Korsyka mozolnie: GR20 – część północna (2/2). Relacja.

GR20 Nord nie odpuszcza! Przetrwaliście cztery pierwsze dni na szlaku? Gratulacje, ale do mety w Vizzavonie jeszcze kawał drogi! Zapraszam na drugą część relacji z przejścia północnego odcinka szlaku GR20. Poczujcie ten mozół w kościach!

PRZECZYTAJ TEŻ:
GR20 – część północna (1/2) – cztery pierwsze dni na szlaku GR20 (relacja)
Korsyka: GR20 – informacje praktyczne – informacje praktyczne dotyczące przejścia szlaku GR20

Trochę płaskiego? Czy to ciągle GR20…?

DZIEŃ 5
czwartek 20 czerwca 2019
schronisko Tighiettu (1640 m.n.p.m.) – Castel de Vergio (1400 m.n.p.m.)
↑620m. ↓680m . ⌚6,5h +/-11km.

Od etapu piątego GR20 uświadamia sobie, że nie można torturować randonerów i pokazuje ludzkie oblicze. Jest łatwiej, łagodniej, a momentami nawet płasko (serio!). Być może to nawet jeden z najprzyjemniejszych dni na trasie.

Zaczynamy leniwie, bo jesteśmy wypruci po czterech bardzo intensywnych dniach. Spokojna pobudka o 6 rano, nieśpieszne śniadanie, pakowanie i w drogę! Schodzimy do przeuroczej doliny Vallone, by po około 30 minutach dotrzeć do pięknie położonego Bergerie de Vallone. Tutaj nie umiemy sobie odmówić małej przyjemności – zjadamy przepyszne omlety i pijemy sok pomarańczowy (a wierzcie mi, że na GR20 to już jest burżujstwo!). Co dalej? Szok i niedowierzanie! Płaski, zacieniony odcinek biegnący lasem sosnowym! Nic jednak nie trwa wiecznie, wkrótce wszystko wraca do normy i znów robi się stromo. Wychodzimy z lasu, a przed nami około 500 metrów podejścia po nagich skałach w pełnym słońcu. Nagrodą jest przełęcz Bocca di Foggiale (1962 m.n.p.m.), gdzie wieje taki wiatr, że musimy chować się za kamieniami.

Na chwilę, dosłownie na sekundę zapomnieliśmy o mozole!
I to był błąd! Podejście na przełęcz. Znów pod górę, znów gorąco.

Po wejściu na przełęcz czekało nas jeszcze trochę podejścia, po czym naszym oczom ukazało się długo oczekiwano schronisko Ciottulu di i Mori („Jama Maurów”). Leżące u stóp imponującego szczytu Paglia Orba, najwyżej położone schronisko na wyspie prezentuje się naprawdę efektownie. Dookoła pasą się krowy, czasem można dojrzeć i konie – pełna sielanka! Po krótkim postoju ruszamy dalej łagodnym zejściem. Jest bardzo zielono, ścieżka jest wygodna i nie trzeba w końcu patrzeć pod nogi – a to nowość! Wkrótce znów zapominamy o mozole i zatrzymujemy się nad potoczkiem przy naturalnych basenach – wymarzonym miejscu na kąpiel lub moczenie nóg. Spędzamy tu ponad godzinę – pluskamy się, jemy obiad i odpoczywamy. W końcu GR20 to nie tylko krew, pot i łzy! (nie tylko, ale w głównej mierze).

Dość niechętnie zbieramy się jednak, bo przed nami jeszcze kawał drogi. Idziemy w dół przepiękną doliną, mijamy szałasy pasterskie Bergeries de Radule (a także wodospad de Radule, ale oglądamy go z daleka, bo nie chce nam się zbaczać ze szlaku…), grupę żołnierzy Legii Cudzoziemskiej wiszących na linach i trenujących wspinaczkę, a dzień kończymy długim (zdecydowanie zbyt długim) odcinkiem wiodącym przez las sosnowy. W końcu docieramy do cywilizacji – i to takiej z prawdziwego zdarzenia! W Castellu di Vergio zatrzymujemy się na campingu – czego tu nie ma! Ciepła woda, masa pryszniców i toalet, jabłka, pomarańcze, lody, świeże pieczywo! Nabiał, mus jabłkowy, pomidory i żel pod prysznic! Od nadmiaru dobroci kręci mi się w głowie, więc na wszelki wypadek kładę się w namiocie i zasypiam.

