Główny Szlak Sudecki – zachwyt ukryty pod warstwą asfaltu

Chodźcie poczytać, jak Mus Mozołu przeprasza Sudety. A właściwie nie całe Sudety, tylko Główny Szlak Sudecki, poprowadzony przez kilka sudeckich pasm po naszej stronie granicy. Gwoli ścisłości – ja ten GSS przepraszam, ale tylko tak trochę, bo swoje i tak wiem – ten asfalt jest niewybaczalny! Zapraszam do lektury mojej mozolnej rozprawy z Głównym Szlakiem Sudeckim. Zacznijmy od czerwonej kropki w Świeradowie-Zdroju…

Zaczynamy! Świeradów Zdrój i czerwona kropa wyznaczająca początek mozołu

We wrześniu 2019 roku przeszliśmy Główny Szlak Sudecki, a kiedy w końcu przybiłam piątkę z drugą czerwoną kropką na dworcu w Prudniku, dotarłam do ostatniej kwatery i zaległam w czyściutkim, miękkim łóżeczku, odpaliłam fejsa i napisałam tak:

Drogi Główny Szlaku Sudecki! Mimo że o mozole wiesz sporo, wybacz – nie pasujemy do siebie. Nie potrafię zapomnieć tych długich kilometrów po asfalcie. Nie urzekły mnie twoje zalesione pagórki, niekończące się pola i wioski. Być może oczekiwałam zbyt wiele… Kilka zachwytów, zwłaszcza w Karkonoszach i Górach Stołowych, to jednak wciąż za mało. Jestem pewna, że znajdziesz wielu turystów, którzy odnajdą w Tobie to, czego ja znaleźć nie umiałam. Na Dolny Śląsk chętnie wrócę, w Sudety także, ale Ciebie, drogi GSS, raczej będę już omijać z daleka…

Mocne, prawda? Dziś, półtora roku po tym sudeckim mozole, chciałabym się trochę pokajać, a trochę usprawiedliwić tę dość ostrą ocenę – być może zbyt ostrą (choć niewykluczone, że po prostu jestem tak stęskniona za górami i długimi wędrówkami, że poszłabym wszędzie). W każdym razie, nawet jeśli nie umarłam z zachwytu na Głównym Szlaku Sudeckim, to jednak była to ciekawa przygoda – z całą pewnością zasłużyła na skromny wpis! Wszystkich zagorzałych miłośników Sudetów uprzedzam: będę pisać trochę brzydko o Waszych górach (ale trochę pochlebnie też!). Zastanówcie się, czy chcecie czytać dalej…

Zadzierna, która okazała się całkiem zadziorna. Najwyższe wzniesienie wzgórz Bramy Lubawskiej zaskoczyło przyjemną panoramą.
Gdzieś w Górach Stołowych. Chyba nam się podoba.
Widok z wieży widokowej na Górze Wszystkich Świętych

Zanim jednak przejdziemy do tłumaczeń i przeprosin, należałoby chyba przedstawić oskarżonego. Panie i Panowie – przed Wami Główny Szlak Sudecki! Długość: 444 kilometrów, barwy: biało-czerwone, obszar występowania: od Gór Izerskich na zachodzie do Gór Opawskich na wschodzie. Od Świeradowa – Zdroju do Prudnika, lub na odwrót, jak kto woli. GSS przebiega m.in. przez Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Suche, Sowie, Stołowe czy Masyw Śnieżnika. A także lasy, pola, bezdroża, chaszcze i oczywiście asfalt!

Widok z okolicy Skalnej Bramy. Tutaj akurat nie ma żadnych wątpliwości, że jesteśmy w górach.

Przejście GSS zajęło nam 16 dni we wrześniu 2019 roku. Plan na ten szlak był taki, że idziemy po burżujsku, jak ludzie, a nie męczennicy. Dlatego namiot, śpiwory i kuchenka zostały w domu, a my nastawiliśmy się na spanie w ciepłym łóżeczku pod dachem, codzienny gorący prysznic i jedzonko podstawione pod nos w knajpach i pensjonatach. Ponieważ jednak to brzmiało zbyt idealnie, to poszliśmy na żywioł i nie rezerwowaliśmy niczego z wyprzedzeniem, szukając kolejnych noclegów na bieżąco. Czasem wymagało to dodatkowych kilometrów (np. 42 km. przedostatniego dnia wędrówki…), ale w innych sytuacjach dawało nam to większą elastyczność.

