Główny Szlak Beskidzki w stylu mozolnym, część 1: Ustroń – Jaworzyna Krynicka

Zapraszam na szczegółowy opis mozołu na Głównym Szlaku Beskidzkim – dzień po dniu, krok po kroku, kryzys po kryzysie. O wszystkich ulewach, ostrych podejściach i niekończących się zejściach, a także o tłustych schroniskowych kotach spotkanych gdzieś między Ustroniem a Jaworzyną Krynicką przeczytacie poniżej!

Główny Szlak Beskidzki to ponad 500-kilometrowy szlak poprowadzony przez większość pasm Beskidów, z jednym końcem w Ustroniu, a drugim w Wołosatem. Więcej o samym szlaku, a także o tym, jak przygotowywałam się do tego szacownego mozołu, ile razy dziennie umierałam, o kryzysach i przypływach mocy, szczytach przynoszących chwałę i tych budujących charakter przeczytacie we wcześniejszym wpisie.


GSB Dzień 1
Ustroń – Równica – Czantoria – schronisko Soszów (ok. 16 km.)
Pozostało do przejścia: 485 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 3,19%

facebookZaczęliśmy w słońcu, skończyliśmy w ulewie. Świat ma chyba jakiś czujnik wykrywający moją obecność w górach. Patrzę na prognozy pogody i mam wrażenie, że będzie padać już zawsze. Zamierzam oczywiście ignorować ten fakt i iść mozolnie naprzód, nawet jeśli Wołosate wydaje się bardziej odległe od obcej galaktyki.

Pierwszy dzień GSB i od razu kawa na ławę: nie będzie lekko! Podejście na Czantorię jest skandalicznie strome, a pod schroniskiem na Soszowie (bardzo polecam!) łapie nas pierwsza na szlaku, inauguracyjna ulewa! Przyjmujemy ją z pokorą, a nawet z uśmiechem – mamy mnóstwo sił i energii, no i nie wiemy jeszcze, że wściekłe deszcze będą nam towarzyszyć przez większą część wędrówki. Ach, no i dzień wcześniej miałam przyjemność doświadczyć zatrucia pokarmowego. Wymarzony początek!

Nocleg: schronisko na Soszowie, 30 zł/os.

 

GSB dzień 2
Schronisko Soszów – Soszów Wielki – Wielki Stożek – Kiczory – przełęcz Kubalonka – Przysłop pod Baranią Górą (ok. 21 km.)
Pozostało do przejścia: 464,3 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 7,46%

facebookU nas wszystko po staremu. Mgła, błoto, od czasu do czasu trochę słońca. Aktem łaski była ulewa, która rozpoczęła się pięć minut po tym, jak schowaliśmy się w namiocie. Idziemy dalej!

To dzień pod znakiem mgieł, dzięki którym nie mamy okazji podziwiać rozległej panoramy Beskidu Śląskiego z widokowego szczytu Cieślar. W schronisku Stożek dokarmiamy i tak nieco przytłustego kota, a kiedy mgły się rozstępują, widzimy w końcu, gdzie jesteśmy i że za tą mglistą kotarą istnieje świat! Na przełęczy Kubalonka posilamy się i robimy małe zakupy, a potem ruszamy na Przysłop pod Baranią Górą. Przy schronisku rozbijamy namiot, zjadamy kuskus z sosem i chowamy się do namiotu – w samą porę, by nie zmoczył nas deszcz. W kolejnych dniach deszcze nie będą już tak uprzejme, by zaczekać, aż znajdziemy schronienie.

Nocleg: namiot rozbity pod schroniskiem Przysłop pod Baranią Górą, 0 zł

 

GSB dzień 3
Przysłop pod Baranią Górą – Barania Góra – Węgierska Górka – stacja turystyczna Słowianka (ok. 26,5 km.)
Pozostało do przejścia: 437,7 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 12,77%

facebookDziś po raz pierwszy podczas GSB poczułam, że naprawdę nienawidzę gór. A potem poszłam dalej. Taplamy się w błocie, na przemian zakładamy i zdejmujemy kurtki przeciwdeszczowe i podziwiamy panoramy, których nie widać, bo jest mgła.