Schronisko Ciottulu di i Mori – położone najwyżej na Korsyce.
Paglia Orba (po prawej) i Capu Tafunatu (po lewej) oraz kupa kamieni (po środku, na pierwszym planie).
Piąty dzień trekkingu, palące słońce – trudno przewidzieć, jak człowiek zareaguje na taki wysiłek.
Sielanka na GR20! Przypatrzcie się dobrze, bo to nie potrwa długo.

DZIEŃ 6
piątek 21 czerwca 2019
Castel de Vergio (1400 m.n.p.m.) – schronisko Manganu (1601 m.n.p.m.)
↑650m. ↓450m . ⌚5,5h +/-17 km.

Dzień szósty to już pełna sielanka! Wiemy, że czeka nas przyjemny, dość łagodny etap z fantastycznym jeziorem Nino na deser, więc śpimy do późna i na szlak wyruszamy dopiero o 8.30. Idziemy chwilę drogą asfaltową, a na poboczu leżą świnie, zupełnie niezainteresowane podążaniem szlakiem GR20 (mądre zwierzęta). Wkrótce wchodzimy do lasu – mamy tu cień, ścieżki są wyłożone kamieniami, a od czasu do czasu mijamy się z krowami. Dochodzimy na przełęcz Bocca San Pedru (1452 m.n.p.m.), oglądamy kapliczkę i nieśpiesznie podążamy dalej łagodnym (serio!) podejściem. Podejrzana sprawa.

Towarzystwo zza płota na campingu.
Okolice przełęczy. Widać, że często tu wieje…

Krajobrazy zaczynają przypominać nieco środkowoazjatyckie stepy – jakaż to miła odmiana od surowych skał i stromych ścian, które znamy z pierwszych dni wędrówki! Dochodzimy w końcu do bajecznego jeziora Nino, jednego z piękniejszych miejsc na trasie GR20. Tutaj wszelkie mozoły odchodzą w zapomnienie, a my możemy po prostu cieszyć się chwilą. Soczysta zieleń, niezliczone małe stawki zwane pozzines, pasące się konie – choćby dla tego jednego dnia warto było wyruszyć na GR20!

W dole widać już jezioro Nino. Mierzy prawie 400 metrów długości i 250 metrów szerokości, ma 11 metrów głębokości.
A dokąd to…?
Jezioro Nino.
Konie były zupełnie niezainteresowane turystami i w spokoju robiły swoje.
Na czerwonym szlaku.
W drodze. Ciągle w drodze!
Koń nie protestował.

Po odpoczynku w zielonej scenerii ruszamy dalej – odcinek jest stosunkowy długi (jak na standardy GR20), ale tak przyjemny, że wyjątkowo umieram jakby mniej. W Bergeries de Vaccaghia robimy krótki postój – naprawdę krótki, bo widać już nasze docelowe schronisko Manganu. Dochodzimy do niego przyjemną ścieżką, rozkładamy namiot w otoczeniu krów, gotujemy breję na kolację, a finał jest taki, że muszę przed tymi krowami uciekać razem z menażką, bo najwidoczniej nie tylko ja byłam głodna. W tym samym schronisku obozują piłkarze klubu z Ajaccio. Podczas gdy ja leżę bez życia pod namiotem, oni wbiegają na okoliczne szczyty w tempie, od którego robi mi się słabo. W nocy po okolicy przewala się burza. Oczywiście budzę się i opracowuję plan ewakuacji dobytku, ale szczęśliwie burza przechodzi bokiem.

W stronę schroniska Manganu.
Czy panie miały rezerwację…?

DZIEŃ 7
sobota 22 czerwca 2019
schronisko Manganu (1601 m.n.p.m.) – schronisko Petra Piana (1842 m.n.p.m.)
↑850m. ↓460m . ⌚6,5h +/-8 km.

Nocna burza błądząca po okolicy okazała się nad wyraz pożyteczna, bo poranek był rześki jak nigdy. Postanowiłam nawet zaszaleć i założyć długie spodnie – jeden jedyny raz w trakcie całego GR20! Przed nami znów wymagający dzień – sielanka się skończyła, wracają ostre granie, bezlitosne podejścia i łańcuchy! Ja jednak dziękuję światu za to, że choć na chwilę schował słońce i nie rozpływam się w upale. Z całą resztą jakoś sobie poradzę.

