Kirgistan dzień po dniu, czyli miesiąc mozołu!

Oto pierwszy wpis dotyczący naszego pięknego, kirgiskiego mozołu. Na początek przygotowałam krótki, nieco powierzchowny rozkład jazdy – dzięki niemu będziecie mogli zobaczyć, jak rozplanowaliśmy miesięczny pobyt w Kirgistanie. Z czasem pojawią się szczegółowe opisy kolejnych etapów wyjazdu. Naszą przygodę rozpoczęliśmy 6 sierpnia 2019 roku na lotnisku w Warszawie, a zakończyliśmy 5 września, również na Okęciu. Co działo się pomiędzy…?

Na mapie zaznaczyłam miejsca, o których wspominam w dalszej części tekstu.

W roku 2018 miałam okazję spędzić miesiąc w sąsiednim Kazachstanie. O tym przepięknym mozole możecie poczytać tu – zapraszam!

DZIEŃ 1 – LOT DO AŁMATÓW, CZĘŚĆ 1
Tego dnia mieliśmy odlecieć z warszawskiego Okęcia do Kijowa ukraińskimi liniami lotniczymi, a następnie z Kijowa wprost do Ałmatów. Nasz kirgiski mozół rozpoczął się jednak jeszcze w Polsce! Wylot z Warszawy do Kijowa opóźnił się na tyle, że nie zdążyliśmy na przesiadkę do Kazachstanu, w związku z czym spędziliśmy noc w hotelu pod Kijowem. Linie lotnicze stanęły na wysokości zadania – otrzymaliśmy nowe bilety na następny dzień, zostaliśmy odwiezieni do hotelu i nakarmieni. Wylot do Ałmatów już jutro o 13:30!

DZIEŃ 2 – LOT DO AŁMATÓW, CZĘŚĆ 2
Mieliśmy być już w drodze do Biszkeku w Kirgistanie, tymczasem udało nam się zaledwie przedostać do Ałmatów i dotrzeć taksówką do hostelu przy dworcu Sayran, skąd następnego dnia mieliśmy odjechać do stolicy Kirgistanu. Kiedy docieramy do hostelu, jest już ciemno, ale wciąż duszno i gorąco, a ja jestem wykończona. Tak, nareszcie czuję, że rozpoczynam wakacje!

DZIEŃ 3 – PRZEJAZD Z AŁMATÓW DO BISZKEKU
Najpierw nie mogłam zasnąć, potem nie mogłam się obudzić. W Kazachstanie jest 4 godziny później niż w Polsce i różnica czasu trochę daje o sobie znać. W końcu, po heroicznej walce z własnymi organizmami udaje nam się wyjść z hostelu o 11… Idziemy na dworzec Sayran, pytamy o marszrutkę do Biszkeku, kupujemy bilety (1800 tenge/os., ok. 18 zł) i czekamy w dzikim upale, aż busik się zapełni. W końcu ruszamy. Odległość między Ałmatami i Biszkekem to około 240 kilometrów, a podróż trwa około 4 godzin. Na przejściu granicznym w Kordaj wysiadamy z samochodu i ruszamy wraz z tłumem do okienek, gdzie mili panowie sprawdzają nasze paszporty, pytają, czy jesteśmy turystami i wbijają nam wizy. Tutaj kupuję też kartę do telefonu o!, dzięki której będę miała w Kirgistanie internet (1000 tenge, ok. 10 zł, internet na 7 dni). Wsiadamy do marszrutki i ruszamy w dalszą podróż.

Kiedy docieramy w końcu na Dworzec Zachodni w Biszkeku, mam wrażenie, że za chwilę rozpłynę się w palącej żarce. Jest grubo ponad 30 stopni. Idziemy do naszego hotelu położonego przy Osh Bazar i czujemy, że znaleźliśmy się w innym świecie. Tu jest wszystko! Jedzenie sprzedawane na ulicy, dzieci bawiące się na chodniku, samochody i skutery jeżdżące jak chcą, sprzedawcy nawołujący i zachwalający swoje produkty, dresy, adidasy i torebki, babuszki sprzedające kompot, wszechobecne lepioszki, trochę kurzu i pyłu oraz mnóstwo hałasu. Zjadamy kolację w jednej z miliona knajpek na bazarze (manty i kompot dla 2 osób, 280 somów, ok. 15 zł), robimy drobne zakupy (suszone owoce, orzechy, maliny… no dobra, to nie były drobne zakupy!) i błąkamy się po bazarze, wymieniamy część pieniędzy i idziemy spać, ciesząc się, że mamy w pokoju klimatyzację, bo żarka jest nieustępliwa nawet późnym wieczorem. Jutro czeka nas przeprawa nad jezioro Issyk-Kul!

