Korsyka mozolnie: GR20 – część południowa. Relacja.

Po pięknym koszmarze północnego etapu GR20 przyszła pora na część południową. Będzie łatwiej, mniej mozolnie – mówili. Czy mieli rację? Zapraszam na relację z siedmiu dni wędrówki z wielkim finałem w Conca!

PRZECZYTAJ TAKŻE:
GR20 – część północna (1)
GR20 – część północna (2)
GR20 – informacje praktyczne

Przypomnijmy: za nami północna część GR20, korsykańskiego, całkiem wymagającego szlaku, który nieźle dał nam w kość. 9 dni wędrówki w niełatwym technicznie terenie i – co gorsza – w towarzystwie palącego słońca, wystawiło moją miłość do gór na ciężką próbę. Idziemy jednak dalej, bo przecież nie przerwę w połowie tylko dlatego, że wydaje mi się, że umieram ze zmęczenia, prawda?

DZIEŃ 10
wtorek 25 czerwca 2019
Vizzavona (920 m.n.p.m.)schronisko Capanelle (1586 m.n.p.m.)
↑900m. ↓224m . ⌚5h30h +/-14 km.

Wygląda na to, że ci, którzy twierdzili, że na południu będzie łatwiej, mieli rację. Pierwszy odcinek tej części GR20 jest zaskakująco nieuciążliwy. Moje notatki są krótkie, ale wyjątkowo nie ma w nich nic o umieraniu: „Lajtowy spacer, las, ale i tak gorąco. Jak GSB”.

Vizzavona jest najniżej położonym na trasie miejscem, dlatego, mimo wszystko, czeka nas sporo podejścia (ponad 900 metrów) – w końcu jesteśmy w górach! Idziemy jednak zacienionym lasem, szlak wznosi się dość łagodnie, o stromych ścianach i wymagających wspinaczkach można na razie zapomnieć. Niby fajnie, bo można trochę odpocząć, ale z drugiej strony tęskno trochę do zapierających dech w piersiach panoram z północy. No nie dogodzisz!

Dziś sporo wędrujemy lasem. Cień to najlepszy przyjaciel człowieka.

To nie był najbardziej efektowny odcinek GR20. To może dość surowa ocena, ale szlak sam jest sobie winien, bo północne etapy zawiesiły poprzeczkę bardzo wysoko. Po wyjściu z lasu dotarliśmy na przełęcz Bocca Palmente (1640 m.n.p.m.), gdzie było nawet na co popatrzeć, ale zachwytu zabrakło. Tak, zdecydowanie północ GR20 nas rozpuściła! Pomoczyliśmy nogi w lodowatej wodzie ze strumyka, przeszliśmy krótki kawałek asfaltem i dotarliśmy do wyczekiwanego schroniska Capannelle.

Upał nie odpuszcza, plecak nadal ciąży. Wszystko w normie, poza tętnem.
Dziś sporo chodzenia po wygodnych, czasem nawet płaskich ścieżkach.
Chwila ochłody. Zimna woda ze strumyka to na GR20 największa nagroda!

Pod schroniskiem rozkładamy namiot i napadamy na sklepik, który jest zaskakująco przyzwoicie wyposażony! Zjadamy lody, bierzemy ciepły prysznic (tak!), a potem udajemy się do starego schroniska, bo tam znajduje się turystyczna kuchnia. Wygląda na to, że jesteśmy jedynymi turystami, którzy decydują się na samodzielne przygotowywanie posiłków – reszta płaci grube eura za gotowe dania. Standard kuchni jest zatrważający, co wprowadza nas w doskonały humor. Jemy naszą pyszną breję w cieniu, wśród zieleni, przy stoliku, z dala od zgiełku schroniska. Jest perfekcyjnie. Wieczorem jeszcze piwko na tarasie i idziemy spać przed zachodem słońca, bo jutro będzie nieco mozolniej…

Kuchnia turystyczna. Wszystko się klei i jest zakurzone. A my i tak będziemy tu gotować!
Udało się! Dzisiejsza papka – jak zwykle zresztą – palce lizać!