Aż można zapomnieć, że jesteśmy na górskim szlaku! Takie atrakcje gdzieś na odcinku Paczków – Głuchołazy.

No dobrze, to najpierw będę się usprawiedliwiać. Skąd ten brak zachwytu?

Po pierwsze, po ukończeniu każdego dłuższego szlaku – czy był to Główny Szlak Beskidzki, korsykańskie GR20 czy Mały Szlak Beskidzki – po prostu nienawidzę gór. Tak już chyba mam. Oficjalnie deklaruję, że to mój ostatni szlak, a potem idę na kolejny. Zapominam jak to jest, kiedy umierasz z gorąca, śmierdzisz, mokniesz całymi dniami albo wypluwasz płuca na podejściu. Ta amnezja jest siłą napędową Musu Mozołu, bo gdybym to wszystko pamiętała, siedziałabym w domu i oglądałabym Netflixa (co i tak robię). Jeśli chcesz poznać moją opinię o jakimś szlaku/szczycie, nie pytaj mnie zaraz po jego ukończeniu/zdobyciu, bo odpowiem, że było strasznie, a następny urlop spędzam nad morzem.

Pierwszy dzień w górach Izerskich. Lało cały dzień, ale i tak była to bardzo miła wędrówka.

Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, że człowiek ma taką dziwną właściwość, że mimowolnie porównuje miejsca, które odwiedził. Rok 2019 był dla nas wyjątkowy, bo przez 6 miesięcy mieszkaliśmy w raju na ziemi – na Korsyce. W czerwcu przeszliśmy bajeczny szlak GR20, w lipcu wyskoczyliśmy w polskie Tatry, a sierpień spędziliśmy w Kirgistanie, gdzie na własne oczy zobaczyliśmy pierwszy w życiu siedmiotysięcznik – Pik Lenina. A po tym wszystkim trafiliśmy w Sudety. Sami rozumiecie, że jest pewna różnica między Pamirem a Górami Sowimi. Poprzeczka była postawiona niezwykle wysoko, bo przyzwyczailiśmy się do wzdychania z zachwytu po sto razy na dobę nad każdą rozległą panoramą, ostrą granią, zieloną doliną czy majestatycznym masywem migoczącym na horyzoncie, a znaleźliśmy się (głównie) w lesie, na polach i na asfalcie. Chyba nie byliśmy na to gotowi.

Nawet zagorzali wielbiciele Głównego Szlaku Sudeckiego muszą przyznać, że jest tu dużo chodzenia po asfalcie, wzdłuż drogi, nierzadko w towarzystwie samochodów. Rozumiem, że w jakiś sposób trzeba przedostać się z jednego pasma w drugie i nie, nie mam pomysłu jak można by poprowadzić ten szlak lepiej, ale fakt jest taki, że nachodzicie się po tym asfalcie na GSS! Lepiej też, żebyście polubili się z polami, bo ich na szlaku też nie zabraknie. Odcinek pomiędzy Złotym Stokiem a Górami Opawskimi to już w ogóle asfaltowy maraton przerywany polami. Ot, taki 60-kilometrowy odpoczynek od gór. Pokuszę się o stwierdzenie, że proporcje występowania gór do nie-gór są na tym szlaku nieco zaburzone. Jakoś mało tych gór w górach.

Od dzisiaj chodzimy tylko asfaltem!
(no dobra, zdania są podzielone…)
Jedna z tych pięknych, magicznych chwil, w których GSS był najpiękniejszym szlakiem na świecie. Chwila przed zachodem słońca na Czarnej Górze. Czyli jednak góry na szlaku są!