DZIEŃ 4 – PRZEJAZD Z BISZKEKU DO KARAKOŁU (PRZEWALSKA)
Porzucamy gorący Biszkek i ruszamy ku górom! Cel: wschodnie wybrzeże jeziora Issyk-Kul i największe miasto regionu, Karakoł. Stamtąd już tylko rzut beretem do miejsca, gdzie rozpocznie się nasz pierwszy trekking. W knajpie na dworcu Sajran w Biszkeku zjadamy śniadanie (pielmieni, plow i dwie kawy, 280 somów, ok. 15 zł), robimy zakupy na drogę, kupujemy bilety na marszrutkę (350 somów/os., ok. 20 zł) i wsiadamy na pokład. Przed nami jakieś 400 kilometrów i co najmniej 6 godzin w ciasnym busiku. Mozół w swoim żywiole.

Kiedy docieramy do Karakołu okazuje się, że hostel, w którym zarezerwowaliśmy pokój, nie istnieje. To znaczy właściwie istnieje, ale… w innym mieście... Miejscowi taksówkarze oczywiście nie zostawiają nas samych sobie, dzwonią do hostelu, żeby upewnić się, gdzie w końcu jest on usytuowany, a kiedy okazuje się, że nie w Karakole, znajdujemy inne miejsce na nocleg. Po południu spacerujemy po mieście, załatwiając ostatnie sprawunki. W centrum turystycznym Visit Karakol kupujemy mapę (400 somów, ok. 22 zł) i butlę z gazem potrzebną na trekking (700 somów, ok. 38 zł). W innym „biurze turystycznym” wypożyczamy na tydzień palnik pasujący do butli, bo niestety nigdzie nie możemy takiego kupić (1050 somów, ok. 57 zł). Robimy ostatnie zakupy, kupujemy prowiant na trekking i próbujemy miejscowego specjału – zupy Aszlan-Fu. Nie przypada nam do gustu, za to Pani w knajpie jest zachwycona zdjęciami z Polszy, które pokazuję jej na telefonie. A to wy alpinisty?! – pyta, kiedy widzi z zdjęcia z Orlej Perci. Zapewniam, że nie. Jutro rozpoczynamy w końcu nasz trekking!

DZIEŃ 5-10 – TREKKING Z JERGALANU DO AŁTYN-ARASZANU
Wreszcie rozpoczynamy to, co to tu przyjechaliśmy! Trekking w Niebiańskich Górach – Tienszanie, w paśmie Terskej Ałatoo. Niestety niebiańsko było tylko przez 3,5 dnia, a potem do akcji wkroczył Prawdziwy Mozół. Zaczęło lać i lało tak skutecznie, że postanowiliśmy skrócić naszą przygodę. W planie był 115-kilometrowy trekking z Jergalanu do Jeti-Oguz, ale po ok. 60 km. przerwaliśmy wędrówkę w Ałtyn Araszanie, gdyż pogoda nie wykazywała chęci poprawy. Na temat tego trekkingu przygotuję osobny wpis, bo była to chyba najlepsza część naszej kirgiskiej przygody.

DZIEŃ 11 – POWRÓT Z AŁTYN ARASZANU DO KARAKOŁU
Wydostajemy się z mokrego, błotnego Ałtyn Araszanu do cywilizacji. Za niemałą kwotę 4000 somów (ok. 200 zł) w strugach deszczu zjeżdżamy terenówką do Karakołu, a przeprawy tej nie zapomnę do końca życia. Samochód ślizgał się w błocie na skraju przepaści, kierowca wykonywał ekwilibrystyczne manewry, a ja trzymałam się kurczowo siedzenia modląc się o to, żebyśmy bezpiecznie dotarli do celu. W Karakole zostajemy dwa dni – musimy się umyć i wysuszyć, bo po deszczowej końcówce trekkingu wszystko jest mokre.

