Kazachski trójpak, czyli Kanion Szaryński, jeziora Kolsai i Kaindy

Ostateczna decyzja o wyjeździe do Kazachstanu zapadła niedługo po tym, kiedy zobaczyłam w internecie zdjęcia Kanionu Szaryńskiego. Krótki przegląd internetów pod kątem innych kazachskich atrakcji wykazał, że zapuszczając się w tamte rejony, koniecznie trzeba odwiedzić też jeziora Kaindy i Kolsai. Zapraszam do wspólnego mozołu w pięknym zakątku świata!

Z mojego prywatnego monitoringu grup podróżniczych na Facebooku oraz blogów wynika, że nawet jeśli leci się do Kazachstanu na chwilę, na kilka dni, to i tak kończy się w Kanionie Szaryńskim, a następnie zazwyczaj trafia się nad malownicze jeziora: Kolsai (są 3, ale legalnie można dostać się do 2) oraz Kaindy (to jezioro z zatopionym lasem sosnowym wystającym częściowo z wody).

Jak dostać się do Kanionu Szaryńskiego?

Kanion Szaryński leży ponad 200 km. na wschód od Ałmatów. Można dostać się tam komunikacją publiczną, choć jest to dość problematyczne. Na dworcu
Sayakhat w Ałmatach trzeba łapać marszrutkę do Narynkola (powinna odjeżdżać w godzinach porannych) i powiedzieć kierowcy, żeby wysadził was przy Kanionie Szaryńskim, ale uwaga! Zostaniecie wysadzeni na drodze w środku niczego, a do wejścia do kanionu będzie jeszcze kilka ładnych kilometrów (no chyba, że ktoś się ulituje i was podwiezie). To rozwiązanie dla osób ceniących sobie przygody. Można próbować łapać stopa, ale lepiej zawczasu upewnić się, czy „stop” to na pewno „stop”, czy też po prostu płatna podwózka. Można też wynająć samochód i dotrzeć do kanionu wypożyczonym autem (tak zrobili Sabina i Piotr z bloga W podróży. Od czasu do czasu). Ale można także wynająć samochód z kierowcą i tak zrobiłyśmy my.

Z naszym kierowcą Nurzhanem. Jak zwykle czymś się zażeramy.

Jak trafiłyśmy na Nurzhana? Poszłyśmy do Centrum Informacji Turystycznej w Ałmatach, gdzie bardzo miła, uczynna i mówiąca świetnie po angielsku pani przedstawiła nam różne opcje dojazdu do Kanionu Szaryńskiego, od zorganizowanych wycieczek po dojazd komunikacją publiczną, Następnie zadzwoniła do swoich trzech znajomych z pytaniem, za ile zgodziliby się zabrać nas na 3-dniowy objazd po kanionie, jeziorach Kolsai i Kaindy (ot, takie zapytanie ofertowe po kazachsku). Znajomi przedstawili swoje oferty, a my wybrałyśmy najkorzystniejszą. Za trzydniowy „objazd” zapłaciłyśmy 150 000 tenge (dla grupy 4 osób, ok. 1500 zł, ok. 375 zł/os.). Dodatkowo płaciłyśmy też za dojazd nad jezioro Kaindy – żeby się tam dostać, potrzebne jest już auto terenowe (EDIT: współtowarzyszki podróży meldują, że jednak nie płaciłyśmy, bo Nurzhan wziął opłatę na siebie ;). Jeśli ktoś planuje pobyt w Kazachstanie, mogę podać kontakt do Nurzhana – mówi świetnie po angielsku, jest bezproblemowy i na pewno chętnie zawiezie was tam, gdzie chcecie 🙂

Więcej o cenach w Kazachstanie (czerwiec 2018 r.) przeczytasz w tym wpisie: Miesiąc w Kazachstanie: ceny, transport, noclegi, język.

Kanion Szaryński. Jest moc!

Kanion Szaryński, czyli kanion rzeki Szaryn, położony jest w południowo – wschodnim Kazachstanie, niedaleko granicy z Kirgistanem. Rozciąga się na około 150 kilometrów, a jego głębokość sięga nawet 300 metrów. Miejsce, do którego docierają turyści, to tak zwany Czerwony Kanion, zwany także Linią lub Doliną Zamków. Ma on jedynie 5 kilometrów i 50 metrów głębokości, ale zapewniam, że robi wrażenie. Przedziwne formacje skalne przypominać mogą warowne twierdze, zawieszone gdzieś na skałach. Kanion często bywa nazywany młodszym bratem Kanionu Colorado – trudno mi to zweryfikować, bo nie widziałam jeszcze starszego brata 😉

Krajobrazy Kanionu Szaryńskiego.
Dolina Zamków w Kanionie Szaryńskim.

