Główny Szlak Beskidzki w stylu mozolnym, część 2: Jaworzyna Krynicka – Wołosate

Druga (i ostatnia) część relacji z przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego poleca się do przeczytania! Tym razem czekają na Was perfidne pagórki Beskidu Niskiego (najpodlejszego z Beskidów), dwie burze, bieszczadzkie połoniny i to co zawsze: kryzysy, ulewy i błota! Zapraszam na wspólny spacer do czerwonej kropki w Wołosatem!

Przeczytaj też:

Główny Szlak Beskidzki w stylu mozolnym, część 1: Ustroń – Jaworzyna Krynicka

Zew mozołu, czyli jak przejść Główny Szlak Beskidzki bez wspomagania się kondycją


GSB dzień 13
Schronisko na Jaworzynie Krynickiej – Krynica Zdrój – Mochnaczka Niżna – Banica – Izby – Ropki –  Hańczowa (ok. 31 km)
Pozostało do przejścia: 222 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 55,69%

Dziś z mozołem pokonaliśmy połowę trasy GSB! 😁 Napisałabym, że teraz to już będzie z górki, ale to okrutne kłamstwo, bo co z tego, że będzie z górki, jak za chwilę znów będzie pod górę! A w ogóle to planowaliśmy dziś lajtowy dzień, a wyszło 31 km. Zarzekałam się, że prędzej zdechnę, niż dotrę do Hańczowej, a jednak tu jestem. Miło było odwiedzić Krynicę po kilku latach przerwy. Patrzyłam na kuracjuszy przechadzających się deptakiem i popijających wodę zdrojową i obiecywałam sobie, że kiedyś i ja będę spędzać wakacje w ten sposób. Póki co pozostało jeszcze ponad 200 km. GSB. Wkraczamy w Beskid Niski, który aż tak niski wcale nie jest. Tu nawet płaskie drogi wiodą delikatnie pod górę! Poza tym standardowo – błoto jest, ulewa także, pół dnia w mokrych butach zaliczone. Pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy!

To są właśnie te tajemnicze przypływy mocy. Jeszcze rano utrzymywałam, że nie ma szans, żebym przeszła 31 kilometrów do Hańczowej, bo upał, duchota i daleko, a ja przecież niezmiennie, od pierwszego niemalże dnia wędrówki umieram. A potem w Mochnaczce Niżnej spotkaliśmy miłego Pana w wieku dość zaawansowanym, który też przechodził GSB, tylko w drugą stronę. Szedł z Hańczowej właśnie na Jaworzynę, czyli tam, skąd my przyszliśmy. I jakoś nie wyglądał, jakby miał za chwilę umrzeć. No i powiedzcie mi – skoro on daje radę, to ja nie dam?! Teraz już musiałam dojść do Hańczowej, nie było wyjścia. Potem jeszcze dołożyłam z 1,5 kilometra do naszej kwatery, a następnie film mi się urwał, bo zasnęłam jak kamień. I jeszcze jedna, istotna kwestia. Nigdy nie wierzcie nikomu, kto będzie twierdził, że Beskid Niski jest niski i lajtowy. To najbardziej perfidny z Beskidów – niby takie zielone, sielskie nic, a jak postawi przed wami stromy pagór, to zostawicie tam płuca. I tu nie ma, że jest płasko, bo to tylko tak wygląda. Zawsze jest pod górę.

Nocleg: Hańczowa, agroturystyka Pod Grzybkiem, 40 zł/os.

Sklepy: Ponieważ utrzymuję, że na GSB po Krynicy kończy się cywilizacja, podaję gdzie są sklepy (te, co do których jestem pewna, bo robiliśmy w nich zakupy 😉 – Krynica, Mochnaczka Niżna, Banica (tu nie jestem pewna i chyba trzeba zejść trochę ze szlaku), Hańczowa.