DZIEŃ 12 – KARAKOŁ
Cały dzień leje, więc suszymy siebie i pranie. Robimy zakupy, jemy, odwiedzamy piękną drewnianą cerkiew – Sobór Swiato-Troicki oraz oryginalny meczet dungański (Dunganie to chińscy muzułmanie). W jednym z biur turystycznych oddajemy wypożyczoną tydzień wcześniej kuchenkę, a przy okazji udaje nam się kupić inną na własność (w sklepie myśliwskim przy bazarze, 1100 somów, ok. 60 zł).

DZIEŃ 13 – TARG ZWIERZĘCY W KARAKOLE I KANION SKAZKA
Rano odwiedzamy targ zwierzęcy, podobno jeden z najsłynniejszych w Azji Środkowej. Odbywa się on w każdą niedzielę rano (mniej więcej do godziny 10:00) na północy miasta. Przechadzamy się więc między hodowcami oferującymi owce, kozy, krowy i konie na sprzedaż. Brodzimy w błocie, a zewsząd słychać kwik, rżenie i inne odgłosy zapewne zestresowanych zwierząt.

Wracamy do hostelu na piechotę, zabieramy swoje rzeczy i idziemy na ulicę Toktogula na Dworzec Południowy, skąd odjeżdżają marszrutki do kanionu Skazka. Za 200 somów/os. (ok. 11 zł). jedziemy 100 kilometrów na zachód, wzdłuż południowego brzegu jeziora Issyk-Kul. Wysiadamy przy wejściu do kanionu, płacimy 50 somów ze wejście (ok. 2,80 zł) i czujemy się jak w bajce! „Skazka” po rosyjsku znaczy „bajka” i muszę przyznać, że jest to bajka dość spektakularna. Błąkamy się więc po bajkowych skałach, błądzimy w skalnych labiryntach i odpoczywamy w otoczeniu natury. Wieczorem wracamy nad jezioro Issyk-Kul, gdzie rozbijamy namiot i zostajemy na noc. O kanionie Skazka i nocy spędzonej nad jeziorem Issyk-Kul przygotuję oddzielny wpis, bo to jeden z moich kirgiskich zachwytów.
EDIT: WPIS JEST JUŻ DOSTĘPNY POD TYM LINKIEM.

DZIEŃ 14 – PRZEJAZD DO BAŁYKCZY I KOCHKORU
Naszym kolejnym celem jest jezioro Song-Kol. Spod kanionu Skazka łapiemy płatnego stopa i za 200 somów/os. (ok. 11 zł) docieramy do Bałykczy. Kierowca przez całą drogę karmi nas jabłkami i snuje historie, z których wiele nie rozumiemy, ale jest miło. W Bałykczy przesiadamy się w taxi (200 somów/os, ok. 11 zł) i po godzinie jazdy malowniczą drogą docieramy do Kochkoru.

Błąkamy się po miasteczku, meldujemy się w hostelu, zjadamy obiad, zaglądamy do sklepików i spacerujemy po okolicy. W czymś, co przypomina biuro turystyczne wykupujemy wycieczkę nad jezioro Song-Kol, nad którym spędzimy następne 2 dni.

DZIEŃ 15-16 – JEZIORO SONG-KOL
Rano ruszamy z kierowcą w stronę jeziora. Droga jest efektowna, widoki zachwycają. Nad jeziorem położonym na wysokości ok. 3000 m.n.p.m. spacerujemy, fotografujemy konie i zajadamy się specjałami, które przygotowują gospodynie jurt, w których śpimy. Za dwudniową wycieczkę płacimy 3000 somów/os. (ok. 165 zł). O wizycie nad jeziorem Song Kol również przygotuję oddzielny wpis.

Drugiego dnia po południu wracamy do Kochkoru, gdzie łapiemy marszrutkę do Biszkeku (300 somów/os., ok. 17 zł). Z Biszkeku będziemy chcieli ruszyć na południe, do Osz, a stamtąd do bazy pod Pikiem Lenina.