Dojazd w okolice kanionu względnie przyzwoitą drogą A-351 zajmuje prawie 3 godziny i jest to jedynie przedsmak tego, co czeka nas dalej. Do pokonania zostaje jeszcze kilka kilometrów po bezdrożach, wśród wszechobecnego pyłu i piachu. Powoli dotaczamy się się jednak do bramy wjazdowej do kanionu, gdzie Nurzhan płaci za wstęp (750 tenge/os. i 200 tenge za samochód, czyli ok. 8 zł i 2 zł). Następnie parkujemy przy turystycznych wiatach, wysiadamy z samochodu, zaliczamy pierwszy, szybki udar słoneczny i ruszamy na spotkanie z kanionem!

Wjazd do kanionu.
W drodze. Tak najlepiej!
Schodzimy na dno kanionu. Fot. Olga.
Pięknie, prawda? Żałujcie, że nie odczuwacie temperatury.

Kanion Szaryński daje duże możliwości pod względem mozołu. Poza prostym spacerem nad rzekę Szaryn, można na przykład do woli łazić po skałach i skałkach, odkrywać coraz to nowe ścieżki i podziwiać kanion z różnych perspektyw. Oczywiście skorzystałyśmy z tej opcji i prawie wyplułyśmy płuca wdrapując się w upale na górę. Na końcu Doliny Zamków znajduje się cywilizacja – jest tam bar, można wynająć jurtę (koszt: w przeliczeniu 450 zł za noc) lub bungalow. Kiedy szykowałyśmy się do podróży, wszyscy uprzedzali nas, że tu jest dzicz, więc trzeba zabrać swoje jedzenie i dużo wody do picia. Tymczasem z głośników w barze płynęło Despacito, a kiedy zapytałam, czy mogę zajrzeć do jurty, usłyszałam, że oczywiście, ale za opłatą. Masowa turystyka, choć na razie zaledwie próbuje być masowa, ale dociera i do Kazachstanu.

Wymarzyłam sobie ten kanion i mam!
Kanion nie ma przed nami tajemnic! Zajrzymy wszędzie! 😉
Spełnianie marzeń to najfajniejsze zajęcie pod słońcem. Zwłaszcza pod kazachskim, ostrym, palącym słońcem.
Widok z góry na „cywilizację” w kanionie – bar, jurty, domki do wynajęcia.
3/4 ekipy w trakcie eksploracji kanionu 😉
Wnętrze jurty.
Jurta gotowa na przyjęcie turystów.
Nad rzeką Szaryn. Nie polecam kąpieli – całkiem żwawy nurt!

Przyjechałyśmy do kanionu z zamiarem spędzenia nocy w namiotach, po to, by móc podziwiać to piękne miejsce najpierw w promieniach zachodzącego, a następnie wschodzącego słońca. I to był strzał w dziesiątkę! Wieczorem, kiedy ostatnie promienie słoneczne oświetlają skały ciepłym światłem, kanion prezentuje się chyba najlepiej. Na dodatek mamy to miejsce praktycznie na wyłączność i możemy delektować się ciszą i spokojem siedząc gdzieś hen, daleko, w środku Kazachstanu.

Zastanawiałyśmy się, gdzie rozbić namioty – czy zrobić to na dnie kanionu czy gdzieś na górze. Wygrała opcja „góry”, gdyż chciałyśmy mieć lepszy widok na zachodzące i wschodzące słońce. Owszem, przeszła nam gdzieś tam przez głowę myśl, że na górze może trochę wiać, ale postanowiłyśmy ją zignorować. No i wyobraźcie sobie, że w nocy wiało i to dość konkretnie. Na dodatek w oddali przez pół nocy się błyskało, a my miałyśmy już całkiem precyzyjną wizję nawałnicy, która już za chwilę przetoczy się nad naszymi głowami. Co prawda jakieś 15 minut drogi od naszych namiotów stał zaparkowany samochód z naszym kierowcą, Nurzhanem, ale przyznaję, że nakręciłyśmy spiralę paranoi w sposób wzorcowy. Na dodatek jedna z nas zidentyfikowała dziwne zwierzę siedzące w pobliżu namiotów (o czym poinformowała nas jednak dopiero nad ranem). Prawda jest taka, że w trakcie tej mojej wymarzonej nocy w kanionie Szaryńskim prawie nie zmrużyłam oka i rano wstałam totalnie zmaltretowana (w sumie wszystkie wstałyśmy). Zadziwiająco sprawnie ogarnęłyśmy namioty, zjadłyśmy śniadanie i ruszyłyśmy do samochodu, bo kolejnym przystankiem w trakcie kazachskich mozołów miały być jeziora Kolsai.