DZIEŃ 11
środa 26 czerwca 2019
schronisko Capanelle (1586 m.n.p.m.) – przełęcz Col de Verde (1289 m.n.p.m.)
↑800m. ↓1100m . ⌚7h

Koniec żartów! Dziś czeka nas prawdziwy, piękny mozół. Świadomi tego, że zapewne będziemy naszej decyzji żałować, wybieramy wariant alpejski, zakładający zdobycie szczytu Monte Renoso (2352 m.n.p.m.). W przewodniku piszą, że ten wariant to „powrót do bezwzględnych, wysokich gór”. Nie moglibyście zachęcić mnie bardziej.

Wstajemy o 4.30, a wschód słońca podziwiamy będąc w połowie ciężkiego, 500-metrowego podejścia pod jezioro de Bastani (2092 m.n.p.m.). I nie przesadzę ani trochę, jeśli napiszę, że to jezioro wygrało GR20 – a są tu przecież miejsca bardziej popularne i częściej odwiedzane. Nad jeziorem Bastani spędziliśmy dobrą godzinę, wypiliśmy ciepłą kawę i herbatę i szczerze zachwycaliśmy się przepiękną, spokojną scenerią. Chwile spędzone w tym miejscu to jedno z moich najmilszych wspomnień z GR20 (tak, wbrew pozorom mam też miłe wspomnienia z tej wędrówki!).

Dzisiejszy wschód piekielnego słońca. Jeszcze jest w miarę chłodno…
Przepiękne jezioro Bastani. Warte każdego mozołu! W tle masyw Monte Renoso.
Dla takich chwil chodzę po górach.

Samo podejście na wierzchołek Monte Renoso okazało się łatwiejsze, niż sądziłam, a na dodatek włączył się zbawienny wiaterek, który uchronił nas przed upałem. Pod szczytem spotkaliśmy stado kozic, które zerkały na nas podejrzliwie, kiedy ciężko sapaliśmy podchodząc w górę. Wysiłek został nagrodzony piękną panoramą na pół Korsyki, w tym jej najwyższy szczyt – Monte Cinto. Wybór wariantu alpejskiego nigdy nie jest złym pomysłem.

Zejście ze szczytu było takie, jak obiecywał przewodnik – bardzo ostre, prowadzące przez wielkie skalne bloki i krzaczory. Było nieco wspinaczki, niemało adrenaliny i przecudowne widoki na małe stawki – pozzines, pięknie komponujące się z soczystą zielenią.

I po co ten mozół?
Na szczycie Monte Renoso. Krzyż i głowa Maura.
Widok z okolicy szczytu.
Zejście. GR20 w formie – jest wymagająco.
Zejście z Monte Renoso to bajka!

Samo dojście do schroniska bajki już niestety nie przypomina – schodzimy niżej i znów robi się potwornie gorąco. W mozole towarzyszą nam świnki, których na Korsyce nie brakuje i które spacerują sobie po lesie. Na przełęczy de Verde rozbijamy namiot na dużym, zacienionym miejscu namiotowym, bierzemy (tym razem) zimny prysznic i gotujemy breję na obiad. Potem jeszcze kolejne tradycyjne rozrywki – pranie i leżenie przed namiotem, i spać, bo na nic więcej nie mamy już siły. To był naprawdę piękny odcinek.

Tak wygląda korsykańska patelnia. Zeszliśmy kilkaset metrów w dół, wiatr ucichł, znów się gotujemy.
Nasi towarzysze w drodze.
Kolejna odsłona papki obiadowej.

DZIEŃ 12
czwartek 27 czerwca 2019
przełęcz Col de Verde (1289 m.n.p.m.) – schronisko Uscioli (1750 m.n.p.m.)
↑1200m. ↓450m . ⌚6,5h +/- 16 km

To nie był lekki dzień. Jak na standardy GR20 etap był dość długi, słońce dawało w kość niemiłosiernie, a ja chyba miałam ciężki atak nienawiści do gór połączony z kryzysem. Ale po kolei.

Zaczęliśmy jak zwykle wcześnie, podchodząc pierwsze 550 metrów w dużej mierze w cieniu. Wgramoliliśmy się na przełęcz Bocca d’Oru, a stamtąd już tylko 15 minut do kolejnego schroniska na trasie, Refuge de Prati. Tutaj o mozole chwilowo zapominamy i urządzamy sobie postój połączony z ucztą bogów – pomarańcza, jabłko, względnie świeża bagietka z dżemem figowym z kawałkami orzechów i zimna cola – toż to burżujstwo!