DZIEŃ 17 – PRZEJAZD Z BISZKEKU DO OSZ
Ponad 12 godzin jazdy z szalonym kierowcą po kirgiskich drogach – to trzeba przeżyć! Droga z Biszkeku do Osz jest spektakularna, co chwila brak mi tchu, ale nie jestem przekonana, czy to z powodu piękna natury, czy samobójczej jazdy naszego kierowcy. Po raz kolejny z zaskoczeniem stwierdzam, że nie znając rosyjskiego, prowadzę swobodną konwersację z Kirgizem. Do Osz, drugiego pod wzgędem wielkości miasta Kirgistanu, docieramy późnym wieczorem. Za około 700-kilometrowy road trip płacimy 1900 somów/os. (ok. 105 zł). Do dziś trudno mi uwierzyć, że nie skończyliśmy na dnie jakiegoś kanionu.

DZIEŃ 18 – OSZ I SARY MOGUL
Rano w dzikiej żarce wspinamy się na świętą górę Sułajman Too, skąd roztacza się widok na całe miasto. Upał jest obezwładniający, więc uciekamy stamtąd i idziemy do klimatyzowanej kawiarni. O godzinie 14.00 z dworca autobusowego umiejscowionego na bazarze rusza marszrutka do Sary Mogul. Płacimy 400 somów/os. (ok. 22 zł) i ruszamy w kolejną podróż. Jedziemy słynnym Traktem Pamirskim – Pamir Higway, a ja nie wiem w którą stronę patrzeć, bo wszędzie jest pięknie. Wysiadamy na końcu świata, we wiosce Sary Mogul. Żarka z Osz przeminęła, jest zimno, bo znajdujemy się na wysokości około 3000 m.n.p.m..

Znajdujemy CBT (Community Based Tourism), gdzie ustalamy szczegóły 3-dniowego trekkingu konnego w okolicy bazy pod Pikiem Lenina. Przechadzamy się po wioseczce na końcu świata. Dzieci przyglądają nam się nieśmiało. Śpimy w dość spartańskich warunkach w hostelu, zerkając z nieskrywanym podziwem na dwóch Rosjan, którzy właśnie wrócili z Piku Lenina i świętują swój sukces. Zgadnijcie jak… 😉

DZIEŃ 19-21 – TREKKING KONNY W OKOLICY BAZY POD PIKIEM LENINA
3-dniowy konny trekking był dla nas dość bolesnym doświadczeniem, bo nie potrafimy jeździć konno. Mimo wszystko było warto. Mieliśmy okazję podziwiać majestatyczne, ośnieżone szczyty Pamiru z Pikiem Lenina na czele, a wycieczka na przełęcz Podróżników (4150 m.n.p.m.) to jeden z hitów kirgiskiego mozołu. Za 3-dniowy trekking konny z przewodnikiem zapłaciliśmy 6000 somów/os. (ok. 330 zł). O konnym trekkingu pod Pikiem Lenina powstał oddzielny wpis – zapraszam TUTAJ!

DZIEŃ 22 – POWRÓT DO OSZ
O 7 rano mieliśmy wsiąść do marszrutki do Osz. Oczywiście o 7 żadnej marszrutki nie było, a kiedy po kilkudziesięciu minutach w końcu do nas dotarła, okazało się, że nie ma miejsc. Czekaliśmy więc na kolejnego busa – pół wsi zaangażowało się już w akcję pomocy dwójce Polaków, którzy chcieli dostać się do Osz. Marszrutka w końcu przybyła. Miejsc siedzących niestety już nie było, ale nagle ktoś wyciągnął jakiś stołeczek, ktoś inny mały taborecik i ochoczo zajęliśmy nasze miejsca w busiku. Mknęliśmy więc przez Pamir Highway, pokonując przełęcze na wysokości 3500 m.n.p.m. siedząc na taborecikach w wypchanym po brzegi samochodzie. Lepiej być nie może!

W Osz napadliśmy na bazar i nakupiliśmy kilogramy owoców, pokręciliśmy się po parku i zjedliśmy porządny obiad. Ach, udało się też w końcu wziąć ciepły prysznic, bo na południu nie było szansy na takie burżujstwo.

