod górę! Oto są, drodzy Państwo, wakacje w stylu mozolnym.
Słoneczna Polana nie była dla nas ani trochę słoneczna.
Dzień powoli wstaje, zaczyna robić się całkiem ciepło.
W programie przewidziano spacery po wielkich kamieniach.
Jeszcze jest zielono, ale wkrótce trawa ustąpi miejsca kamieniom, a potem czeka nas spacer po śniegu.

Ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, dość łagodnie – tym razem świat oszczędza nam ostrych podejść. Docieramy do Słonecznej Polany, która skryta jest jeszcze w cieniu. Stopniowo jednak słońce wyłania się zza szczytów i robi nam się piękny, ciepły dzień. Idziemy przez kilka godzin, po drodze urządzając dwie dłuższe przerwy na jedzenie, odpoczynek i pławienie się w słońcu. W trakcie naszej wędrówki spotykamy tylko jedną osobę – chłopaka, który od kilku dni mieszka w namiocie z dala od cywilizacji i nie rozmawia z ludźmi (dowiadujemy się tego z kartki, którą nam pokazuje). Gdybym miała wybrać jakieś miejsce, żeby odciąć się od ludzi i świata, to góry Kazachstanu wydają się całkiem niezłą opcją.

I znów łagodnie pod górę.
Takie kopczyki oznaczają drogę, choć czasem trzeba naprawdę dobrze się rozglądać, żeby je dojrzeć.
Powodów do zachwytu nie brakuje!
Przerwa w mozole.
Tam zmierzamy. Coraz więcej kamieni, za chwilę pojawi się śnieg.

Powoli wkraczamy w krainę śniegu. Robi się zimno, pojawiają się nieprzyjemne chmury, przewodnik ostrożnie wybiera drogę, lawirując między kamieniami i płatami śniegu. Jestem umordowana. Od prawie 10 godzin jesteśmy w drodze, marzę o tym, żeby położyć się w namiocie. W końcu, na wysokości około 3750 m.n.p.m., Anatolij stwierdza, że to idealne miejsce na obóz. I znów zgadzamy się z nim bez żadnych dyskusji. Jesteśmy jakieś 200 metrów poniżej przełęczy, na którą będziemy jutro wchodzić. Patrzę w górę i wydaje mi się to dość mało realne, bo wszystko pokryte jest śniegiem. Nie myślę jednak o następnym dniu, trzeba przecież roztopić śnieg na herbatę, prawda?

Krajobraz już nie jest tak przyjazny. No i robi się zimno.
Daleko jeszcze…?
Zaraz rozbijemy namioty i zrobimy kolację. Ten uśmiech to uśmiech ulgi, że już nie trzeba dziś nigdzie iść.

Rozstawiamy namioty, przygotowujemy jedzenie, a potem zawijamy się w śpiwory, bo jest zimno. Wiecie, właściwie to kiedy wyjeżdżałam do Kazachstanu, nie planowałam nocy spędzonej w namiocie na prawie 4 tysiącach metrów wśród śniegów – Olga chyba też nie. Nasze śpiwory nie były wybitnie ciepłe. Choć założyłyśmy na siebie wszystkie ubrania jakie miałyśmy, to i tak okazało się, że marzniemy. Powoli zaczynało się ściemniać, a ja już wiedziałam, że to będzie bardzo, bardzo długa noc.