To był całkiem miły, widokowy fragment trasy. Baranią Górę (1220 m.n.p.m.), drugi najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego, zdobyliśmy co prawda w całkowitej mgle, ale na Magurce Radziechowskiej świat trochę się przed nami odkrył i ujrzeliśmy całkiem sympatyczne widoki. Co prawda chwilę później przyszła chmura deszczowa i totalnie nas zlała, ale i tak utrzymuję, że odcinek od Magurki Wiślańskiej do przełęczy Glinne jest efektowny. W Węgierskiej Górce, która okazała się miłą miejscowością, przeczekaliśmy kolejną ulewę w sklepie. Trzeci tego dnia deszcz dopadł nas na podejściu na grzbiet Abrahamowa. Tak, pierwsze dni naszej wędrówki to głównie balety z chmurami deszczowymi. Nocleg w prywatnej stacji turystycznej Słowianka wspominam bardzo miło, a najmilsze było to, że siedziałam pod dachem, kiedy na zewnątrz lało.

Nocleg: stacja turystyczna Słowianka, 30 zł/os.

 

GSB dzień 4
Stacja turystyczna Słowianka – Hala Rysianka – Hala Miziowa – baza namiotowa na przełęczy Głuchaczki (ok. 28 km.)
Pozostało do przejścia: 411 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 17,96%
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (1)

facebookDzień pod znakiem hal. Hala Pawlusia i Rysianka powitały nas tradycyjnymi mglistymi widokami, dopiero hala Miziowa okazała się dla nas łaskawsza. Jutro planujemy odwiedziny u Królowej Beskidów – Babiej Góry. Co jakiś czas nadal przypominam sobie, że nienawidzę gór, ale staram się ignorować te natrętne myśli. Wołosate czeka!

Chodzenie we mgle ma swoje zalety – przynajmniej nie jest gorąco. Może i nie mogę podziwiać widoków z kultowej Rysianki, ale wierzcie mi, jak ja tęskniłam za tym mglistym chłodem, kiedy rozpuszczałam się w słońcu na pagórach Beskidu Niskiego i Bieszczadów! Inna niepodważalna zaleta mgieł? Jak są mgły, to mniej ludzi chodzi po górach. Delektuję się więc pustkami na szlakach, ciszą i samotnością. Odkryciem wyjazdu pozostały ciepłe, drożdżowe bułeczki z jagodami i kruszonką ze schroniska na Rysiance. Dla tych bułek mogłabym wrócić z Wołosatego na piechotę! (No nie… przesadziłam. Nie mogłabym.). Na Hali Miziowej urządzamy dłuższy popas, pławimy się w słońcu, a kilka godzin później, na podejściu na niepozorny, nieprzynoszący chwały pagór o imieniu Jaworzyna, padam bez sił i kategorycznie oznajmiam, że umieram i dalej nie idę. Czwartego dnia mozołu jestem już mocno zmęczona, a przed nami jeszcze ponad 400 kilometrów! Zbieram się jakoś do kupy i doczołguję do miejsca noclegowego – fantastycznej bazy namiotowej SKPB Katowice na przełęczy Głuchaczki. Świetna ekipa, piękne położenie, nawet prysznic z ciepłą wodą! I tylko zasięg słaby, więc nie oglądam finału Mundialu, choć prawdę mówiąc, jestem tak zmęczona, że jest mi absolutnie wszystko jedno. Śpię jak dziecko, choć w mojej głowie zaczynają lęgnąć się myśli: „a na co mi to wszystko było?!”.

Nocleg: baza namiotowa Głuchaczki, 7 zł/os. ze swoim namiotem

 

GSB dzień 5
Baza namiotowa na przełęczy Głuchaczki – Mędralowa – Markowe Szczawiny – Babia Góra –  Polica – Hala Krupowa (ok. 29 km.)
Pozostało do przejścia: 382 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 23,75%

facebookDziś ważny dzień! Pękła pierwsza setka naszego wędrowania! Pokonaliśmy już prawie 120 km. Wyżej niż dziś na Babiej Górze już w trakcie GSB nie będzie, ale mozolniej – z całą pewnością. Różne fragmenty mojego ciała zaczynają dawać o sobie znać bardziej lub mniej dyskretnie, ale drepczę dalej!

