Wszystkie szczeble Drabiny Wałbrzyskiej

Słyszeliście kiedyś o Drabinie Wałbrzyskiej? To szlak poprowadzony w Górach Wałbrzyskich i Kamiennych, liczący ponad 73 kilometry, zataczający mozolną pętlę w trakcie której pokonacie ponad 3500 m. zejść i podejść. Samo spojrzenie na profil trasy jest bolesne. Szlak przeszłyśmy w marcu 2021 roku – zapraszam więc na wspólny spacer!

Poniżej znajdziecie pełną trasę Drabiny Wałbrzyskiej. Nie znalazłam żadnych informacji na temat oficjalnego początku i końca tej trasy, my postanowiłyśmy ruszyć z Boguszowa-Gorców i tam zakończyć. Trasę zaplanowałyśmy na 3 dni, z noclegami w Wałbrzychu oraz Sokołowsku. Drabina, jak to drabina, musi mieć szczeble. W tym przypadku jest ich 24 – są to szczyty, które powinniście zdobyć w trakcie waszego przejścia.

Zanim jednak przejdę do opisu wszystkich szczebli Drabiny, chciałabym ogłosić, że zamierzam znaleźć winnego. Tak, winnego mojego mozołu. O Wałbrzyskiej Drabinie dowiedziałam się od Was – czytelników, a dokładnie od jednej osoby, która pod którymś z postów na facebooku wspomniała od niechcenia o takim jednym, morderczym szlaku. Dziś już nie pamiętam kto to był ani kiedy ten komentarz został dodany, ale jeśli tu jesteś, posłańcze mozołu, wiedz, że jesteś ojcem chrzestnym (bądź matką chrzestną) tego przedsięwzięcia (innymi słowy – to ciebie przeklinałam na każdym podejściu).

DZIEŃ 1
Dystans: 27,4 km
W górę: 1017 m. / W dół: 1204 m.
Trasa: Boguszów Gorce – Chełmiec – Mniszek – Jabłów – Trójgarb – Lubomin – Szczawno-Zdrój – Góra Parkowa – Wałbrzych
Szczeble: Chełmiec, Mniszek, Trójgarb, Góra Parkowa

Naszą przygodę rozpoczynamy tak naprawdę we Wrocławiu, skąd porannym pociągiem docieramy do Boguszowa-Gorców (za nic w świecie nie umiem tego odmienić, ale zakładam, że tak jest dobrze). Dlaczego akurat tam? Tak jakoś wymyśliłam, tak zaplanowałyśmy trasę, a poza tym podobno tak jeszcze nikt nie szedł, więc to mocny argument przemawiający za tym, żeby tak właśnie iść. Pierwszy szczebel Wałbrzyskiej Drabiny w naszym wykonaniu to Chełmiec. Znamy go dość dobrze, zielonym szlakiem z Boguszowa szłam miesiąc wcześniej, więc wiedziałam, że to podejście nie powinno zrobić nam krzywdy. Świat również wiedział, że będzie dość łatwo i łagodnie, dlatego obdarzył nas gradobiciem. To było jak konfetti, wielka feta z okazji rozpoczynającego się mozołu! Przyjęłyśmy ten opad z godnością, jak zresztą każdy kolejny na szlaku.

Początek zmagań z Drabiną. Entuzjazmu nie można nam odmówić, co do kondycji – sprawa jest bardziej skomplikowana.
…i grad w Boguszowie-Gorcach. Typowy przykład fety w stylu mozolnym.

Boguszów-Gorce minęłyśmy dość szybko, bo grad niespecjalnie sprzyja kontemplacji i podziwianiu okolicy, ale chętnie bym tu wróciła po prostu się powłóczyć. W samym mieście znajduje się wiele zabytkowych budynków. Kiedy sunęłyśmy w stronę Chełmca, jakiś miły pan przestrzegł nas przed stadem dzików hasających przy szlaku. To byłby wymarzony początek mozołu – ucieczka przed dzikami wśród padających kulek gradu. Na szczęście (a może niestety?) ominęły nas takie atrakcje.

Zielony szlak łagodnie piął się pod górę, mijałyśmy kolejne stacje Drogi Krzyżowej Trudu Górniczego i cieszyłyśmy się jak głupie z każdego promienia słońca, które w końcu przebiło się zza chmur. Niech żyje Drabina Wałbrzyska!