Ruszamy szukać miejsca na rozbicie namiotów.
Namioty rozbite, teraz czekamy na zachód słońca.
3/4 ekipy. Fot. Dominika.
Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca.
Trochę wytchnienia w trakcie kazachskiego mozołu 🙂

Dlaczego Kazachstan? Jak to jest zyskać i stracić status gwiazdy? Czy mąż może zostać w Polszy, podczas gdy żona przemierza kazachskie stepy? Ile miseczek czaju z mlekiem można wypić w czasie jednego śniadania? Zapraszam do lektury zbioru luźnych myśli, jakie wpadały mi do głowy w trakcie i po zakończeniu kazachskich mozołów.

Jeziora Kolsai w stylu nadzwyczaj mozolnym

Przejazd z kanionu Szaryńskiego nad jeziora Kolsai zajmuje nam około 3 godzin (wliczając czas potrzebny na powrót do kanionu po aparat fotograficzny zostawiony przez jedną z nas… ;). Nie nudzimy się jednak ani trochę, bo widoki są przepiękne, a poza tym trzeba uważać na hasające po drodze owce i inne zwierzaki.

Otwieram okno w samochodzie, a tu konie na drodze!
Zbliżamy się do jeziora Kolsai. Pod samo jezioro można podjechać zwykłym samochodem (nie jest potrzebne „terenówka”), ale kazachskie drogi zapamiętacie na długo!

Docieramy w końcu do pierwszego z trzech jezior, leżącego na wysokości ok. 1800 m.n.p.m. Ma ono około 80 metrów głębokości, jest długie na kilometr i szerokie na około 400 metrów. Można do niego dojechać samochodem, ale sam pobyt nad pierwszym jeziorem to dla nas zdecydowanie za mało! Decydujemy się więc na trekking do drugiego jeziora, położonego na wysokości ok. 2200 m.n.p.m. Trzecie z jezior znajduje się już w strefie przygranicznej i zgodnie z informacjami uzyskanymi od miejscowych, nie da się go (legalnie) odwiedzić. Ignorujemy fakt, że nad naszymi głowami zbierają się ciemne chmury i wszystko wskazuje na to, że wkrótce zacznie padać i ruszamy. Nasz kierowca Nurzhan idzie z nami, co zdecydowanie dodaje nam otuchy.

Pierwsze z jezior Kolsai
Zaczyna się ulewa, za chwilę dołączy także i burza.

Zgodnie z przewidywaniami, wkrótce zaczyna padać, a niedługo potem także grzmieć. Burza w kazachskich górach, tego jeszcze nie przeżyłam – myślę sobie, ale wcale nie jest mi do śmiechu. Nurzhan niezrażony idzie jednak dalej, zupełnie ignorując deszcz i burzowe pomruki. Wyrywa do przodu nadzwyczaj żwawo, w ogóle nie widać po nim zmęczenia ani zadyszki. Idzie w zwykłych tenisówkach i bluzie. My, w naszych butach trekkingowych, nieprzemakalnych kurtkach i innych cudach outdoorowej techniki wleczemy się za nim niemrawo, walcząc o każdy oddech. Jest mokro, taplamy się w błocie i mamy już troszeczkę dość. Szczęśliwie zbliżamy się już do drugiego z jezior Kolsai – jeszcze tylko kontrola graniczna (trzeba pokazać paszporty miłym panom z karabinami), nieoczekiwana przeprawa przez rzekę po zwalonych pniach i jesteśmy!

Choćbym chciała, bez mozołu po prostu nie potrafię!
Drugie z jezior Kolsai. Mokro, ciemno, nieprzyjemnie. Witajcie w świecie mozołu!
Mamy jezioro tylko dla siebie.
Odwrót!