Dzień pod znakiem mozołu przez duże M. Wstajemy raniutko i zadziwiająco szybko pokonujemy 10 kilometrów od bazy namiotowej do schroniska na Markowych Szczawinach. Jesteśmy tam przed 10.00 – jemy wczesny obiad, ja przygotowuję się psychicznie na czekające nas podejście na Babią Górę (1725 m.n.p.m.) i w końcu ruszamy! Jestem zdania, że podejście na przełęcz Brona stworzył sam diabeł. To nie może być dzieło człowieka – schody, niekończące się schody, do tego ukryte w kosodrzewinie, więc nie dociera tam zbawienny wiaterek. Dodajcie do tego trochę słońca i proszę – śmiertelna pułapka gotowa! W gorące dni można się tam ugotować. Na szczęście Babia Góra oferuje zazwyczaj wiatry, które chłodzą moją głowę i dają mi siłę na zejście – długie i mozolne. Od przełęczy Krowiarki czeka nas kolejne podejście, a żeby nie było nudno, towarzyszy nam dzika ulewa i pomrukująca w oddali burza. Dostaję przyspieszenia  i sporego stresa (burz w górach nie toleruję!) i choć jestem już naprawdę mocno zmęczona, wdrapuję się na Policę, a wkrótce zalegam na łóżku w schronisku na Hali Krupowej. Wtedy też Marek uświadamia mi, że zrobiliśmy dziś 1800 metrów podejścia, a ja z kolei uświadamiam sobie, że jak dotąd nigdy nie zrobiłam więcej w ciągu jednego dnia. Od razu czuję się jeszcze bardziej zmęczona. Żurek ze schroniska trochę pomaga, ale i tak wszystko mnie boli i niezmiennie utrzymuję, że umieram. Deszcz leje już bez żadnego skrępowania.

Nocleg: schronisko na Hali Krupowej, 45 zł/os, pokój 2-osobowy

 

GSB dzień 6
Hala Krupowa – Bystra Podhalańska –  Jordanów (ok. 16 km.)
Pozostało do przejścia: 366 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 26,94%

facebookOj, dziś musiałam bardzo mocno okłamywać samą siebie, że chodzenie po gòrach w takich warunkach jest fajne. Póki co strategia samooszukiwania się jeszcze daje radę, ale nie wiem jak długo to potrwa. Leje non stop. Spłynęliśmy z gór do Jordanowa. Cieszę się, że udało się zrobić choćby 16 km. Napisałabym, że jutro będzie lepiej, ale to nieprawda. Chciałam mozołu, to mam.

Co pamiętam z tego etapu? Deszcz, błoto, mozół. Mokre buty i mokre wszystko. A, i że po wyjściu ze schroniska wpadliśmy w taką mgłę, że zaczęliśmy iść innym szlakiem, bo oznakowania i tak nie było widać. Ten etap GSB nie oferuje raczej spektakularnych widoków, więc w sumie cieszyłam się, że ta beznadziejna pogoda dopadła nas akurat tu i teraz. Po 16 kilometrach zgodnie uznaliśmy, że na dziś wystarczy. Czas się trochę wysuszyć.

Nocleg: Jordanów, willa Urszula, 40 zł/os.

 

GSB dzień 7
Jordanów – Wysoka – Skawa – Rabka Zdrój (ok. 15 km.)
Pozostało do przejścia: 351 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 29,94%

facebookPogoda nas masakruje. Leje praktycznie cały czas. W mozolnym stylu dopłynęliśmy do Rabki i tu urządzamy sobie jednodniową przerwę techniczną. Brakuje nam już suchych ubrań. To, co miało nie przepuszczać wilgoci, dziwnym trafem ją przepuszcza, a chodzenie w mokrych butach czy spodniach nie należy do przyjemności. Przy okazji chcemy dać światu szansę na przemyślenie swojej postawy wobec nas. Nasze żądania są proste: mniej deszczu, więcej słońca!