Sielanka. Trochę zimy, trochę wiosny, nieco słońca i cała masa radości.
To prawdopodobnie wyjazd z rekordową ilością selfie. Robiłyśmy selfie na każdym szczycie, a także na przełęczach, zejściach, podejściach, na płaskim, na krzywym i wszędzie tam, gdzie tylko miałyśmy na to ochotę.
Widoki z podejścia na Chełmiec. W tle Ślęża.

Bez większej zadyszki wdrapałyśmy się na Chełmiec i tym samym wspięłyśmy się na pierwszy szczebel Drabiny Wałbrzyskiej. Na szczycie panowały zimowe warunki, przekąsiłyśmy coś szybko, napiłyśmy się gorącej herbaty i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Zejście niebieskim szlakiem było łagodne i całkiem przyjemne, do tego stopnia, że zamiast skupić się na pilnowaniu szlaku, prowadziłyśmy ożywione konwersacje na wszystkie możliwe tematy. Efekt? Nagle znalazłyśmy się w krzakach, a niebieskiego szlaku ani widu, ani słychu. Wzmogłyśmy zatem czujność, odszukałyśmy właściwą drogę i pewnie już zmierzałyśmy w stronę kolejnego szczebla Drabiny. Po drodze otworzyła nam się przyjemna panorama na okoliczne pola, aż w końcu naszym oczom ukazał się imponujący zalesiony pagór.

Mniszek, choć będzie próbował uśpić waszą czujność niewinną nazwą, potrafi podnieść tętno. To taki mały skurczybyk, po którym nie spodziewacie się żadnych przykrości, ale wierzcie mi – podejście niebieskim szlakiem od strony Chełmca rozpali wasze mięśnie. Potem czekają was już tylko poszukiwania samego szczytu, który nie znajduje się na szlaku – to byłoby zbyt banalne. Na miejscu ujrzałyśmy resztki wiaty, która może nie wzbudza zaufania, ale świetnie chroni od wiatru. Mniszek nie oferuje jakichś spektakularnych panoram, szczyt jest raczej zalesiony, ale wspominam go bardzo miło, mimo że prawie tam zamarzłyśmy.

Chełmiec i charakterystyczny krzyż. Na szczycie jest też przyjemna wiata i miejsca piknikowe.
Zejście z Chełmca. Niebieski szlak, a może wcale nie… Kto by tam patrzył na znaki, kiedy tak przyjemnie się idzie i rozmawia…
I był! Początek podejścia nie wygląda dramatycznie, potem sprawa się nieco… pionizuje.
Krowy na Mniszku.
Wiata na szczycie zajęta przez Monikę, Aga jeszcze łudzi się, że wytrzyma na tym wietrze bez osłony. Wizja katastrofy budowlanej niespecjalnie nas zachęcała, ale wiało tak, że wybrałyśmy mimo wszystko to niepozorne schronienie.
Mniszek – szczyt nr 2 Drabiny Wałbrzyskiej.

Po Mniszku przyszła kolej na Trójgarb. Byłam ciekawa tego szczytu – nigdy wcześniej go nie odwiedziłam, za to widziałam całą masę zdjęć wykonanych na tamtejszej wieży widokowej. Zeszłyśmy więc niebieskim szlakiem i znów znalazłyśmy się w Boguszowie-Gorcach. Tutaj wybrałyśmy szlak czarny i po szybkich zakupach w jednym ze sklepów ruszyłyśmy na Trójgarb. Trasa była przyjemna i niezwykle widokowa – za plecami miałyśmy swoje dzisiejsze zdobycze – Chełmiec i Mniszek, dookoła urokliwe pola. Urządziłyśmy sobie krótki piknik trochę w środku niczego, ale silne podmuchy wiatru sprawiły, że szybko ruszyłyśmy dalej. Podejście na Trójgarb czarnym szlakiem nie jest specjalnie wymagające, więc na szczyt dotarłyśmy bez większych problemów. Największym wyzwaniem okazało się wejście na wieżę w towarzystwie wściekłego wiatru – panoramy z góry są naprawdę imponujące, ale ciężko je podziwiać, kiedy wiatr próbuje urwać ci głowę. Tak więc – szybka sesja zdjęciowa i lecimy na dół, zanim nas zwieje. Trójgarb to faktycznie przyjemny pagór, który nie zabija stromizną (oczywiście piszę tylko o czarnym szlaku), oferuje piękne widoki i wygodną wiatę na szczycie. Trzeci szczebel Drabiny za nami!