Dla mnie Główny Szlak Sudecki to nie jest szlak stworzony to głośnych okrzyków zachwytu, ale do spokojnej kontemplacji. Tutaj docenicie sam fakt bycia w drodze, długiej wędrówki lasem bez żadnych widoków, co też przecież jest piękne, ale – na litość boską, są pewne granice. Sielskie, swojskie krajobrazy wiosek i polnych dróg mają swój urok, ale wybaczcie – jeśli przyjeżdżam w góry, oczekuję gór, bo wioski mam też i u siebie na Mazowszu. Szkoda też, że GSS omija takie miejsca jak chociażby Śnieżnik. Na szlaku każdy punkt widokowy oferujący rozległą panoramę jest na wagę złota, bo nie ma ich aż tak dużo.

Nie mam wątpliwości, że GSS przebiega przez region Polski który jest niezwykle interesujący pod względem turystycznym. Znajdziemy tu mnóstwo atrakcji, począwszy od tajemniczych podziemnych kompleksów „Riese” w Górach Sowich, poprzez zamki, uzdrowiska czy kopalnie złota (w Złotym Stoku odwiedziliśmy Średniowieczną Osadę Górniczą. Złota niestety nie znaleźliśmy, dlatego postanowiliśmy jednak kontynuować GSS). Tyle tylko, że większość tych atrakcji nie znajduje się przy samym szlaku, tak więc będziemy sobie dalej dreptać tym lasem, polem lub asfaltem, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu gór.

Gdzieś w Rudawach Janowickich
Widok spod schroniska Pod Biskupią Kopą. Tu było miło, pięknie, gósko.

Ale żeby nie było, że tylko ględzę i narzekam i że w ogóle nie czuję ducha gór i po co po tych górach chodzę, skoro nic mi się nie podoba, to poczytajcie o chwilach miłych, wyjątkowych, o moich małych zachwytach na GSS:

JEDZENIE W SCHRONISKU JAGODNA
No cóż, nigdy nie ukrywałam, że chodzę po górach dla jedzenia. Jedenastego dnia trekkingu wstałam z łóżka tylko dla legendarnego żarełka ze schroniska Jagodna. Po takich specjałach od razu spojrzycie na asfalt przychylnym okiem!

W OGÓLE JEDZENIE NA SZLAKU
Wszystkie te postoje gdzieś w krzakach, posiadówy na leżących pniach, ciepła herbata z termosu, pączek jedzony na krawężniku przed Biedrą w Ścinawce, naleśniki z Andrzejówki (taaak!), ciasto marchewkowe z Zygmuntówki (jeszcze większe taaak!), herbata w schronisku na Iglicznej i wiele, wiele innych.

KARKONOSZE W KTÓRYCH PRAWDOPDOBNIE BYLIŚMY
Prawdopodobnie – niestety nie mam stuprocentowej pewności, bo przez pół dnia szliśmy w totalnej mgle. Zamiast Śnieżnych Kotłów był więc jeden wielki kocioł mgły i przenikliwego zimna. A i tak mi się podobało. Nie szukajcie w tym logiki – tu rządzi mozół!

PIONOWE PODEJŚCIA TAM, GDZIE CZŁOWIEK NAJMNIEJ SIĘ ICH SPODZIEWA
Tak, pionowe podejścia wprawiają mnie w wyśmienity nastrój. Dziś już wiem, że Sudetów pod tym względem lekceważyć nie wolno, bo najpierw uśpią czujność asfaltem, a potem postawią na drodze nieprzyzwoicie stromą zalesioną ścianę i nie będzie zmiłuj – trzeba się wdrapać! W tym miejscu szczególnie ciepło pozdrawiam Bukowiec, Lesistą Wielką, Świerczynę i Zadzierną, oraz Popielak, Szeroką i Malinową. Z mozołu macie piątkę! Dzięki Wam czułam, że nadal jestem w górach!

WIELKA SOWA, KALENICA I SCHRONISKO ZYGMUNTÓWKA
W ogólne 7 dzień na szlaku był bardzo przyjemny – mieliśmy tu dwie wieże widokowe z rozległą panoramą, trochę wędrówki lasem i pięknie położone, klimatyczne schronisko. Jak w prawdziwych górach!