Cóż dodać. Marszu przez Rabkę – Zdrój nie zapomnę długo – ostatnie 3 kilometry w drodze do naszej kwatery pokonaliśmy już bez kurtek i płaszczów w pełnym deszczu, ale z dumnie podniesionymi głowami! Wcześniej siedzieliśmy w knajpie i akurat na 10 minut przestało padać, więc ruszyliśmy tylko w podkoszulkach. Potem już jakoś nie opłacało się nic na siebie zakładać – i tak wszystko jest mokre albo wilgotne, obrzydliwe! Pranie nie schnie, więc brakuje majtek i skarpetek. Od 3 dni noszę w plecaku spodnie, które uprałam, bo były całe w błocie i nie mam jak ich wysuszyć. Nasze buty nie opierają się już przed wodą. Tak, zdecydowanie potrzebujemy przerwy technicznej!

Nocleg: Rabka – Zdrój, kompleks szkoleniowo – wypoczynkowy ROYAL, 55 zł/os. ze śniadaniem

Przejście przez Zakopiankę: w związku z budową drogi nie mieliśmy pewności, czy możliwe będzie przejście zgodnie ze szlakiem. Skorzystaliśmy więc z sugestii zawartej w przewodniku i poszliśmy przez Skawę (wzdłuż drogi), wychodząc w Rabce na ulicę Kilińskiego.

 

GSB dzień 8
Rabka Zdrój (do Biedry i z powrotem) – DZIEŃ ODPOCZYNKU
Pozostało do przejścia: 351 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 29,94%

facebookDziś dzień suszenia i odpoczynku. Sukcesem było zdobycie Biedronki na lekko, ale na okno pogodowe musieliśmy czekać aż do 18.00. Z niepokojem śledzę doniesienia o podtopieniach, zalanych szlakach i zerwanych mostach. Jutro idziemy na Turbacz, jestem ciekawa, co zastaniemy po drodze. Będzie mokro, błotniście i mozolnie. Oby do przodu!

Po tygodniu mozołów i walki z deszczami, pozwoliliśmy sobie na trochę luksusu i zamówiliśmy kebaba z dostawą do hotelu. Suszarnia została obwieszona naszymi ubraniami, a w pokoju na sznureczku suszyliśmy pieniądze, które także zwiglotniały.  Nieco przymusowy odpoczynek w sumie dobrze nam zrobił. To był ostatni dzień, w którym lało praktycznie bez przerwy – potem było już lepiej.

29. Dzień 8
Pieniądze się uprały, więc trzeba wysuszyć 😉

 

GSB dzień 9
Rabka Zdrój – Maciejowa – Stare Wierchy – Turbacz (16 km)
Pozostało do przejścia: 335 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 33,33%

facebook1/3 GSB już za nami! Miejmy nadzieję, że za nami także okres najgorszej pogody. Dziś było prawie sucho. Oczywiście szlaki przypominają miejscami rwące potoki lub trzęsawiska, ale jaki to komfort, kiedy w końcu nie pada na głowę! Turbacz zdobyty, słońce nieśmiało wychyla się zza chmur. Wyglądam Tatr na horyzoncie, ale widocznie chciałabym zbyt wiele. 😉 Jutro kolejny etap wędrówki po Gorcach. Więcej słońca proszę!

Gorce zdecydowanie ulitowały się nad nami. Zaczynaliśmy co prawda we mżawce i mgle, ale wkrótce wreszcie przestało padać. Trochę szkoda, że nie mieliśmy okazji podziwiać panoram w drodze na Turbacz (1310 m.n.p.m.) – szłam tym szlakiem w 2014 roku i zapamiętałam go jako sielski i widokowy. Tym razem było dużo bardziej mozolnie, ale najważniejsze, że wciąż do przodu! Gorąca czekolada w schronisku na Maciejowej rozgrzała i dodała energii, dlatego tez dość wcześnie zameldowaliśmy się na najwyższym szczycie Gorców i w schronisku na Turbaczu. Popołudnie spędziliśmy przed budynkiem, wystawiając twarze do słońca, które w końcu zdecydowało się wyłonić zza chmur. Deszcze się skończyły, jesteśmy wypoczęci i wysuszeni, nic tylko iść dalej!