Szyb Witold w Boguszowie-Gorcach
W drodze na Trójgarb. Na razie Drabina obchodzi się z nami łagodnie.
Chełmiec i Mniszek, nasi dzisiejsi oprawcy.
Trasa na Trójgarb jest łagodna, widokowa, po prostu przyjemna.
Wkraczamy do lasu. Choć wcale tego nie widać, cały czas towarzyszy nam silny wiatr.
I jest! Szczyt z wieżą widokową.
Panoramy robią wrażenie, widoczność całkiem dobra, ale ja i tak skupiam się głównie na tym żeby wiatr nie wywiał mi telefonu z ręki,
Trzy garby na Trójgarbie.
I najważniejsze – selfie z tabliczką. Trzeci szczebel Drabiny – Trójgarb – jest nasz!

Schodzimy na Lubomińskie siodło i tu dajemy porwać się mozołowi. Co to oznacza? Doznajemy trudnego do wytłumaczenia zaćmienia umysłów i zamiast iść zielonym i żółtym szlakiem przez Lubomin wprost do Szczawna – Zdroju, wybieramy drogę dłuższą, przez Strugę. Trasa Drabiny Wałbrzyskiej została więc przez nas nieco zmodyfikowana, ale kto zabroni nam dołożyć sobie mozołu! Do Szczawna-Zdroju dotarłyśmy już gdy zapadał zmrok, a Górę Parkową odnalazłyśmy w świetle czołówek – na szczęście szlak był prosty i wygodny. W Wałbrzychu znalazłyśmy kwaterę bardzo blisko szlaku, dotarłyśmy do niej po 19.00. Pierwszy dzień Drabiny to tak naprawdę zaledwie rozgrzewka – wszystkie najbardziej strome zejścia i podejścia były jeszcze przed nami…


DZIEŃ 2
Dystans: 28,7 km
W górę: 1667 m. / W dół: 1503 m.
Trasa: Wałbrzych – Ptasia Kopa – Lisi Kamień – Nowy Poniatów – przełęcz Szypka – Dłużyzna – Wołowiec – przełęcz Kozia – Borowa – Rybnica Mała – Rogowiec – Skalna Brama – Turzyna – Andrzejówka – Waligóra – Suchwawa – Kostrzyna Włostowa – Sokołowsko
szczeble: Ptasia Kopa, Lisi Kamień, Dłużyzna, Mały Wołowiec, Wołowiec, Kozioł, Borowa, Rogowiec, Turzyna, Waligóra, Suchawa, Kostrzyna, Włostowa

Trasa przewidziana na drugi dzień skłaniała do przemyśleń, głównie nad sztuką cierpienia i ideą mozołu. Jestem pewna, że kiedy Sudety wypiętrzały się w którejś tam orogenezie, pomyślały sobie: hej, a może nastawiamy całą masę skandalicznie stromych piramid, a jeśli kiedyś na ziemi pojawią się jacyś ludzie, to będą się na nie wspinać i nas przeklinać. I tak się stało. Dziś czekało nas ponad 1600 metrów podejść i niewiele mniej zejść. Góry Wałbrzyskie i Kamienne w swojej najlepszej formie! My – niekoniecznie.

Rozpoczęłyśmy dość wcześnie, na szlaku byłyśmy przed 7 rano. Dwa pierwsze szczyty: Ptasia Kopa i Lisi Kamień okazały się dość niegroźne i potraktowały nas uprzejmie, mimo że na szlaku napotkałyśmy trupie czachy wymalowane na drzewach… Tego dnia w ogóle było dość zwierzęco – a to minęłyśmy przełęcz Kozią, za chwilę Ptasie rozdroże. Za Lisim Kamieniem Aga zaliczyła spotkanie z dzikiem, który hasał sobie potem po okolicy.

Następnie nastała sekwencja potwornych pagórów, o których nigdy wcześniej nie słyszałam i było mi z tym całkiem dobrze, teraz natomiast prawdopodobnie będę je pamiętać do końca życia. Na pierwszy ogień poszła Dłużyzna (zwana także Dłużyną) – jakież to adekwatne imię! O ile jeszcze podejście na ten szczyt mieści się w granicach tak zwanego zdrowego rozsądku (idzie się bardziej w poziomie niż w pionie), o tyle kolejne szczeble Drabiny – Mały Wołowiec (mały, ale drań!), Wołowiec i Kozioł, wykraczają poza przyjęte standardy dobrego smaku. Strome, nieprzyjemne, a do tego z zalegającym śniegiem i lodem. Na szczytach królował wiatr, więc zatrzymywałyśmy się tylko na szybkie zdjęcia. Dziś, kiedy patrzę na nasze fotki, myślę, że zupełnie nie oddają one skali mozołu. Musicie uwierzyć na słowo – te uśmiechy to czysta poza! Kiedy schodziłyśmy z Kozła, przed oczami miałyśmy kolejny podejrzanie stromy, zalesiony pagór. Borowa – góra legenda, o podejściu czarnym szlakiem krążą nieprawdopodobne historie. Za chwilę miałyśmy się przekonać, jak strome może być strome podejście, niech no tylko skończy się to koszmarne zejście z Kozła (Kozioła?)…

