Gruzja: Mestia – Szwajcaria Kaukazu

_images_do_zm1

Mówili mi, że tytuł musi być chwytliwy, więc robię co mogę. Skoro jednak udało mi się już przykuć waszą uwagę, to spokojnie mogę napisać, że gruzińska Mestia nie potrzebuje żadnych wydumanych porównań, bo broni się sama. To stolica górskiego regionu Swanetia, absolutnie wyjątkowe miasteczko położone malowniczo wśród ośnieżonych szczytów Kaukazu. Mój pierwszy kontakt z Gruzją był więc naprawdę efektowny.

Zanim się rozpiszę i zasypię was zdjęciami, musi być mapa. Bez mapy ani rusz.

Skoro już wiemy, gdzie jesteśmy, to zastanówmy się, skąd się tam wzięliśmy. Otóż przywiozła nas marszrutka. Marszrutka to taki busik, który odjeżdża wtedy,  kiedy kierowca uzna, że czas odjeżdżać. Czasami dostępne są rozkłady jazdy, co zwiększa trochę szansę na odjazd o godzinie, która nas interesuje, ale nie przywiązywałabym się nadmiernie do tej myśli. To jest Gruzja, zalecam dużą dozę cierpliwości, zrozumienia i szeroko pojętego luzu.

Nasza gruzińska przygoda rozpoczęła się w Katowicach, równo ze startem samolotu o godzinie 23.55. Około godziny 5 wylądowałyśmy na lotnisku w Kutaisi. Lot trwał trochę ponad 3 godziny, trzeba jednak pamiętać, aby dorzucić jeszcze 2 godziny w związku z różnicą czasu między Polską a Gruzją.

marszrutka

Po przylocie rezygnujemy z wymiany dolarów na lari (GEL) w kantorze na lotnisku i łapiemy marszrutkę do Mestii za 20 dolarów (40 lari). Kutaisi i Mestię dzieli około 230 km. Nasz pierwszy kontakt z marszrutką jest więc dość intensywny – 5,5 godziny jazdy wśród krów i szalonych kierowców, a później także interesujących przepaści i całkiem sympatycznych górskich serpentyn.

A tutaj mamy majestatyczną Uszbę. Pozostając w konwencji geograficznych porównań, wypada napisać, że szczyt ten bywa nazywany Matterhornem Kaukazu.

Uszba

Podczas krótkiego postoju w przypadkowym miejscu doświadczamy po raz pierwszy słynnej gruzińskiej gościnności...

czacza

W połowie drogi pojawia się szansa na to, że za chwilę wszyscy będziemy marszrutkę pchać, bo jest jakiś problem ze skrzynią biegów i coś jakby dziwnie pachnie w busie… Prawdopodobnie z pomocą boskiej opatrzności docieramy jednak do Mestii. Mniej szczęścia niż my ma świnka, którą szalony kierowca busa potrącił po drodze. Gamardżoba Mestio!

Mestia to miasteczko położone nad rzeką Mulchurą, na wysokości ok. 1500 m.n.p.m. (trochę wyżej niż schronisko nad Morskim Okiem). W samym mieście mieszka około 3 tysięcy osób, w okolicznych przysiółkach dodatkowe 14 tysięcy.

Nie trzeba być znawcą tematu, aby od razu wychwycić, co jest charakterystyczne dla tego regionu – kamienne wieże obronne, które można spotkać nie tylko w samej Mestii, ale także w innych swaneckich wioskach.

Po co budowano takie cuda? Otóż w Swanetii świetnie funkcjonował zwyczaj rodowej zemsty. Jeśli więc ty zabiłeś mi kuzyna, ja też powinnam kogoś ci zabić. Problem polega na tym, że jeśli ja zabiję kogoś tobie, to ty znów będziesz musiał zlikwidować kogoś z mojego rodu. I tak w kółko. Rodziło to pewne problemy, bo takie systematyczne wyrzynanie innego klanu to dość czasochłonna zabawa. Ktoś wpadł więc na genialny pomysł, aby w ramach ochrony przez żądnymi krwi sąsiadami budować przy każdym domostwie wysokie, kamienne wieże, do których ciężko było dostać się z zewnątrz. My oczywiście nie byłbyśmy sobą, gdybyśmy nie wlazły do  jednej z takich wież. Wygląda na to, że obecnie pełnią one funkcję pospolitych graciarni…

Centrum Mestii stanowi plac Seti, który został zrewitalizowany i prezentuje się elegancko. Jednak nawet i tu można spotkać krowy, które przechadzają się nieśpiesznie po okolicy. Któż im zabroni?

Absolutnym hitem okazał się festiwal taneczny, który tego dnia odbywał się w Mestii. Spędziłyśmy ponad godzinę oglądając pokazy pląsających dzieciaków. Prawdopodobnie był to taniec Svanuri, wywodzący się ze Swanetii, jednak muszę przyznać, że nie czuję się wybitną specjalistką od gruzińskich tańców…

dziewczynki 2dziewczynki 3dziecidziewczynkitaniec 2

W Mestii jest też mały cmentarz z bardzo osobliwymi nagrobkami... Czasem można znaleźć na nich jedzenie i picie.