DZIEŃ 23 – PRZEJAZD DO BISZKEKU
Kolejne 12 godzin w samochodzie, tym razem z jedynym chyba w Kirgistanie rozsądnym kierowcą. Trasa pokonywana drugi raz, tym razem w przeciwnym kierunku, zachwyca niemniej niż za pierwszym razem. Podziwiamy więc widoki, czekamy cierpliwie, kiedy owce blokują tunel na jakieś 20 minut i nie da się przejechać i zjadamy arbuza, którym częstuje nas kierowca. Do Biszkeku docieramy późnym wieczorem, meldujemy się w Lenin Hostel i zasypiamy z portretem Włodzimierza nad łóżkiem.

DZIEŃ 24 – BISZKEK
Ten dzień poświęcamy na zwiedzanie stolicy Kirgistanu. Niektórzy traktują to miasto jedynie jako punkt przesiadkowy, ale muszę przyznać, że Biszkek mnie zaskoczył! To takie socjalistyczne Las Vegas, gdzie znajdziecie monumentalne budowle, ogromne centra handlowe i całą masę pomników, a wszystko to w nocy zostanie efektownie podświetlone i zamieni się w uroczy kicz. Oczywiście Biszkek ma też inne, niemniej ciekawe oblicze – polecam wizytę na Osz bazar, o którym wspominałam wcześniej. Biszkek jest dobrym miejscem na złapanie oddechu pomiędzy trekkingami – tu wyśpimy się w dobrych warunkach, weźmiemy tyle ciepłych pryszniców, ile będziemy chcieli, najemy się do syta w jednej z tysiąca knajp, a nawet kupimy pamiątki i uzupełnimy zapasy.

DZIEŃ 25-27 – ALA ARCZA I NIEUDANA PRÓBA WEJŚCIA NA PIK KOMSOMOLA
Przed nami mozół ostateczny, w trakcie którego próbowaliśmy zdobyć czterotysięcznik – Pik Komsomola położony w Parku Nardowym Ala Arcza. Akcja zakończyła się dość nieprzyjemną, wietrzną i lodowatą nocą w namiocie na wysokości 3800 m.n.p.m. i odwrotem. O tym pięknie mozolnym przedsięwzięciu opowiem w oddzielnym wpisie.

DZIEŃ 28 – POWRÓT DO AŁMATÓW
Opuszczamy Kirgistan i z Biszkeku przedostajemy się do Ałmatów w Kazachstanie. Marszrutka z Dworca Zachodniego w Biszkeku zabiera nas na dworzec Sajran w Ałmatach. Stamtąd autobusem jedziemy w okolice Zielonego Bazaru, gdzie meldujemy się w nieco burżujskim hotelu Turkiestan. Jesteśmy wykończeni.

DZIEŃ 29-30 – AŁMATY
Mogliśmy wszystko – podjechać do kanionu Szaryńskiego, nad Wielkie Jezioro Ałmackie, wjechać kolejką na Szymbulak, trzasnąć jakiś mini trekking. Mogliśmy wszystko, a co robiliśmy? Spaliśmy do południa. Chodziliśmy od knajpy do knajpy na kawę. Kupowaliśmy pamiątki. Bojkotowaliśmy miejscowe jedzenie i – uwaga! – żywiliśmy się w KFC! Zażeraliśmy się owocami z Zielonego Bazaru i spacerowaliśmy po ałmackich parkach. Kirgistan nas wykończył i dokładnie o to chodziło!

DZIEŃ 31 – POWRÓT DO POLSKI
Po wspaniałej nocy spędzonej na lotnisku rano odlatujemy do Kijowa, a stamtąd do Warszawy. Tym razem bez żadnych opóźnień ani innych niespodzianek. Kirgistan nas zachwycił i wykończył, ale nie mamy wątpliwości, że ten kraj jest warty każdego mozołu!

W kirgiskim mozole wspierała nas Chiruca i jej buty, które dzielnie radziły sobie w każdych warunkach. PRZECZYTAJ recenzję butów Telma GTX Chiruca (model damski)

Dodaj komentarz