Na przełęczy Koziej urządziłyśmy krótką posiadówę, aby coś przekąsić i napić się herbaty. Zerkałyśmy niepewnie na oblodzony szlak wiodący na szczyt, który ani trochę nie wzbudzał naszego zaufania. W końcu nadszedł czas aby zarzucić plecaki na plecy i ruszyłyśmy! Pewnie nie zaskoczę was szczególnie, jeśli potwierdzę, że tak – czarny szlak na Borową jest stromy. A jeśli do tego pokryty jest lodem, podejście robi się emocjonujące. W tym momencie pierwszy raz w trakcie wędrówki naciągnęłam raczki na buty – w ogóle uważam, że raczki to jeden z lepszych wynalazków ludzkości. Mimo że jedna z osób mijanych na szlaku ogłosiła Agnieszce, że nie uda nam się wejść na szczyt, bo jest zbyt ślisko, zameldowałyśmy się na Borowej w dość przyzwoitym stylu. Tam już czekała na nas wiata, wieża widokowa, a także opady deszczu i w ogóle pogarszająca się pogoda.

Zdjęcie nie oddaje stromizny. To podłoże to żywy lód, wierzcie mi.

Na Borowej spotkaliśmy kilka osób, bo to dość popularny szczyt – w odróżnieniu od potwornych pagórów mijanych przez nas wcześniej. Tam nie było żywego ducha. Przeszłyśmy pewnie około połowy dzisiejszej trasy, ale zmęczenie powoli dawało o sobie znać – miałyśmy w nogach sporo ostrych podejść, na dodatek pogoda cały czas się pogarszała. Było zimno, mokro i wietrznie, tak jak być powinno na każdym mozolnym wypadzie! Zejście z Borowej na szczęście okazało się zwykłym szlakiem, a nie zdradzieckim pionowym urwiskiem, więc spokojnie minęłyśmy Ptasie Rozdroże i doszłyśmy do Rybnicy Małej, gdzie szlak niebieski łączy się z czerwonym Głównym Szlakiem Sudeckim. Pamiętałam ten fragment z GSS, więc wiedziałam, że tu też powinno być łagodnie. I było, ale jednak ciągle pod górę. Przed Skalną Bramą na chwilę zboczyłyśmy na żółty szlak, aby wejść na Rogowiec – kolejny ze szczebli Drabiny. To bardzo widokowe miejsce z ruinami zamku Rogowiec z 13 wieku. Po minięciu Skalnej Bramy nastąpiła kolejna niewytłumaczalna sytuacja, gdyż nie mogłyśmy zlokalizować szczytu Turzyna, stojąc 10 metrów od kamiennego słupka oznaczającego wierzchołek. Zrzucamy to na karb zmęczenia, innych wymówek nie mamy. W końcu, około godziny 16 dotarłyśmy do kultowego schroniska Andrzejówka, gdzie ogrzałyśmy się trochę i zjadłyśmy (jak zwykle) pyszny obiadek.

Tak naprawdę wszystko co najmozolniejsze wciąż było przed nami. Wkraczałyśmy w góry Kamienne, a te nie znają litości. Za chwilę miałyśmy zmierzyć się z hersztem całej sudeckiej bandy, najstromszym ze stromych i najpodlejszym z podłych, lodowym postrachem, z tym, którego wyprzedziła własna reputacja – czekała na nas WALIGÓRA!