Drugie, największe z jezior Kolsai znajduje się na wysokości ok. 2200 m.n.p.m. Jego głębokość sięga 50 metrów i podobno jest najbardziej urokliwym spośród wszystkich trzech jezior. Dojście do środkowego jeziora zajęło nam 3 godziny. Posiedziałyśmy trochę nad brzegiem, wysuszyłyśmy się i wkrótce ruszyliśmy z powrotem. Po drodze przypomniał sobie o nas deszcz, więc do auta dotarłyśmy mokre i ubłocone jak zwierzęta. Nasz kierowca zarzekał się, że wszystko jest w porządku i to przecież nic takiego, kiedy ładowałyśmy się w brudnych ubraniach do jego samochodu. Wiem, że cierpiał, ale robił to z godnością. Pojechaliśmy do wsi Saty, gdzie spędziliśmy noc u przemiłej rodziny. Gospodyni uraczyła nas wszystkimi możliwymi kazachskimi słodkościami, czaj z mlekiem lał się hektolitrami, a kolacja wystarczyłaby i na śniadanie. No dobrze – może i nie było prysznica ani łazienki, ale za to było wi-fi! Wieczór w Saty i krótki spacer po wsi następnego dnia wspominam wyjątkowo dobrze. W końcu nadszedł czas na ostatni przystanek w trakcie naszej 3-dniowej wycieczki. Czekało na nas jezioro Kaindy ze swoim zatopionym lasem!

Wieś Saty.
Obchód wsi i przegląd inwentarza 🙂
Może i nie ma normalnej drogi, ale za to jaki meczet!

ZAJRZYJ TEŻ na Dziki Zachód Kazachstanu, czyli do Parku Narodowego Altyn Emel. Leżące na terenie parku wzgórza Aktau powitają Was krajobrazami rodem z dzikiego zachodu, a jeśli dopisze Wam szczęście, to może nawet usłyszycie, jak śpiewa Śpiewająca Wydma.

Jezioro Kaindy i zatopiony las

Przygoda zaczyna się na długo zanim docieramy do jeziora, bo czeka nas przejażdżka najprawdziwszym radzieckim uazem! Auto zostało w jakiś sposób zorganizowane – ktoś gdzieś zadzwonił , ktoś komuś przekazał, ktoś z kimś uzgodnił i rano pod domem stał niezniszczalny uaz (za przejazd płaciłyśmy dodatkowo, nie pamiętam niestety ile). Było dużo zabawy, zwłaszcza kiedy pokonywałyśmy całkiem żwawo płynący strumyk. Trzeba było mocno się trzymać, bo auto podskakiwało na każdym wertepie. Do przejechania miałyśmy 12 niezapomnianych kilometrów, potem jeszcze krótki spacer i w końcu przywitałyśmy się z jeziorem Kaindy.

Takie luksusy!
W drodze do jeziora.

Tak naprawdę wszystkie te opowieści o podwodnym lesie są trochę naciągane, bo z wody wystają co najwyżej nagie pnie, ale nie zmienia to faktu, że całość wygląda intrygująco. Jezioro Kaindy powstało w wyniku trzęsienia ziemi w roku 1911. Nie jest duże – ma zaledwie 400 metrów długości i ok. 30 głębokości, ale trudno nie zachwycić się pięknym, lazurowym kolorem wody. Nie polecam kąpieli, bo woda ma zaledwie 6 stopni. Dobrym pomysłem jest za to spacer dookoła jeziora i podziwianie tego, co pozostało z lasu sosnowego

Jezioro Kaindy. Te kolory wcale nie są przesadzone!
Nawet na koniu można się przejechać.
Jezioro wygląda pięknie, ale także trochę nierealnie.
Nasz niezawodny samochód.

Te trzy dni to długie godziny spędzone w samochodzie, zmieniające się krajobrazy – od suchych stepów i gorącego kanionu po zieleń nad jeziorami Kolsai i Kaindy. Palące słońce i burza z ulewą, czaj z mlekiem u kazachskiej rodziny i baranina jedzona na ulicy w trakcie postoju. To ciekawe rozmowy z naszym kierowcą Nurzhanem. Przejazd radzieckim uazem, który wyglądał tak, jakby nic już nie mógł, a mógł wszystko. Wspólne wypady do wychodka w środku nocy. To piękny zachód słońca w kanionie i niezapomniana, wietrzna noc pod namiotem. To był po prostu świetny czas spędzony z fantastycznymi dziewczynami w wyjątkowych miejscach. Wiem, powtarzam się, ale napiszę to jeszcze raz: Kazachstan wymiata!

O tym, jak zaplanowałyśmy nasz wyjazd dzień po dniu, przeczytasz we wpisie: Kazachstan dzień po dniu, czyli miesiąc mozołu!

Pozdro z kanionu!


Dodaj komentarz