Zaczynamy tak, jak często zaczyna się na GR20. Ostre podejście, 650 metrów do góry. Pewnie, mogłabym zachwycać się przepięknymi pozzines – małymi stawkami rozsianymi na terenie, gdzie kiedyś było jezioro polodowcowe, ale jakże ciężko jest zachwycać się czymkolwiek, gdy tchu brak. Idę jednak niezmordowanie, mało tego – wyprzedzam nawet innych randonerów! (to wymaga odnotowania, z reguły nigdy nikogo nie wyprzedzam). Gdzie tak pędzę? A na przełęcz Bocca a e Porte. Pędzę, bo wiem, że stamtąd roztacza się piękny widok na dwa jeziora – Melo i Capitello, które odwiedzałam wcześniej dwukrotnie i do których mam słabość. Teraz chcę popatrzeć na nie z góry.

Wejście na przełęcz wymaga trochę wspinaczki, ale nie ma dramatów – bez większych problemów przełażę na drugą stronę grani i podziwiam swoje ulubione korsykańskie jeziora! Znów mamy piękne, rozległe panoramy, dzięki którym choć na chwilę zapominam o koszmarze podejścia. Siedzimy i podziwiamy Melo i Capitello, które jeszcze miesiąc wcześniej pokryte były śniegiem. W końcu zbieramy się i rozpoczynamy zejście – emocjonujące, strome, z łańcuchami. Mozół to lubi!

Melo (po prawej) i Capitello. Zupełnie tego nie widać, ale dzieli je 200 metrów różnicy wysokości,
Trochę gimnastyki na zejściu.
Czekam na swoją kolej.
Chętni mogą zejść szlakiem do jezior. Ja nie jestem chętna, bo potem trzeba by wrócić…

Dalsza część wędrówki znów kosztuje nas nieco sił, ale szlak poprowadzony jest tak ciekawie, że znoszę ten mozół dość bezboleśnie. Nienawiść do gór wraca jednak w trakcie tradycyjnie już stromego i nieprzyjemnego zejścia do schroniska Petra Piana. Docieramy tu już przed godziną 14, po intensywnym, ale także bardzo przyjemnym dniu. Zaklepujemy fajne, bo odludne miejsce namiotowe, zjadamy ryż ze wszystkim, co było pod ręką, i stoimy w długiej kolejce do zimnego prysznica. Mam świadomość tego, że jutro czeka nas krótki i stosunkowo prosty etap, co wprowadza mnie w wyśmienity nastrój. Leżę na trawie przez kilka godzin i myślę sobie, że piękny jest ten koszmar GR20!

Wspaniały, widokowy etap GR20.
Dziś śpimy tu! W tle schronisko Petra Piana.

DZIEŃ 8
niedziela 23 czerwca 2019
schronisko Petra Piana (1842 m.n.p.m.) – schronisko l’Onda (1430 m.n.p.m.)
↑850m. ↓600m . ⌚4h +/-10 km.

Przy schronisku Petra Piana szlak rozdziela się i możemy wybrać wariant trasy – można iść doliną na mniejszej wysokości, lub granią, z elementami emocjonującej wspinaczki. Zgadnijcie, którą trasę wybraliśmy?

Pewnie, że tę bardziej mozolną! I był to strzał w dziesiątkę – niewiele osób, szlak wiodący przez widokowy, odsłonięty teren, trochę adrenaliny przy wspinaniu się na wielkie głazy. Wariant wiodący granią oznakowany jest na żółto, więc ważne, aby w odpowiednim momencie odbić w bok.

Długo mam jeszcze czekać na śniadanko…? 😉
GR20, dzień jak co dzień.
Jeśli tylko pogoda na to pozwala, gorąco zachęcam do wyboru wariantu etapu 8. Droga granią jest dużo ciekawsza niż spacer przez las w dolinie.
Piękne widoki i nawet trochę płaskiego!
Kozic tu pod dostatkiem!

Ten odcinek wspominam bardzo dobrze – było niedługo, widokowo i nieupalnie. To przedostatni fragment północnej części GR20 i przy okazji mniej więcej połowa trasy. Mijaliśmy nielicznych ludzi i liczniejsze stada kozic i krów, które patrzyły na nas pytająco: po co ten mozół?