 

 

GSB dzień 14
Hańczowa – Kozie Żebro – Rotunda – Zdynia (ok. 11,5 km)
Pozostało do przejścia: 211 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 57,88%

Wychodzi na to, że prawdziwy ból istnienia zaczyna się po 2 tygodniach wędrówki. Ze względu na moją, miejmy nadzieję drobną i chwilową niedyspozycję, a także z uwagi na latające nam nad głową deszcze i pomrukujące burze, dziś przeszliśmy jedynie nieco ponad 11 km. Rozbiliśmy się na campingu w środku niczego i powiem Wam, że nic nie smakuje tak dobrze jak naleśniki smażone na końcu świata. Miejmy nadzieję, że dzięki nim stanę na nogi, zwłaszcza na tę jedną, która nie bardzo chce już iść. Zostajemy tu także na jutro, żeby mój organizm przemyślał sprawę i się ogarnął. A, no i wnioskuję o zaprzestanie burz, bo ganianie się z nimi po beskidzkich pagórach wcale nie jest śmieszne. I jeszcze krótko zdementuję jedną kłamliwą plotkę. Beskid Niski wcale nie jest niski. Nie dajcie się oszukać.

Dzień pełen emocji. Zaczęło się od dość stromego podejścia na Kozie Żebro, ale to była jedynie niewinna igraszka w porównaniu ze stromym zejściem do Regietowa. Beskid Niski powoli odkrywał przed nami swoje prawdziwe oblicze. W Regietowie zajrzeliśmy oczywiście do bazy namiotowej SKPB Warszawa, gdzie spędziliśmy w sumie około półtorej godziny. Najpierw uziemiła nas ulewa, którą przyjęliśmy ze stoickim spokojem. Deszcz na GSB był dla nas naturalny do tego stopnia, że bez opadów szło się jakoś dziwnie. Sucho i w ogóle mozołu za mało! W oddali pomrukiwały burze, dlatego kategorycznie odmówiłam opuszczenia bazy namiotowej i czekaliśmy, aż sytuacja się wyklaruje. Kiedy burzowe zagrożenie oddaliło się nieco, pomknęliśmy chyżo na kolejny szczyt – Rotundę (pamiętajcie, że jak słyszę burzę, to idę dwa razy szybciej!). Na górze znajduje się bardzo ciekawy cmentarz wojenny z I wojny światowej. Niestety podczas zejścia do Zdyni mój organizm zaczął bardzo mocno protestować przeciw nieludzkiemu traktowaniu. Ciężko było iść, a na dodatek na niebie znów zbierały się chmury i wkrótce się rozpadało. Znaleźliśmy więc camping, na którym rozłożyliśmy namiot, zrobiliśmy zakupy, Marek usmażył naleśniki (zaznaczam to wyraźnie, ja nie przyłożyłam do tego ręki!) i zdecydowaliśmy, że zostajemy tu także na kolejną noc. Trzeba się zregenerować!

Nocleg: camping „Hyża” w Zdyni, 14 zł/os. w namiocie

Sklepy: Hańczowa, Zdynia

 

 

GSB dzień 15
Zdynia – regeneracja na campingu
Pozostało do przejścia: 211 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 57,88%

W ramach dnia regeneracji moja aktywność życiowa sprowadza się do snu i jedzenia. Nawet sklep był tak uprzejmy, że przyjechał do nas, żebyśmy nie musieli biec 3 km. po prowiant. Pierwszy raz w życiu robiłam zakupy w sklepie obwoźnym. 😁 Liczę, że moje mięśnie, kości, a nade wszystko stawy zrozumiały, że przed nimi jeszcze ponad 200 km. mozołu i to nie jest czas na strajk. Jutro ruszamy dalej. Zapewne będzie padało, pewnie przyjdzie nam uciekać przed burzami i z całą pewnością trzeba będzie brodzić w błocie, ale to już mi nie przeszkadza. Byle organizm podołał 😁😉

W trakcie całego GSB był jeden dzień, kiedy na poważnie zastanawiałam się, czy uda nam się dojść do Wołosatego. Mam niestety trochę problemów ze stawami, które postanowiły ujawnić się po dwóch tygodniach w drodze. Od tego momentu w moim mozole wspierała mnie farmakologia. Pamiętam, jak leżałam w namiocie, na zewnątrz tradycyjnie lało, a ja myślałam sobie, że tym razem jednak trochę przeszarżowałam. Na szczęście następnego dnia ból nieco ustąpił i mogłam iść dalej, choć nie było już tak fajnie, jak na początku.