Pod schroniskiem Prati
Owoce na szlaku to prawdziwy rarytas.

Potem rozpoczyna się dość długa, ale i ciekawa wędrówka granią. Przełazimy raz na jedną, raz na drugą stronę, wdrapujemy się na skały, ale na szczęście jest też trochę płaskiego. Niby nie ma tu jakichś wielkich trudności ani dramatycznych podejść, ale jestem wykończona. Upał, zmęczenie dotychczasowym mozołem, ciężki plecak – to wszystko na raz sprawia, że idzie mi się źle. Dochodzimy w końcu do przełęczy Bocca di Laparo, najniższego punktu na dzisiejszej trasie, a tam rozpoczyna się gehenna. Zachwycam się jeszcze co prawda piękną, rozległą panoramą, ale zaraz potem umieram na podejściu przez las. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że to już niedaleko, co okazało się oczywiście nieprawdą. W związku z tym każdy kolejny metr podejścia dłużył mi się w nieskończoność. Przystawałam co chwila, żeby odpocząć. Wymijali nas inni turyści – nie było ich wielu, ale wszyscy szli zdecydowanie szybciej ode mnie – przede wszystkim, po prostu szli, a ja głównie stałam lub siedziałam. Końcowego podejścia do schroniska Uscioli nawet już nie pamiętam – byłam skonana, zła, miałam dość wszystkiego i zaklinałam się, że GR20 to ostatni w moim życiu dłuższy szlak.

Jeszcze trzymam pion. Mniej więcej.
Idziemy gdzieś tam. Nawet w miarę płasko!
Najkrótsze podsumowanie dnia dwunastego.
Ale przynajmniej jest pięknie. Zawsze łatwiej umierać w górach, kiedy jest pięknie.

Doszliśmy w końcu do schroniska, a tam okazało się, że jedyne sensowne miejsce noclegowe jest oddalone o jakieś 10 minut drogi w dół, jest tylko jeden zimny prysznic na całe obozowisko i dwie toalety w wersji „dziura w ziemi”. I wyobraźcie sobie, że to wszystko nagle przestało mieć znaczenie. Dlaczego? Bo w sklepiku schroniskowym mieli arbuza. Za arbuza dałabym się pokroić zawsze i wszędzie, a zostać obdarowanym przez świat kawałkiem tego soczystego owocu wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz, to jak wygrać los na loterii. Dokonaliśmy więc rozboju w sklepie i poza kawałem arbuza kupiliśmy pomarańczę, piwo, colę, ciasto i inne smakołyki, które mnie uratowały. Kto wie, gdyby nie ten arbuz, być może naprawdę rzuciłabym te góry w cholerę!

Siedliśmy więc w cieniu pod kamieniem i rozpoczęliśmy ucztę, czekając, aż słońce zajdzie za okoliczne szczyty i będziemy mogli rozbić namiot nie ryzykując udaru słonecznego. Potem odstaliśmy swoje w kolejce do zimnego prysznica, ugotowaliśmy breję na kolację i poszliśmy spać. Nienawiść do gór mi przeszła, a w nocy na niebie migotały miliony gwiazd. Już było dobrze.

Arbuz, który uratował Mus Mozołu.

DZIEŃ 13
piątek 28 czerwca 2019
schronisko Uscioli (1750 m.n.p.m.) – schronisko Matalza (1410 m.n.p.m.)
↑400m. ↓650m . ⌚4,5h +/- 10,5 km

Ten etap jest na GR20 stosunkowo nowy – szlak przebiega tędy dopiero od 2011 roku. Miało być dość krótko i nietrudno, ale ja już dawno przestałam wierzyć temu, co mówią. Wstaliśmy o 5.30, obejrzeliśmy piękny spektakl przebudzenia piekielnego słońca i chwilę później było już za gorąco. Trzeba jednak przyznać, że droga była dość przyjemna – trochę skałek do poskakania, nieco wspinaczki, pojawił się nawet lekki wietrzyk!