Do schroniska dotarliśmy bardzo wcześnie i udało nam się załapać na względnie ciepły prysznic! Poczułam się tak, jakbym wygrała szóstkę w totolotka. Przygotowaliśmy też sobie prawdziwą ucztę bogów – wielki gar spaghetti ze wszystkim! (dodaliśmy tam soczewicy, sardynek, sosu pomidorowego, orzechów i nie pamiętam już nawet czego jeszcze). Pożarłam swoją połowę i powiem wam, że zjadłabym jeszcze. Na GR20 byłam w stanie zjeść każdą ilość wszystkiego. Popołudnie i wieczór to standardowe rozrywki obozowe, które w naszym przypadku sprowadzały się głównie do leżenia w namiocie bądź obok. Jutro wielki finał GR20 Nord – schodzimy do Vizzavony! Ale póki co, pozwólcie mi po prostu leżeć…

Krowy – mądre zwierzęta. Nie lezą 180 kilometrów przez góry, tylko leżą na trawie.
Mistrzowskie spaghetti ze wszystkim.
Piesek był zmęczony niewiele mniej od nas…

DZIEŃ 9
poniedziałek 24 czerwca 2019
schronisko l’Onda (1430 m.n.p.m.) – Vizzavona (920 m.n.p.m.)
↑700m. ↓1100m . ⌚6h30h +/-10 km.

To dzień, w którym schodzimy do cywilizacji! Jednak żeby zejść, najpierw trzeba wejść, i to całkiem wysoko… Ze schroniska Onda na grań de Muratello czeka nas 670 metrów wspinaczki – czy można lepiej rozpocząć dzień? O 6.20 jesteśmy na trasie i z mozołem zdobywamy wysokość… Oczami wyobraźni widzę już wszystkie te arbuzy, pomarańcze, lody i świeże bułeczki, które kupię sobie w sklepie w Vizzavonie. I ta myśl pcha mnie naprzód całkiem skutecznie, bowiem na crête de Muratello (2100 m.n.p.m.) meldujemy się szybciej, niż przewidywał przewodnik. Tu jeszcze wieje wiaterek i jest dość przyjemnie, ale to już ostatnie podrygi porannego chłodu. Do wyboru mamy wariant trasy przebiegający przez Monte d’Oro, jeden z najwyższych szczytów Korsyki, ale tym razem odpuszczamy. Od dziewięciu dni łażę po górach z ciężkim plecakiem i jestem najzwyczajniej w świecie zmęczona, a droga przez Monte d’Oro jest bardzo wymagająca – to techniczna wspinaczka zakończona długim, prawie 1500 – metrowym zejściem. Nie przeżyję tego – mówię do Marka i wybieramy podstawowy wariant trasy, który omija Monte d’Oro, przebiega za to obok innej korsykańskiej atrakcji – wodospadów Anglików (cascades des Anglais).

Słońce powoli się budzi i wkrótce zacznie bezlitośnie przypiekać…
Do Vizzavony? Tędy!

Teraz przed nami około trzech godzin zejścia. Schodzę więc w nieskończoność, czasem przez las, a czasem gotuję się w słońcu. Urządzamy sobie przerwę na moczenie nóg w jednym z naturalnych basenów, planujemy, co zjemy, jak już zejdziemy na dół – w końcu dziś kończymy północny etap GR20, to zasługuje na godne świętowanie! Kiedy moje kolana błagają już o litość, dochodzimy do słynnych (przynajmniej na Korsyce) wodospadów Anglików. Przyznaję, całkiem miłe miejsce, niestety jednak oblegane przez turystów, gdyż można się tu łatwo dostać z Vizzavony. W końcu w glorii mozołu dochodzimy do miasteczka (no dobra, po drodze trochę pogubiliśmy szlak i zeszliśmy nie do końca tam, gdzie chcieliśmy, ale to zupełnie nieistotne), meldujemy się na campingu i rozpoczyna się to, na co czekałam od 9 dni. Totalna rozpusta!

W dół! Końcówka GR20 Nord
Wodospady Anglików
Vizzavona! Koniec GR20 Nord, teraz czas na GR20 Sud!

Co mam na myśli, pisząc „totalna rozpusta”? Ciepły prysznic. Normalną toaletę. Lody. Ciepłe, świeże pieczywo. Pomarańcze. Dużo zimnej, taniej coli (2 euro za puszkę). Możliwość naładowania telefonów i powerbanka. Wieczór spędzamy w knajpie (tak, serio! W normalnej knajpie, jak normalni ludzie!), pijemy piwo i zjadamy nieziemskie burgery z boczkiem, miodem, warzywami i frytkami.

Zasłużyliśmy!

Tak właśnie kończymy północny etap GR20 – wymagający, bardzo mozolny, piekielnie gorący. Teraz przed nami nieco łatwiejszy odcinek południowy – 7 pięknych, równie upalnych dni z metą w Conca. O tym już w kolejnym wpisie!

Dodaj komentarz