Anatolij powiedział nam wieczorem, że jeśli będzie nam zimno, to mamy przyjść do niego do namiotu i nie jest to żaden głupi żart ani niemoralna propozycja, raczej troska o to, żebyśmy nie zamarzły – we trójkę będzie nam cieplej. Kilkukrotnie w nocy rozważałyśmy, czy to już ten moment, kiedy trzeba szukać ratunku u naszego przewodnika, i choć faktycznie zamarzałyśmy, to jednak wolałyśmy swoje towarzystwo. Ponieważ i tak nie mogłyśmy spać, dogrzewałyśmy się trochę rozpalając od czasu do czasu butlę z gazem w namiocie (oczywiście uważając, żeby nie spalić wszystkiego dookoła albo nie zasnąć). Nigdy nie zapomnę dialogu, który wywiązał się między mną a Olgą około godziny trzeciej w nocy i brzmiał mniej więcej tak:
Olga: Śpisz?
Ja: Nie
Olga: Grzejemy?
Ja: Tak.
Świat postanowił rzucić nam jednak jeszcze jedną kłodę pod nogę i okazało się, że nasza zapalniczka nie działa. Próbowałyśmy, zaklinałyśmy, ale ogień nie chciał się pojawić. Trudno, trzeba jakoś przetrwać tę lodowatą noc, która nie chce się skończyć! Przytuliłyśmy się z Olgą do siebie, pogodzone z losem i chyba też trochę przeklinające ten wyjątkowo głupi pomysł trekkingu wśród śniegów. I właśnie wtedy, kiedy było mi już w sumie wszystko jedno, bo wiedziałam, że cieplej mi nie będzie i że i tak się nie wyśpię, udało mi się zasnąć, choć nie na długo. Już przed 6 rano obudził nas Anatolij oznajmiając, że czas ruszać w górę.

Kolacja. Prawdziwe zimno dopiero nadejdzie 🙂
Nasz obóz w pełnej krasie.
Lód się sam nie roztopi, herbata się sama nie zrobi!

Dzień III – Przełęcz Turystów – dolina Kyzylsay – Wielkie Jezioro Ałmackie

Rano odżywam, kiedy słońce wyłania się zza ośnieżonych szczytów. Nadal trochę nie dowierzam, że nie zamarzłam tej nocy. Jemy śniadanie, składamy namioty i ruszamy w górę, krok w krok za naszym przewodnikiem, który brodzi w śniegu po kolana. My mamy ułatwione zadanie, bo po prostu stąpamy po jego śladach. To jedyny moment w czasie trekkingu, kiedy widzę Anatolija zmęczonego i ciężko oddychającego – tak jak my przez 80% trasy 🙂 Nie mam wątpliwości – bez niego nigdy byśmy tu nie dotarły, bo wyznaczenie drogi w tym śniegu nie jest proste. Szczęśliwie docieramy w końcu do przełęczy Turystów, na wysokość około 3950 m.n.p.m. Zostajemy tam jedynie przez chwilę, bo wiatr próbuje nas zwiać i schodzimy na drugą stronę.

To już nie może być daleko, prawda?
Pod przełęczą.
Selfie na przełęczy to niemal obowiązek!

I kiedy wydaje się, że teraz będzie już tylko (dosłownie) z górki, okazuje się, że nic podobnego. Schodzimy z przełęczy, idziemy trochę po śniegu, trochę po sypkich kamieniach. Dochodzimy w końcu do miejsca w całości pokrytego śniegiem. Anatolij zaczyna kluczyć i szukać bezpiecznego sposobu na zejście. W końcu stwierdza, że tędy nie damy rady przejść i niestety będziemy musieli wrócić trochę pod górę, prawie pod przełęcz i zejść w innym miejscu. Postanawiamy nie przyjmować tego do wiadomości i kategorycznie twierdzimy, że nie chcemy „go up”, interesuje nas wyłącznie „go down”. Na to nasz przewodnik orzeka, że to zbyt niebezpieczne, bo próba zejścia tą drogą grozi lawiną „and we will not survive”. Z tym argumentem już nie dyskutujemy. Jestem bardzo zmęczona, choć dzień przecież dopiero się rozpoczął. Zdecydowanie jednak łażenie w górę i w dół na wysokości prawie 4000 metrów to konkurencja o dużym potencjale mozołu. Najważniejsze, że wszystko dobrze się kończy, lawina nie spada nam na głowę, nie wpadamy do szczeliny ani do potoku. Po pokonaniu najbardziej emocjonującego fragmentu trasy rozsiadamy się na kamieniach i odpoczywamy.

No, teraz to już naprawdę będzie z górki!