Cóż z tego, kiedy jak i tak umierałam. Wlokłam się niespiesznie, przytłoczona własnym mozołem, czekając już raczej na metę w Conca niż na cokolwiek innego. Pisałam już chyba, że to GR20 to naprawdę solidna porcja mordęgi?

I nagle wszystkie moje dolegliwości zniknęły jak ręką odjął. Z naprzeciwka podążał ku nam oddział żołnierzy Legii Cudzoziemskiej. Ok, ogarnij się! Może i umierasz, ale rób to przynajmniej z klasą! Wyprostowałam się, przyspieszyłam (a co!), sprężystym krokiem z gracją pokonywałam wszystkie trudności, tak jakbym robiła to od dziecka. Panowie w pełnym umundurowaniu i z bronią minęli nas tak, jakby spacerowali w niedzielne popołudnie po uzdrowiskowym deptaku. Pozdrawiali nas grzecznościowym bonjour, nie wykazując większych oznak zmęczenia. Nie wytrzymaliśmy i spytaliśmy jednego z nich, czy robią GR20. Pan grzecznie odparł, że wracają do domu trasą GR20 (ich dom to baza Legii Cudzoziemskiej położona niedaleko Calenzany). My szliśmy z Calenzany już trzynasty dzień, im ten „powrót do domu” zajmie pewnie mniej niż tydzień. No, ale najważniejsze wydarzyło się później. Miły Pan zapytał, czy też robimy GR20, a kiedy potwierdziliśmy, pokiwał głową z aprobatą i podniósł do góry kciuk. W tej właśnie chwili moja motywacja urosła do rozmiarów Monte Cinto, odzyskałam siłę i poczułam, że mogłabym to GR20 nawet i przebiec! Lecz już za chwilę Pan sobie poszedł i zrozumiałam, że jednak nie, nie mogłabym. Przejście z elementami przeczołgiwania się wystarczy.

Tak pięknie powitał nas świat trzynastego dnia wędrówki.
Na szlaku.
Nikt nie powiedział, że będzie lekko.

Tego dnia upał dawał nam się we znaki wyjątkowo mocno. Część trasy przebiegała przez nisko położony, otwarty teren, wśród chaszczy – tam nastąpiło apogeum mozołu. Dlatego, gdy dotarliśmy w końcu do cienia i zobaczyliśmy strumyczek, tworzący naturalny basen, nie zastanawialiśmy się długo – spędziliśmy tam chyba z godzinę, siedząc w wodzie i próbując się ochłodzić. Potem jeszcze krótka przerwa w bergerie, gdzie wypiliśmy zimną colę, aż dotarliśmy w końcu do schroniska Matalza. Przemiły gospodarz wypytał nas o wszystko – skąd jesteśmy, czy robimy całe GR20 itd. To schronisko, w przeciwieństwie do większości schronisk na trasie, zrobiło na mnie dość dobre wrażenie. Załapaliśmy się na ciepły prysznic, ugotowaliśmy breję na obiad w naprawdę dobrze urządzonej kuchni turystycznej, a resztę dnia spędziliśmy siedząc w cieniu i czekając na ochłodzenie. Szczęśliwie – doczekaliśmy się. Upał to zdecydowanie największa trudność na GR20.

Tutaj spędziliśmy dobrą godzinę.
To są naprawdę świetne warunki!
Taras w schronisku Matalza.

DZIEŃ 14
sobota 29 czerwca 2019
schronisko Matalza (1410 m.n.p.m.) – schronisko Asinau (1534 m.n.p.m.)
↑650m. ↓550m . ⌚4,5h +/- 10 km
+ wejście na Monte Incudine

To miał być krótki, nietrudny etap i – o dziwo – taki właśnie był. Dzień wcześniej rozważaliśmy nawet możliwość połączenia dwóch etapów, ale to oznaczałoby, że szlibyśmy cały dzień w pełnym słońcu. Postanowiliśmy więc nie szaleć i iść etap po etapie. O godzinie 5.10 byliśmy już na szlaku, w świetle czołówek pokonując pierwsze metry trasy i delektując się chłodem. Idzie się wspaniale, bo wreszcie jest chłodno, a na dodatek wieje całkiem mocny wiatr. Wdrapujemy się na przełęcz, gdzie wieje już naprawdę solidnie, i zbaczamy nieco ze szlaku GR20. Wszystko po to, by zdobyć najwyższy szczyt Korsyki południowej – Monte Incudine (2134 m.n.p.m.), będący jednocześnie ostatnim dwutysięcznikiem, na jaki się wdrapiemy podczas całej naszej korsykańskiej przygody.