Nocleg: schronisko na Turbaczu, 38 zł./os, sala wieloosobowa

 

GSB dzień 10
Turbacz – Kiczora – przełęcz Knurowska – Lubań – Krościenko (ok. 32 km)
Pozostało do przejścia: 303 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 39,52%
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (2)

facebook2 cytaty z dziś:
1. „Skończmy ten GSB i miejmy to z głowy”
2. „Pięknie tu, ale niech to się już skończy”
32 kilometry po Gorcach dały nam w kość. Postanowiliśmy wykorzystać maksymalnie dobrą pogodę i z Turbacza przez Lubań zeszliśmy do Krościenka. Lubań odwiedziłam po raz drugi i znów przekonałam się, że ta góra jest potworna. Podejście czerwonym szlakiem w palącym słońcu przypomniało mi, jak bardzo nienawidzę gór.

Czerwony szlak z Turbacza na Kiczorę i dalej na przełęcz Knurowską jest super fajny. Są widoki, jest łagodnie, jest zielono. W oddali widać jezioro Czorsztyńskie, a jeszcze dalej Tatry. Sielanka. Mozół zaczyna się trochę później. No dobrze, może mam jakąś traumę Lubania, ale tam naprawdę jest stromo. Na dodatek słońce, którego wypatrywałam przez kilka ostatnich dni, wbiło mi nóż w plecy i prawie mnie ugotowało na tym odsłoniętym podejściu. Wieża widokowa na Lubaniu bardzo daje radę – nie dość, że fajnie na niej wieje, to jeszcze można rozejrzeć się na cztery strony świata. Z jednej strony widać Turbacz, na którym byliśmy jeszcze rano, z drugiej – Radziejową w Beskidzie Sądeckim, na której będziemy jutro. Człowiek ogląda z góry te pagóry i widzi, że jednak jakoś tam się przemieszcza w tej przestrzeni – raz szybciej, raz wolniej, ale jednak naprzód! Zejście do Krościenka to najczystszy mozół. Monotonnie, długo, w nieskończoność. Czasem wydaje mi się, że ciągle jeszcze tam schodzę.

Nocleg: Krościenko, pokoje gościnne Anna, 35 zł/os.

 

GSB dzień 11
Krościenko – Przehyba – Radziejowa – Rytro (ok. 27, 5 km)
Pozostało do przejścia: 276 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 45,11%

facebookNic w górach nie motywuje mnie bardziej niż nadciągająca burza. Dziś burzowe pomruki przewalały się nad Beskidem Sądeckim, ale szczęśliwie udało nam się przeczekać najgorsze pioruny w schronisku. Żałujcie, że nie widzieliście, jak żwawo pomykałam skandalicznie stromym czerwonym podejściem na Przehybę! 😁 A tak w ogóle to dzisiejszy dzień umordował mnie najbardziej z dotychczasowych na GSB. Zdobyliśmy Radziejową, najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami na Pieniny i Tatry, ale także umieraliśmy w koszmarnym upale i duchocie. To jest jednak kawał solidnego mozołu, ten cały GSB!

Jedno z miliona najbardziej traumatycznych wspomnień z GSB? Podejście z miłego skądinąd Krościenka nad Dunajcem na Dzwonkówkę. Główną winowajczynią była tutaj zdecydowanie pogoda – było gorąco, parno i w ogóle strasznie. Na przełęczy Przysłop z niepokojem zaczęłam obserwować gromadzące się na horyzoncie, ciemne chmury. Tego dnia zapowiadano burze, a burza i góry to nie jest dobre połączenie. Wrzuciliśmy więc piąty bieg i w podskokach wbiegliśmy na Przehybę (zajęło nam to mniej niż półtorej godziny, choć szlakowskazy wskazują ponad dwie). A wierzcie mi – jest tam na co wchodzić! Zdążyliśmy w samą porę, burza rozpętała się, gdy byliśmy bezpieczni w schronisku. Miły spacer na Radziejową był czystą przyjemnością (no dobrze, nie czystą – BŁOTNĄ przyjemnością), szkoda jedynie, że wieża widokowa jest nieczynna. Potem spokojne wejście na Wielkiego Rogacza i niewytłumaczalna sytuacja w okolicy chatki pod Niemcową, gdzie zaćmiło nam umysły i zaczęliśmy schodzić żółtym szlakiem do Piwnicznej. Na szczęście zorientowaliśmy się, zanim zeszliśmy na sam dół… 😉 Cóż, trzeba było wrócić, a więc znów podejść i odnaleźć czerwony szlak, co zupełnie wyprało mnie z sił. Dalszą drogę do Rytra wspominam jako małą gehennę, choć nie było tam przecież żadnych trudności. Chyba po prostu po 230 km. na szlaku trudne jest już wszystko.