 

 

GSB dzień 16
Zdynia – Krzywa – Wołowiec – Bacówka w Bartnem –  Ostrysz (25,5 km.)
Pozostało do przejścia: 185 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 63,07%

Idziemy dalej! Ten odcinek GSB przypominał raczej przeprawę przez bagna niż wędrówkę górskim szlakiem. Grunt, że ekipa w komplecie dotarła do celu. Kiedy tylko zakwaterowaliśmy się we wiacie pod Ostryszem i zdążyliśmy zagotować wodę na kolację, przyszła gigantyczna ulewa i wszystkie szlaki na nowo spłynęły potokami wody. Beskid Niski nas nie rozpieszcza.

Ze Zdyni idziemy przez pola, lasy i wioseczki aż do bacówki w Bartnem. Byliśmy przekonani, że w Bartnem znajdziemy sklep, a tu niespodzianka – sklep zlikwidowano. Posilamy się zupą w schronisku, a schroniskowy kot uparcie nie pozwala mi się pogłaskać. Przed nami jeden z najbardziej emocjonujących odcinków na całym szlaku – prawdziwe bagna, trzęsawiska, pokłady błota i woda nierzadko do kolan! Kluczymy między bajorami, wypatrujemy szlaku, ale też trochę z niego schodzimy, choć obejścia są niewiele lepsze niż główna ścieżka. Zdobywamy Magurę i wkraczamy na teren Magurskiego Parku Narodowego. Na Magurze znajduje się wiata, w której przenocować mogą wybitnie zmęczeni piechurzy. My idziemy dalej, mijamy Polanę Świerzowską z kolejną wiatą, a w trzeciej chatce z kolei – pod Ostryszem – rozbijamy obozowisko. Rozpaczam, że w okolicy nie ma żadnego strumyka, żebym mogła się umyć, a świat natychmiast reaguje i zsyła nam na głowy porządną ulewę. Obmywam się z grubsza w deszczówce i jest mi trochę lepiej, a potem siedzimy sobie w chatce obserwując padający deszcz. Wkrótce rozkładamy namiot pod dachem, rzucamy kilka głupich żartów na temat wilków i niedźwiedzi, które mogą odwiedzić nas w nocy, i udając spokój idziemy spać. Zasnęłam zadziwiająco szybko, ale w środku nocy oczywiście się obudziłam i przysięgam, że w chaszczach przy wiacie musiał czaić się jakiś potwór!

Nocleg: namiot rozbity we wiacie pod Ostryszem, 0 zł.

Sklepy: na tym odcinku brak, jest za to schronisko w Bartnem i źródełko wody za Magurą, a także pod Trzema Kopcami, ale trzeba nieco zboczyć ze szlaku.

 

GSB dzień 17
Ostrysz – Kolanin – Kąty – Łysa Góra –  Chyrowa (22 km.)
Pozostało do przejścia: 163 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 67,47%
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (4)

Jak nie ulewą, to obezwładniającym upałem. GSB mnie maltretuje! 😂 Dziś rozpłynęłam się na zielonych pagórkach Beskidu Niskiego. Podejścia w pełnym słońcu na Łysą Górę nie zapomnę długo. Wiedziałam, że zatęsknię jeszcze za zachmurzonym niebem i ożywczym deszczykiem. 😁 Magurski Park Narodowy już za nami. Minęliśmy także najniżej położone miejsce na całym szlaku – wieś Kąty. To chyba oznacza, że teraz może być tylko pod górę, choć wszyscy twierdzą, że teraz to już z górki. Przewrotny ten Beskid Niski. 2/3 trasy za nami!