Podejście na Waligórę nie zawiodło naszych mozolnych oczekiwań – na ten szczyt zawsze można liczyć. Było lodowo, ślisko i stromo. Zaczynało się także ściemniać, więc wiedziałyśmy, że czeka nas dalsza wędrówka w świetle czołówek. Suchawa, Kostrzyna i Włostowa to szczyty, na których nigdy wcześniej nie byłam i nie do końca wiedziałam, czego się po nich spodziewać. Podejście na Suchawę było lajtowe, ale potem drabina przypomniała sobie, dlaczego jest drabiną. Najpierw zeszłyśmy po śniegu i lodzie na przełęcz tylko po to, żeby znowu podejść na Kostrzynę. Następnie kolejny raz w dół i pod górę – teraz już w totalnej ciemności i w towarzystwie padającego śniegu. W końcu udało nam się namierzyć Włostową i strzelić ostatnie tego dnia selfie na szczycie. Ciemność, śnieg i wichura – i po co mi Karakorum, skoro mam Góry Kamienne…?

Analiza poziomic na mapie nie pozostawiała wątpliwości – zejście z Włostowej będzie strome. Byłyśmy jednak wdzięczne światu, że szlak nie był pokryty lodem. Walczyłyśmy więc z sypkim podłożem, co i tak nie było proste, biorąc pod uwagę stopień nachylenia stoku, padający śnieg i panujące ciemności. Właśnie – ciemności. Mniej więcej w połowie zejścia moja czołówka odmówiła mi posłuszeństwa, choć baterie nie były używane dłużej niż pół godziny. Nie miałam oczywiście zapasowych, dlatego dziewczyny oświetlały mi drogę i dzięki pracy zespołowej udało nam się w komplecie zejść do Sokołowska. Tu już padał regularny deszcz. Gdy doszłyśmy do naszej kwatery (Centrum zdrowego wypoczynku w Domu świętej Elżbiety), czekała na nas przemiła Pani, która spojrzała na nas ze współczuciem, przeprosiła i powiedziała, że nasz pokój znajduje się na ostatnim piętrze. Niczego innego się nie spodziewałam. Zrzuciłyśmy z siebie mokre ciuchy, wzięłyśmy ciepły prysznic i zaległyśmy w łóżkach. Tego dnia Drabina Wałbrzyska pokazała swoje prawdziwe oblicze, a przed nami było jeszcze około 17 kilometrów do przejścia. Niby niewiele, ale wiedziałyśmy, że ostre zejścia i podejścia będą się na nas czaiły za każdym krzakiem. Z Drabiną nie ma żartów!

DZIEŃ 3
Dystans:
16,3 km
W górę:
895 m. / W dół: 930 m.
Trasa:
Sokołowsko – Stożek Wielki – Lesista Wielka – przełęcz Polanka – Dzikowiec Mały – Boguszów Gorce
Szczeble: Stożek Wielki, Lesista Wielka, Stachoń, Wysoka, Sokółka, Dzikowiec, Łyse Drzewo

Dzień rozpoczęłyśmy od wspaniałego śniadania w ośrodku, w którym mieszkałyśmy (ach, te placuszki serowe!). Ponieważ musiałyśmy zdążyć na pociąg odjeżdżający z Boguszowa-Gorców o 16.02, narzuciłyśmy sobie zupełnie niemozolną dyscyplinę i z samego rana dziarsko wymaszerowałyśmy z urokliwego Sokołowska. Wygląda na to, że jest to mekka mozołu, miejscowość otoczona przez potworne pagóry – do dziś pamiętam strome i wymagające podejście na Bukowiec w trakcie GSS, dzień wcześniej miałam okazję skosztować zejścia z Włostowej, a dziś gramoliłam się na Stożek Wielki. O ile podejście na szczyt od strony Sokołowska jest całkiem przyjemne, widokowe i w miarę łagodne, to zejście żółtym szlakiem w stronę Lesistej Wielkiej rozpoczyna się od urwiska, które w warunkach zimowych przeradza się w lodospad. Tym właśnie lodospadem ześlizgnęłyśmy się do Unisławia Dolnego.

Podejście na Lesistą początkowo pozwoliło nam odetchnąć. Było widokowo, słonecznie, wspaniale. Kto wie, być może Drabina chciała nam wynagrodzić wczorajsze tortury i nienajlepszą pogodę? Z lekkim wyrzutem zerkałam na dumnie piętrzący się w oddali Stożek Wielki, mając nadzieję, że Lesista okaże nam więcej miłosierdzia. Na żółtym szlaku minęłyśmy najprawdziwszą drabinę, którą zamontowano na szlaku jako ułatwienie. Po pokonaniu bardziej stromego fragmentu, wdrapałyśmy się na grzbiet i wędrowałyśmy przyjemną ścieżką, podziwiając widoki i pławiąc się w słońcu. Na Lesistej Wielkiej zrobiłyśmy dłuższy postój pod wiatą, ciesząc się chwilą, drabiną i mozołem.