GÓRA WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH I WIEŻA WIDOKOWA
Po wyjściu z pstrokatej Nowej Rudy Góra Wszystkich Świętych jawi się jako lepszy świat – tu znajdziecie ciszę, spokój i kojącą zieleń dookoła. Tak zapamiętałam to miejsce – wokół żywego ducha, a panorama z wieży widokowej cieszy oczy. Ot, taki mały przystanek szczęścia w sercu Wzgórz Włodzickich.

GÓRY STOŁOWE
Tego miejsca nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Odcinek wiodący przez Góry Stołowe ze Skalnymi Grzybami na czele to w mojej ocenie jeden z najciekawszych fragmentów całego szlaku. Warto dołożyć sobie mozołu, pokonać dodatkowe 660 schodów i odwiedzić Szczeliniec (bo GSS nie przebiega przez sam szczyt). Nagrodą jest piękny widok ze szczytu (i naleśnik w schronisku!).

ZASKAKUJACO MIŁE MIEŚCINY
Miasta, miasteczka i wioski, o których wcześniej słyszałam bądź wcale nie, ale zachwyciły klimatem, zabudową, spokojem. Nie dam rady wymienić wszystkich tych miejsc z imienia, ale wspomnę na pewno o Międzygórzu, Sokołowsku, Krzeszowie, Lubawce i Bukowcu. Dobrze że jesteście!

PRZEŁĘCZ PUCHACZÓWKA
Ciężko mi w sumie wytłumaczyć, czemu mam jakiś dziwny sentyment do tego miejsca. Może z powodu uroczej kapliczki, która stoi tam w środku niczego? A może dlatego, bo kiedy doszliśmy tam pod wieczór, po dość intensywnym, 30-kilometrowym odcinku, okazało się, że nasza kwatera jest hen, daleko od szlaku i trzeba do niej iść jeszcze kawał drogi, tak ze 30 minut na pewno. A w końcówce będzie pod górę. To jest coś, czego nie chcecie przeżywać po całym dniu łażenia z plecakiem. Oj, zapamiętałam tę Puchaczówkę bardzo dobrze!
PS. W kwaterze mieliśmy podgrzewaną podłogę w łazience, a śniadanie było tak wypasione, że wspominam je do dziś. Warto było iść.

MASYW ŚNIEŻNIKA
To z kolei jedno z miejsc, w które wrócę na pewno i to nie tylko po to, żeby w końcu wejść na Śnieżnik. Coś czuję, że te rejony zasługują na pogłębiony mozół i eksplorację także mniej uczęszczanych szlaków, bo to co widziałam, niosło obietnicę pięknych widoków! Szczególnie miło wspominam Czarną Górę, ale i samo podejście do schroniska na Śnieżniku było emocjonujące, bo towarzyszyły nam porykiwania jeleni dochodzące gdzieś tam z zalesionej gęstwiny. I tak, byłam przekonana, że to niedźwiedź.

IGLICZNA, SCHRONISKO NA IGLICZNEJ I SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ ŚNIEŻNEJ
Przepiękne miejsce pełne kolorowych kwiatów, które wynagrodzi Wam wszelki mozół rozległą panoramą na Kotlinę Kłodzką. A mozołu trochę będzie, bo podejście na Igliczną jest nieco strome. Na dodatek kiedy szliśmy trwały jakieś prace leśne, dlatego przebieg szlaku był zmieniony i spędziliśmy dobre 30 minut łażąc gdzieś po chaszczach. Styl mozolny jak zwykle zachowany.

Podobno w życiu piękne są tylko chwile. Chciałam zakończyć ten wpis stwierdzeniem, że podobnie jest na Głównym Szlaku Sudeckim, ale wiecie co? Już nie jestem tego taka pewna. Wystarczyło, że obejrzałam raz jeszcze zdjęcia ze szlaku, wróciłam myślami do najpiękniejszych miejsc i momentów i wychodzi na to, że jednak całkiem fajny był ten GSS! Taki nasz, swojski, polski – wystarczy spojrzeć na te zielone pola, wiejskie dróżki, leśne trakty. No więc dobrze, niech będzie – przepraszam. Byłam zbyt surowa. Jesteś, drogi GSS, szlakiem pełnym ukrytych zachwytów, których czasem nie sposób dostrzec przez ten przeklęty asfalt. Ale chyba mimo wszystko warto spróbować.

Leave a Reply