Nocleg: Zajazd Pod Zamkiem, 45 zł/os.

 

GSB dzień 12
Rytro – Cyrla – Hala Pisana – Hala Łabowska – schronisko na Jaworzynie Krynickiej (ok. 23 km)
Pozostało do przejścia: 251 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 49,70%
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (3)

facebookWczoraj zadzwoniła do mnie moja mama i poprosiła, żebym nie wrzucała na fejsa zdjęć, na których umieram, bo serce ją boli kiedy patrzy na mnie w takim stanie. Pomyślałam, że chyba powinnam coś wyjaśnić. Być może z moich relacji wyłania sie obraz GSB jako morderczego szlaku, na którym giną ludzie, a to w ogóle nie tak. To nieco dłuższy spacerek wśród sielskich, zielonych beskidzkich pagórków. Łagodne wzniesienia pokonuję z uśmiechem na ustach, ciesząc się z możliwości obcowania z przyrodą. Nawet jeśli moje czoło skropi jedna czy dwie krople potu, przyjmuję je z radością, podobnie jak delikatne kurcze łydek czy dyskretny ucisk lekkiego przecież plecaka na ramionach. Ożywczy, letni deszczyk to najlepszy prezent po wędrówce beskidzkim szlakiem, tam samo jak błotne kąpiele, z których korzystam ochoczo i radośnie. Dementuję więc wszelkie pogłoski odnośnie potworności GSB. To czysta przyjemność, szczęście dla ducha i ciała, radość w pigułce! Tak więc mamo, mam się naprawdę dobrze!

Cóż dodać, poza tym, że to wszystko nieprawda. GSB to mozół, krew, pot i łzy. Na szczęście na trasie istnieją miejsca tak miłe jak prywatne schronisko Cyrla, gdzie najchętniej spędziłabym cały dzień, głaszcząc tłustego kota. Podobnie dobre wspomnienia mam z Hali Łabowskiej, gdzie na ścianie wymalowano przebieg Głównego Szlaku Beskidzkiego, dzięki czemu mogliśmy po raz kolejny uświadomić sobie, jak wiele mozołu jeszcze przed nami. To był dobry dzień, bez deszczu (!) i z jednym tylko miejscem, w którym umierałam (ostre podejście zaraz po wyjściu z Rytra). No i połowa GSB już za nami! Wszyscy zgodnie twierdzili, że teraz to już będzie z górki, co okazało się okrutnie bolesnym kłamstwem. Bo nawet jeśli faktycznie było z górki, to tak naprawdę ciągle mieliśmy pod górę. Ale o tym w dalszej części relacji 🙂

Nocleg: schronisko na Jaworzynie Krynickiej, 35 zł/os.

CZYTAJ DALEJ:
Część 2: Jaworzyna Krynicka – Wołosate

6 myśli na temat “Główny Szlak Beskidzki w stylu mozolnym, część 1: Ustroń – Jaworzyna Krynicka

      1. Interesuje mnie czy rezerwujesz noclegi w schroniskach itp. czy tak sobie przychodzisz i zawsze masz nocleg.

    1. Nie rezerwowaliśmy nic wcześniej. W schroniskach nigdzie nie było problemu ze znalezieniem miejsca, a w razie czego zawsze pozostaje gleba 🙂 Noclegi w agroturystykach itd. rezerwowaliśmy sobie tego samego dnia (np. 2-3 godziny przed dojściem do danej miejscowości odpalaliśmy booking albo googla i szukaliśmy kwatery).

    1. Normalnie nie noszę, ale z bankomatami różnie bywa 😛 Zwłaszcza w Niskim i Bieszczadach 😉 W Ustrzykach zostaliśmy bez gotówki i musieliśmy jechać do Wetliny po kasę 😀

Dodaj komentarz