Z Lesistej całkiem widokową ścieżką ruszyłyśmy w kierunku kolejnego szczytu – Stachoń. Wędrowałyśmy szlakiem nazywanym Szlakiem Weteranów Turystyki – tak też się czułyśmy, będąc u kresu Drabiny i własnych sił. Trasa nie była trudna, na dodatek umilały ją piękne widoki, m.in. Karkonosze majaczące na horyzoncie i Śnieżka wyłaniająca się co jakiś czas zza chmur. Na Stachoniu, płaskim szczycie, wiatr obszedł się z nami wybitnie niegościnnie., Kolejnym, 21. już szczytem Drabiny była Wysoka. Choć szczyt znajduje się poza szlakiem, to kamienny słupek stoi zaraz przy drodze. My oczywiście pobiegłyśmy szukać szczytu na szczycie, bo tak podpowiadała logika. Gdy jednak nie odnalazłyśmy tam żadnego oznakowania, wróciłyśmy do niebieskiego szlaku i wytropiłyśmy nasz słupek, który wcześniej w jakiś magiczny sposób był dla nas niewidzialny.

Do kompletu zostały już tyko 3 szczyty: Sokółka, Dzikowiec i Łyse Drzewo. Cóż złego może nas jeszcze spotkać? – takie zuchwałe myśli zaczęły krążyć nam po głowie. Drabina Wałbrzyska jest jednak szlakiem pełnym niespodzianek, które najczęściej przybierają formę pionowych podejść i zejść. Kiedy zasapana wtoczyłam się na szczyt o wdzięcznej nazwie Sokółka, popatrzyłam na Agę i w tej samej chwili zadałyśmy to samo pytanie: Co to było?! Uprzedzam – wejście na ten pagórek rozpali wam łydki, zresztą zejście wcale nie jest lepsze, zwłaszcza po lodzie. Ale widoki warte są mozołu! No dobrze, zeszłyśmy z Sokółki i rozpoczęłyśmy podejście na Dzikowiec – Drabina postanowiła poddać nas delikatnej torturze w samej końcówce. Na szczycie znajduje się niewielka platforma widokowa, ale przyznaję – nawet nie spojrzałam w jej kierunku. Przekąsiłyśmy coś szybko i ruszyłyśmy w stronę ostatniego szczytu – Łysego Drzewa.

Zbliżał się wielki finał naszej przygody, tymczasem pogoda z każdą chwilą się pogarszała. Styl mozolny musiał zostać zachowany do samego końca, dlatego też, kiedy pozowałyśmy do ostatniego selfie, miałyśmy okazję podziwiać konkretną ulewę nad Chełmcem i Mniszkiem. Dostało nam się nieco kawałkiem tej chmury, ale na szczęście przeszła ona bokiem. Łyse Drzewo było naszym 24. szczytem, ostatnim z listy szczytów Drabiny. Teraz pozostało tylko dotoczyć się jakoś bo Boguszowa, które zdawało się być na wyciągnięcie ręki, ale droga dłużyła się niemiłosiernie.

W Boguszowie-Gorcach miałyśmy przyjemność poznać twórcę szlaku, który dokonał uroczystego wręczenia odznak za przejście Drabiny (bardzo dziękujemy!!!).I wiecie co? Wy też możecie taką mieć! Wystarczy upodlić się na stromych zejściach i podejściach gór Wałbrzyskich i Kamiennych. Proste, prawda? Pora ostrzyć raczki i grzać mięśnie! Dołączajcie do Grupa Drabina Wałbrzyska na facebooku, a potem napiszcie do jej Administratora – Daniela, który udzieli Wam więcej szczegółów.

Drabina nas nie pokonała! Z gracją, taką, jaka jest możliwa po ok.73 km. i 3600 m. podejść, dotoczyłyśmy się do Boguszowa, skąd startowałyśmy w piątek. Drabina zatoczyła koło, mozół się ziścił. Nasze mięśnie nas nienawidzą. Mimo że czułam się upodlona jak mało kiedy, to muszę napisać, że Drabina jest świetnym szlakiem – widokowym, ciekawie poprowadzonym, a przy tym naprawdę wymagającym. Szczerze polecam tę trasę wszystkim miłośnikom mozołu, intuicja mi podpowiada, że nie będziecie zawiedzeni!

Leave a Reply