Czwarty bezdeszczowy dzień na GSB, ale nie myślcie sobie, że było lekko. Tego dnia mocno tęskniłam za jakimikolwiek opadami, bo upał nie dawał żyć. Na dodatek Beskid Niski co chwila dostarczał nowych argumentów na korzyść tezy, że to najpodlejszy z Beskidów! Słyszeliście kiedyś o takiej górce jak Kolanin? Ja wcześniej też nie słyszałam, bo to po prostu takie zalesione nic. Teraz jestem już nieco mądrzejsza i wiem, że najgorsze, co można pomyśleć o górze, to to, że to takie zalesione nic. Zejście z Kolanina jest bardzo strome i wypada cieszyć się, że szliśmy tamtędy, kiedy było względnie sucho, bo w deszczu zjeżdżalibyśmy na tyłkach. Ledwo żywi, w duszącym upale dotarliśmy do cywilizacji, czyli sklepu w Kątach, gdzie urządziliśmy sobie prawdziwą ucztę – lody, cola, bułka z kiełbasą i pomidorem i nektarynki! No, uczta bogów, sami przyznacie! Po jakiejś godzinie popasu ruszyliśmy umierać dalej. W pełnym słońcu wgramoliliśmy się na Łysą Górę – jak sama nazwa wskazuje, idzie się raczej terenem odsłoniętym, dzięki czemu mamy możliwość zyskania udaru, ale z niej nie korzystamy. Przy zejściu do Chyrowej zaliczam efektowny upadek, wpadając w błoto, a w samej Chyrowej nawigacja googla źle nas kieruje i niepotrzebnie przemierzamy całą wieś w poszukiwaniu naszej kwatery. Przyjmujemy to ze stoickim spokojem. Jestem ugotowana, umordowana, ledwo żywa, ale prysznic przywraca mnie do życia.

Nocleg: Chyrowa, agroturystyka Wiola, 35 zł/os.

Sklep: Kąty

 

 

GSB dzień 18
Chyrowa – Pustelnia św. Jana – Cergowa – Lubatowa – Iwonicz Zdrój (21,5 km.)
Pozostało do przejścia: 142 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 71,66%

Kolejny dzień świstaka. Wstajemy rano i okazuje się, że znów trzeba lecieć na jakąś górę. Dziś mogło być przyjemnie – najpierw łagodne podejście do Pustelni św. Jana z Dukli, potem ostrzejsze wejście na Cergową i miły spacer do Iwonicza Zdroju. Oczywiście, że było całkiem inaczej. Koszmarny upał i duchota powitały nas na szlaku już z samego rana, a przed szczytem Cergowej dopadła nas burza. Ulewy, pioruny, a po wszystkim kolejne kilogramy błota i potoki na szlakach. Wybierając się na GSB naiwnie sądziłam, że czeka mnie po prostu chodzenie po górach. Teraz widzę, że to bardziej błotny survival! Po wyjściu z lasu do cywilizacji wyglądałam, jakbym wygrała walkę o życie. Tak zresztą się czuję. Jeszcze trochę ponad 140 km. Nie poddajemy się i idziemy dalej, choćby deszcze, burze, błoto i palące słońce miały inne zdanie na ten temat!

Burza pod Cergową była wyjątkowo perfidna – czaiła się na nas długo, przystanęliśmy na trochę przy Pustelni św. Jana, potem w okolicy przystanku autobusowego, aż w końcu ruszyliśmy w górę uznając, że jest względnie bezpiecznie. Pioruny tylko na to czekały. Każda burza przeżyta w górach jest dla mnie doświadczeniem niemalże traumatycznym. Z Cergowej spłynęliśmy do sklepu w Lubatowej, gdzie wypadało uczcić jakoś fakt, że nie ustrzelił nas żaden piorun. Zjedliśmy więc lody, chrupki, banany i nie pamiętam już nawet co jeszcze. Do samego Iwonicza – Zdroju dotarliśmy asfaltem i nie miałam już siły na zachwycanie się tym miłym miasteczkiem (niektórzy z nas mieli natomiast siłę smażyć naleśniki. I nie byłam to ja.). W ogóle w ostatnich dniach GSB sił wystarczało mi akurat na tyle, aby przetrwać, cała reszta była nieistotna.

Nocleg: Iwonicz – Zdrój, pokój za 40 zł/os., ale gdzie? Nie pamiętam.