Przyszedł w końcu czas na degustację gruzińskich specjałów… Na pierwszy ogień poszły chaczapuri, zarówno w wersji adżarskiej (z jajkiem) jak i z fasolą. A to wszystko w knajpie z takim widokiem:

Nigdy nie ukrywałam, że cały wyjazd do Gruzji był tak naprawdę tylko pretekstem. Kaukaskie pięciotysięczniki są w porządku, nie mam uwag, ale myśląc o Gruzji mniej więcej od stycznia tego roku, myślałam przede wszystkim o czym innym: o pierożkach chinkali 😀 W ramach przygotowań do wyjazdu odwiedziłam kilka razy gruzińską restaurację w Warszawie i postanowiłam, że – mówiąc wprost – w Gruzji będę zażerać się chinkali.

Każdy, kto próbował pierożków chinkali, wie, że ich jedzenie może być nieco problematyczne. W zasadzie nie da się ich zjeść bez chociaż niewielkiego elementu upokorzenia. Ten zdradliwy pierożek wypełniony jest bulionem, który trzeba najpierw wypić, żeby następnie móc pochłonąć nadzienie, czyli zazwyczaj mięso przyprawione kolendrą. Choćby nie wiem jak człowiek się gimnastykował, zawsze coś gdzieś wycieknie albo się rozpadnie. No i spróbujcie wypić bulion bez ciamkania, siorbania i innych ciekawych efektów dźwiękowych.

Nasza 4-osobowa ekipa częściowo poznała się „na żywo” na lotnisku w Katowicach, tak więc wspólne jedzenie chinkali pozwoliło na przełamanie lodów. Skoro widziałyśmy się w trakcie siorbania bulionu z pierogów, cóż jeszcze może nas zaskoczyć? 🙂

Jeśli chodzi o noclegi w Mestii, myślę że bez problemu można znaleźć przyzwoity nocleg nawet bez rezerwacji. W miasteczku jest mnóstwo tzw. guesthousów, czyli po prostu pokoi do wynajęcia. Ceny są przyjazne – my spałyśmy tu za 15 lari (niecałe  30 zł) od osoby. Dodatkowo płaciłyśmy 10 lari za śniadanie, na które składały się solidne porcje wszystkiego:

Mestia to świetna baza wypadowa w okoliczne górki. My nie nastawiałyśmy się na trekking (to plan na kolejny wyjazd), ale jest tu gdzie chodzić. Można na przykład złożyć wizytę lodowcowi Czalaadi lub obejrzeć jeziorka Koruldi.

Bez wątpienia jest to urocza mieścina, w której ludzie zagadują cię na ulicy, a nawet zatrzymują samochody, aby pomachać, przesłać buziaka lub wypowiedzieć kilka niezrozumiałych słów. Chętnie także wskażą jedyne w mieście drzewo, pod którym z jakiegoś powodu jest internet 🙂 Tak więc: Mestia – jestem na tak 🙂

23541


INFO PRAKTYCZNE:

Do Gruzji (Kutaisi) można tanio dostać się Wizz Airem z Katowic lub Warszawy. Ja kupowałam bilety w obie strony za niecałe 300 zł (z kartą Wizz Discount Club), a można upolować je nawet za mniej niż 200 zł.

Walutą w Gruzji jest lari (GEL). 1 lari to ok. 1,8 zł.

Z Kutaisi (lotnisko) do Mestii można bez problemu dojechać marszrutką. Koszt: 40 lari, czas: ok. 5,5 h.

Mestia ma dobrą bazę noclegową, można znaleźć zakwaterowanie w różnym standardzie, także naprawdę tanie. My spałyśmy tu i płaciłyśmy 15 lari za osobę. Dodatkowo można było zamówić śniadanie za 10 lari (polecam).

Ceny jedzenia są przyzwoite. Przykładowo – za chaczapuri w knajpie zapłacimy ok. 6-8 lari (11-13 zł), a zapewniam, że można się tym najeść. 1 pierożek chinkali powinien kosztować ok. 0,6 – 1 lari.

4 myśli na temat “Gruzja: Mestia – Szwajcaria Kaukazu

  1. Gruzja to wciąż wielkie marzenie mojego Męża, a oglądając Twoje zdjęcia i czytając ten wpis, sama zakochuję się coraz bardziej! Niesamowite widoki! A do tego to jedzenie! Uwielbiam próbować nowe smaki. Zazdroszczę podróży! 🙂

  2. Wow, widzę pokrewną duszę! Też mieszkam w Belgii ( i też planuję wpis o Ardenach ;p ), też lubię łazikowanie, no i wczoraj kupiłam bilety do Gruzji! Po Twoich wpisach utwierdziłam się, że był to dobry wybór 🙂

Dodaj komentarz