I kolejny wschód słońca w trasie.
Na twarzy – sama radość!
Widok ze szczytu Monte Incudine.
Krzyż na szczycie.

Wysmagani przez cudowny wiaterek ze szczytu, rozpoczęliśmy powolne, dość strome zejście. Znów było wymagająco, ale do schroniska szczęśliwie dotarliśmy. Namiot rozbiliśmy dość daleko od schroniska, tak, by móc się cieszyć ciszą i spokojem. Niestety wieczorem i w nocy okazało się, że nic z tego, gdyż część randonerów postanowiła urządzić sobie regularną imprezę z wrzaskami i głośną muzyką. Cóż, nie wszyscy szukają w górach wyciszenia i odpoczynku. Wieczorem postraszyła nas nieco przewalająca się po okolicy burza, ale skończyło się zaledwie na paru odległych grzmotach. Jutro przedostatni dzień wędrówki!

Schodzimy.
Dziś gotujemy tu.

DZIEŃ 15
niedziela 30 czerwca 2019
schronisko Asinau (1534 m.n.p.m.) – schronisko Paliri (1055 m.n.p.m.)
↑440 m. ↓910 m . ⌚7 h +/- 15 km

Dziś po raz kolejny stajemy przed wyborem – idziemy podstawowym wariantem trasy, przez las, czy też wariantem alpejskim? Choć czułam się już ledwo żywa po dwóch tygodniach pięknych tortur, to jednak zdecydowaliśmy się na wariant trudniejszy, zwłaszcza, że przebiegał on przez imponujące skalne iglice Aiguilles de Bavella. To był ostatni na GR20 dzień, który spędziliśmy w naprawdę wysokich górach.

Zaczyna się niewinnie – idziemy przez las i wcale nie jest stromo. Kiedy odbijamy jednak na ścieżkę wiodącą przez wariant, stopień mozołu wzrasta. Na szczęście widoki zdecydowanie wynagradzają wysiłek – być może nawet to najpiękniejszy etap w południowej części GR20. Trudności, jakie zapowiadano na trasie, wcale nie okazują się aż tak trudne i szczęśliwie schodzimy do cywilizacji – na przełęcz Bavella.

Przedostatni dzień GR20 nie skąpi pięknych widoków.
Skalne labirynty.
Aż żal kończyć, prawda?
Niczym Syzyf 🙂

Na przełęczy przeżyliśmy szok ujrzawszy kilka knajp, hotele, sklepy i szeroko pojętą cywilizację! Mokrzy od potu, umordowani, z wielkimi, brudnymi plecakami władowaliśmy się do jednej z knajp i zaszaleliśmy, zamawiając sobie obiad z deserem. A co! Potem jeszcze napadliśmy na sklep i udaliśmy się w dalszą drogę do ostatniego schroniska na trasie GR20. Lekko nie było, do dziś pamiętam długie, męczące podejście przez las i panującą tam koszmarną duchotę. W schronisku wypiłam dwie cole, rozłożyliśmy namiot w cieniu z pięknym widokiem na okoliczne szczyty i czekaliśmy na zachód słońca. Już jutro finał naszej mozolnej wędrówki, koniec pięknego koszmaru, meta w Conca!