Sklep: Lubatowa, Iwonicz – Zdrój

 

 

GSB dzień 19
Iwonicz Zdrój – Rymanów Zdrój – baza namiotowa SKPB Rzeszów –  Puławy Górne (18,5 km.)
Pozostało do przejścia: 123 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 75,45%
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (5)

Moje dzisiejsze samopoczucie można opisać krótko: nienawidzę gór. Pagórków też. 3/4 trasy za nami i zaczynam powoli myśleć tylko o tym, żeby to się już skończyło 😂 Najlepiej byłoby trzasnąć cztery razy po 30 km. i byłoby po wszystkim, ale wiem, że mój organizm by mi tego nie wybaczył. Jutro planujemy dotrzeć do Komańczy i wbić się w Bieszczady. Tam albo zginę albo doczłapię do końca w glorii mozołu! 😁

To miał być właściwie dzień odpoczynku, bo cóż to jest – 18 kilometrów z hakiem. Dziś już wiem, że najlepszą receptą na zwiększenie poziomu mozołu jest wstanie rano z przeświadczeniem, że będzie lekko, miło i przyjemnie. Bardzo nie polecam, każdy pagór wydaje się wtedy dwa razy wyższy niż w rzeczywistości. Obiektywnie patrząc trasa nie była trudna – z Iwonicza do Rymanowa wiedzie dość przyjemna droga, a sam Rymanów wydaje się bardzo miłym uzdrowiskiem. Obiecałam sobie, że przyjadę tu kiedyś na normalne wakacje. Wszystko, co najgorsze zaczęło się za Rymanowem – upał powrócił, a szlak prowadził odkrytymi polami. Sunęłam więc na wpół ugotowana przez wysokie trawy, atakowana wściekle przez wszystkie możliwe insekty. Byłam zła, umordowana, mozół sięgnął zenitu, podobnie jak moja nienawiść do gór. Bazę namiotową ominęliśmy, bo nie miałam nastroju na ewentualne rozmowy z ludźmi. Chętnie za to zadawałam sobie w myślach pytania czemu tak się katuję, czemu ma służyć cały ten mozół i w ogóle co tu robię? Do dziś nie wiem. Kilka ostatnich kilometrów aż do Puław Górnych wiedzie asfaltem, który pokonałam mechanicznie, myśląc jedynie o prysznicu i łóżku, a także o tym, że w sumie niewiele już zostało do Wołosatego. No i że te Puławy to straszny koniec świata. Może i urokliwy, ale jednak koniec świata.

Nocleg: Puławy Górne, agroturystyka Krokus, 35 zł/os.

Sklep: Iwonicz – Zdrój, Rymanów – Zdrój

 

 

GSB dzień 20
Puławy Górne – Tokarnia – chatka w Przybyszowie – Komańcza (27 km.)
Pozostało do przejścia: 96 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 80,84%
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (6)

Gdyby kilka tygodni temu ktoś mi powiedział: ej, przejdź 96 km. po górach, popatrzyłabym na niego jak na wariata i poszła w drugą stronę. Teraz pozostało nam 96 km. do końca GSB i czuję, że to w sumie już rzut beretem! Świat się nad nami zlitował – dziś nie było ani upału, ani ulewy, jedynie nasza wierna towarzyszka mgła. 27 km. pokonaliśmy w sumie dość bezboleśnie, głównie lasami, po tradycyjnie błotnych ścieżkach. Jutro chcemy pocisnąć do Cisnej. Trzymajcie kciuki!

Tego dnia było naprawdę miło, a to w dużej mierze za sprawą pogody – upały odpuściły, deszcze się opamiętały i można było w spokoju robić swoje. Czyli – iść przez las, podziwiać widoki takie jak dzień wcześniej, i dwa dni wcześniej, i trzy dni wcześniej w sumie też. Ten odcinek GSB nie zalicza się do spektakularnych, ale prowadzi przez miejsce wyjątkowe – chatę w Przybyszowie. To klimatyczny, drewniany domek położony w zielonej dziczy, gdzie przemiły gospodarz zaprosił nas do środka, poczęstował herbatą i kazał czuć się jak u siebie w domu 🙂 Pięknie, że istnieją jeszcze takie miejsca. Tak się składa, że chatka jest właśnie rozbudowywana i można dorzucić swoją skromną (lub nie!) cegiełkę (link do zbiórki: https://odpalprojekt.pl/p/rozbuduj-z-nami-chate). Tego dnia mieliśmy szczęście do wyjątkowych miejsc, bo w Komańczy udało nam się znaleźć nocleg w pensjonacie Gwiazda Komańczy – gorąco polecam! Wiecie, zazwyczaj jest mi absolutnie wszystko jedno gdzie śpię, byle było jakieś łóżko i prysznic, ale Gwiazda Komańczy szczerze mnie zachwyciła – wystrój, klimat – widać, że to miejsce tworzone przez Człowieka Gór 🙂 No i nie bez znaczenia był fakt, że w całej Komańczy nie było już chyba żadnego innego miejsca noclegowego. Właśnie szliśmy do schroniska, żeby spać na glebie, wstąpiliśmy jeszcze po drodze do Gwiazdy, żeby zapytać bez większych nadziei, czy może nie znalazłoby się jakieś łóżko. Okazało się, że ktoś nie przyjechał mimo rezerwacji i dostaliśmy w prezencie od losu nocleg w miłym pokoju. Tak więc w skrócie – chata w Przybyszowie i Gwiazda Komańczy wygrały ten etap GSB!