Wkrótce śniegi się kończą i pojawia się zieleń. Niedaleko przebiega granica z Kirgistanem, Anatolij mówi mi, że fotografowanie w tej dolinie jest zabronione, ale jest niewielka szansa, że spotkamy jakiegoś strażnika, który na dodatek będzie chciał skontrolować mój aparat. Pokonanie dzisiejszej trasy spod przełęczy Turystów do Wielkiego Jeziora Ałmackiego zajmuje nam około 7 godzin. Nasze mięśnie czują każdy z 1400 metrów zejścia.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale jak dotąd w relacji nie pojawiło się nawet pół zdania o deszczu. Czy wyobrażacie sobie trekking w stylu mozolnym bez deszczu? Kpina! Świat mnie nie zawiódł i na sam koniec zesłał na nas ulewę. No dobrze, po prostu niewielki deszcz, tak by formalności zostały dopełnione. Z nieskrywaną radością dotarłyśmy nad Wielkie Jezioro Ałmackie, gdzie nasza przygoda się zakończyła. Wkrótce przyjechała po nas żona Anatolija i zapakowaliśmy się do samochodu, by odjechać w stronę Ałmatów.

Aż szkoda żegnać takie widoki… Ale z drugiej strony – marzę o ciepłym prysznicu i wygodnym łóżku
Żegnajcie, piekielne Niebiańskie Góry!
Widać już Wielkie Jezioro Ałmackie. Jesteśmy przy nim trzeci raz w trakcie naszego pobytu w Kazachstanie!

To były trzy wspaniałe, ale także niełatwe dni spędzone w kazachskich górach. Mimo że nie do końca miałam siłę zachwycać się ich pięknem, bo byłam zajęta walką o życie, to nie żałuję ani jednego tenge wydanego na ten trekking. Wiem, że nie dałybyśmy rady przejść tej trasy same, bez wsparcia przewodnika, który – nawiasem mówiąc – jest spoko gościem, właził na ośmiotysięczniki i zdobywał medale dla Kazachstanu w pływaniu, a połowie trasy wziął nasz namiot, bo prawdopodobnie nie mógł już znieść naszego wolnego tempa 😉 Jeśli planujecie mozoły w tych rejonach (albo w Kirgistanie, albo i w Himalajach) i poszukujecie sprawdzonego przewodnika górskiego, chętnie podam kontakt do Anatolija.

I na sam koniec jeszcze dwie ciekawostki:

Nam ten trekking zajął 3 dni. Anatolij przebiega tę trasę w kilka godzin w ramach treningu.

Po powrocie do hostelu i po wzięciu ciepłego prysznica poszłam spać. Obudziłam się po 13 godzinach.

Chciałabym też oficjalnie i szczerze podziękować mojej drogiej, dzielnej towarzyszce Oldze, z którą wspólnie przetrwałyśmy te 3 dni. Wiem, że chciałaś mnie zabić, ale wiem też, że już nie chcesz. Wspólnie spędzona, dramatycznie lodowata noc w namiocie pod przełęczą Turystów jest jednym z moich najlepszych kazachskich wspomnień, dziękuję! Jak tylko (kiedyś) wrócę do Polski, to idziemy razem w góry, bez dwóch zdań!


OCENA W SKALI MOZOŁU: 7/10

Piękna, widokowa trasa, ośnieżone szczyty, soczysta zieleń, bajeczne strumyki i w ogóle sielanka. Dopóki nie trzeba taszczyć na plecach całego dobytku, ścieżka nie zanika w tajemniczych okolicznościach albo nie zaczyna prowadzić skandalicznie stromo w górę lub w dół. Brak trudności technicznych, przepaści. Ta trasa w wersji trzydniowej jest dość wymagająca kondycyjnie – pierwszego dnia byłyśmy w drodze przez 9 godzin, drugiego przez 10, trzeciego przez 7. Mozół krzyczy: „lubię to!”. Dodatkowy punkt w skali mozołu za okrutnie zimną noc, drugi punkt za sporą ilość śniegu zalegającego w okolicy i na samej przełęczy. Ach, no i konieczność ponownego podejścia pod górę, po tym, jak się już zeszło – tak się, drogi świecie, nie robi. Podsumowując, trekking oceniam na mocną „siódemkę” w skali mozołu. A nawet na „siódemkę” z plusem. Gdyby nie Anatolij, byłaby „dziesiątka”, bo zgubiłybyśmy się za pierwszym wzniesieniem i prawdopodobnie nasz trekking trwałby do dziś

TUTAJ znajdziesz pozostałe wpisy dotyczące KAZACHSTANU.

Dodaj komentarz