Tyle szczęścia!
Widok sprzed naszego namiotu

DZIEŃ 16
poniedziałek 1 lipca 2019
schronisko Paliri (1055 m.n.p.m.)
↑160 m. ↓970 m . ⌚5 h +/- 12 km

Ostatni dzień GR20 – nareszcie! Chyba wszyscy mieli już lekko dosyć tego pięknego mozołu, bo niemal cały obóz poderwał się rano jeszcze przed wschodem słońca. Dziś mieliśmy do pokonania jedynie 160 metrów podejścia, a pamiętam, że rozłożyło mnie to na łopatki. Na dodatek byliśmy stosunkowo nisko i to na południu Korsyki, więc możecie sobie wyobrazić, jakie panowały temperatury. Nie interesowało mnie już nic – żadne widoki ani kąpiele w strumyczku – chciałam być już w Conca. Po drodze mijaliśmy turystów idących w przeciwnym kierunku, którzy dopiero rozpoczynali swoją przygodę z GR20 – szczerze im współczułam. Zaczepił nas też przewodnik górski, który widział chyba boleść malującą się na mojej twarzy i z nieskrywanym rozbawieniem stwierdził, że źle wyglądam. Właśnie to chciałam usłyszeć ostatniego dnia wędrówki. Potem Pan na szczęście zapewnił mnie, że do Conca już niedaleko i za godzinę będzie po wszystkim.

Ostatni wschód słońca na trasie.

Ciężko opisać radość, ulgę, ale i satysfakcję, jakie czułam, gdy w końcu dotarliśmy do mety. Po 16 dniach naprawdę ciężkiej przeprawy, po walce z tropikalnymi upałami, byliśmy w Conca. Szybkie zdjęcie z tabliczką dokumentujące, że jesteśmy u celu, a potem – po prostu usiądźmy gdzieś, gdzie dadzą nam coś zimnego do picia. Znaleźliśmy miłą kawiarenkę, której właścicielka popatrzyła na nas i od razu zapytała, czy właśnie skończyliśmy GR20. Widocznie nie pierwszy raz zaglądali do niej na wpół żywi, spoceni ludzie z wielkimi plecakami. Dostaliśmy zimne napoje, lody i przypinki z logo GR20 w prezencie. Moje lamenty nad dzikimi upałami Pani skwitowała krótko – dziś i tak jest chłodniej niż wczoraj. Na to nie miałam już odpowiedzi.

Misja wypełniona!

Potem rozpoczęła się procedura powrotu do domu – a dokładniej do wioseczki Lama, gdzie zostawiliśmy samochód. Zajęło nam to 2 dni, potrzebowaliśmy do tego autostopu (x3), autobusu (a potem drugiego, bo pierwszy się zepsuł) i pociągu. Szok, jaki przeżyłam po pierwszym prysznicu i nocy spędzonej w miękkim, wygodnym łóżeczku, w klimatyzowanym pokoju, najlepiej oddaje skalę mozołu na GR20.

GR20 to – jak do tej pory – największe chyba górskie wyzwanie, jakiego się podjęłam. Nie mam żadnych wątpliwości, że było warto. Bajeczne widoki, ciekawa, urozmaicona trasa, sporo emocjonujących fragmentów podnoszących poziom adrenaliny i piękno korsykańskiej przygody. GR 20 zdecydowanie poleca się miłośnikom mozołu!


OCENA W SKALI MOZOŁU: 9/10

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image.png

Wszystko w zasadzie zostało już napisane powyżej. GR20 to esencja mozołu, bo nie może być inaczej. 180 kilometrów niełatwej technicznie trasy, spanie w namiotach i samodzielne przygotowywanie posiłków, skromne warunki sanitarne i to, co w tym wszystkim najgorsze – potworne, korsykańskie upały – to wszystko sprawia, że GR20 jest szlakiem wymagającym. Mocne 9 punktów w skali mozołu!

2 myśli na temat “Korsyka mozolnie: GR20 – część południowa. Relacja.

    1. Breje były różne – mieliśmy ze sobą m.in. płatki jaglane i gryczane, soczewicę, która nie wymagała długiego gotowania, dorzucaliśmy do tego sosy z torebki i jakieś mielone orzechy, czy coś takiego (już nawet nie pamiętam ;). Na początku jedliśmy głównie to, co mieliśmy ze sobą, ale po kilku dniach zapasy się wyczerpały i kupowaliśmy na bieżąco w schronisku – np. makarony, puszki z gotowymi daniami, konserwy rybne. Mieliśmy też ze sobą chyba 4 liofilizaty. Generalnie gotowanie wyglądało tak, że braliśmy to, co akurat było pod ręką i wrzucaliśmy do menażki – tak powstawały najlepsze breje na świecie 😀

Dodaj komentarz