Korsyka mozolnie #1: Monte Astu

Nie mogło być inaczej. Monte Astu (lub Monte Asto) to szczyt, u podnóża którego mieszkam, dlatego od niego zaczynam przegląd korsykańskich mozołów. Ten sylwestrowy, wcale nie tak łagodny spacer zainaugurował naszą przygodę z korsykańskimi pagórami. Wielkim finałem będzie – miejmy nadzieję – przejście szlaku GR20. Tymczasem zapraszam na północny wschód Korsyki, bo góra czeka!

Zgłosiliśmy nasze planowane przejście szlaku GR20 do konkursu i mamy szansę uzyskać wsparcie firmy outdoorowej Chiruca. Zagłosuj na nasz projekt GR20 – kliknij TU i polub zdjęcie na Facebooku!

Monte Astu to najwyższy wierzchołek masywu Tenda – mierzy sobie 1535 m.n.p.m. Nie jest jakoś specjalnie znany, i tym lepiej, bo nie trzeba go będzie dzielić z tłumem innych turystów! Szlak na Monte Astu rozpoczyna się w średniowiecznej wiosce Lama, zawieszonej gdzieś w połowie góry w departamencie Górna Korsyka (Haute Corse). Tak się składa, że tu właśnie mieszkam, tak więc wychodzę z domu i od razu trafiam na szlak! Ścieżka jest oznakowana dość dobrze, trzeba szukać żółtych znaków lub kopczyków kamieni. Trasa w górę i w dół powinna zająć około 7 godzin. Do pokonania jest ponad 1000 metrów przewyższenia. Po drodze mijamy jedno schronisko (a raczej schron).

Lama jest jedną z wiosek położonych w dolinie Ostriconi. Przechadzając się jej wąskimi uliczkami możemy podziwiać małe, kamienne domki budowane ciasno jeden przy drugim. Gdzieś tam, w labiryncie uliczek i schodków trzeba odnaleźć początek szlaku, co jest pierwszym wyzwaniem przy zdobywaniu Monte Astu.

Lama. Tu mieszkam i tu rozpoczyna się szlak na Monte Astu.
To wioska przyklejona do zbocza góry, położona na wysokości ok. 500 m.n.p.m.
Widok z Lamy. Najwyższy z widocznych szczytów to Monte Padru (2389 m.n.p.m.)
W „mieście”.
Zerkam na Lamę.
I wszystko jasne!

Ścieżka zaczyna wić się w górę, wioska zostaje w dole. Dochodzimy do punktu widokowego z tabliczką informującą, na jakie szczyty patrzymy, dzięki czemu mogę Wam potem szpanować swoją znajomością korsykańskiej topografii. Do samego szczytu mamy 7 kilometrów, za około 2 godziny powinniśmy dojść do schroniska – schronu du Prunincu. Póki co jednak chłoniemy słońce i napawamy się widokami. Na Monte Astu wybraliśmy się 3 dni po przeprowadzce na Korsykę, czyli… w Sylwestra, 31 grudnia 2018 roku. Górski mozół w pięknych okolicznościach przyrody to najlepsze zakończeniu roku, jakie mogliśmy sobie zafundować.

A tam z tyłu można nawet wypatrzyć Monte Cinto – najwyższy szczyt Korsyki! (2706 m.n.p.m.)
Na szlaku.
Szlak niczym autostrada!

Wkrótce docieramy do niewielkiego schronu du Prunicu (1048 m.n.p.m.), do którego drzwi co prawda są wyłamane, ale w przypadku burzy lub niepogody lepsze takie schronienie niż żadne. Są tu prycze, miejsce do gotowania a nawet zapasy żywności dla strudzonych wędrowców. Poza sezonem nie spotykamy tu żywego ducha. Siedzimy chwilę w chatce, zjadamy drugie śniadanie i lecimy dalej, na przełęcz Tiobuli (1238 m.n.p.m.). Tam po raz pierwszy tego dnia przekonujemy się o tym, że zima na Korsyce wcale nie musi wyglądać jak lato. Zaczyna mocno wiać i – co za zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że jest ostatni dzień grudnia – robi się zimno.

Schronisko du Prunicu.
W schronisku. Jak w domu!
Może i nie ma większych trudności, ale jednak jest mocno pod górę.
Tu już pod szczytem.

Na szczycie Monte Astu znajduje się krzyż, dzięki któremu wiemy, że dotarliśmy we właściwe miejsce. Ostatnie metry podejścia są nieco bardziej wymagające – w kilku miejscach trzeba nawet użyć rąk, ale bez przeszkód docieramy do celu. Nie zabawimy tu jednak długo – wiatr rozhulał się tak, że zafundowaliśmy sobie jedynie szybkie, sylwestrowe selfie i zaczęliśmy schodzić.

Widoki spod szczytu
Po takich głazach przyjdzie nam się wspinać. Na jednym z nich widać żółte oznakowanie szlaku.
Na wierzchołku Monte Astu – 1535 m.n.p.m.
Sylwestrowe selfie. Wieje! Strzelamy fotę i schodzimy.

Przez cały dzień spotkaliśmy na trasie chyba 3 osoby – tak jak pisałam, góra nie jest szczególnie popularnym celem, zwłaszcza w grudniu. Choć dla nas był to piękny, niemalże wiosenny dzień (nie licząc wiatru na szczycie), miejscowi chodzili poubierani, jakby trwała epoka lodowcowa. Ze szczytu zeszliśmy tą samą drogą, dotarliśmy do Lamy i do naszego domu, w którym zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy ledwo żywi. Tak to właśnie jest, jak się chodzi po górach bez kondycji (moja kondycja została we wrześniu na Kilimandżaro, od tej pory już jej nie widziałam). Czas chyba ją reaktywować!

Powrót.
Słońce coraz niżej… Czas schodzić w doliny!

To pierwszy z serii „korsykańskich” wpisów. Z całą pewnością będzie ich więcej, ze szczególnym uwzględnieniem górskich mozołów na tej wyspie.


OCENA W SKALI MOZOŁU: 3/10

To nie jest szczyt z gatunku hardkorowych, niemniej jednak 1000 metrów podejścia samo się nie zrobi. Zadyszka przy wejściu jest jak najbardziej możliwa, ale to chyba największe zagrożenie, jakie na nas tu czyha. Wiatr próbował co prawda zwiać nas ze szczytu, ale były to daremne starania. Ścieżka jest dobrze oznakowana, brak trudności technicznych, nie ma niedźwiedzi i tym podobnych atrakcji. W zamian za to – rozległa panorama, zarówno na najwyższe korsykański szczyty z Monte Cinto na czele, jak i na Cap Corse i korsykańskie wybrzeże. Można stąd nawet wypatrzeć wyspę Elbę! Podsumowując – drogie Monte Astu, o mozole musisz się jeszcze wiele nauczyć!

Dodaj komentarz