Nocleg: Gwiazda Komańczy, 40 zł/os.

Sklepy: Komańcza

 

 

GSB dzień 21
Komańcza – Prełuki – Duszatyn – jeziora Duszatyńskie – Chryszczata – Wołosań – Cisna (32 km.)
Pozostało do przejścia: 64 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 87,23%

Dziękujemy bardzo za wszystkie życzenia dotyczące dobrej pogody. To miłe, aczkolwiek zupełnie nieskuteczne. Mogłabym dziś zachwycać się bieszczadzkimi lasami, Jeziorkami Duszatyńskimi i urokliwą Cisną, ale jedyne, co pozostanie w mojej pamięci, to koszmarna burza, która dopadła nas pod Wołosaniem. Czekaliśmy w lesie skuleni pod karimatą ponad pół godziny, aż pioruny się wystrzelają i niebo przestanie padać nam na głowy. Potem nastąpiła standardowa sekwencja zdarzeń – szlaki, które zamieniają się w potoki, totalne przemoczenie, mozół w mokrych butach i błoto w ilościach niewyobrażalnych. Znoszę to wszystko względnie spokojnie (no, za wyjątkiem sytuacji kiedy pioruny walą zaraz obok mnie) tylko dlatego, bo wiem, że pozostało nam nieco ponad 60 km. do końca tego koszmar… eee… to znaczy do końca tej pięknej przygody. Jutro idziemy dalej, choćby świat przygotował dla nas trąbę powietrzną z gradobiciem i tsunami.

No, ale pomijając tę traumatyczną burzę, to był całkiem miły dzień. Może jedynie ciągłe chodzenie lasami jest jednak trochę nużące, ale kto by się przejmował takimi szczegółami, kiedy Wołosate już blisko! A wizytę nad jeziorkami Duszatyńskimi i w rezerwacie Zwiezło szczerze polecam. W 1907 r. na zboczach Chryszczatej doszło do osunięcia, w wyniku którego powstały jeziorka (były trzy, dziś są dwa). No i bacówka pod Honem wydaje się super miłym miejscem, do którego dopłynęliśmy w mokrych butach i w ogóle w mokrym wszystkim. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie zostać tam na noc, ale w końcu spłynęliśmy do Cisnej, która wydała mi się bez porównania bardziej przyjazna dla turystów od Komańczy. Wieczorem zajęliśmy się naszymi tradycyjnymi rozrywkami, takimi jak suszenie butów i pranie śmierdzących skarpet. Ja zaklinałam także pogodę, tak aby żadna burza nie napotkała mnie już na swojej drodze.

Nocleg: Cisna, noclegi u Elżbiety, 35 zł./os.

Sklep: Komańcza, Cisna, w Duszatynie jest bar

 

 

GSB dzień 22
Cisna – Jasło – Fereczata – Smerek (16,5 km.)
Pozostało do przejścia: 48 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 90,42 %
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (7)

Z rozmów na szlaku:
– Długo będziesz chciała tu odpoczywać?
– Nie. Chcę skończyć ten koszmar najszybciej jak się da.
Tak właśnie przedstawia się obecnie mój stan ducha. Nie umiem już cieszyć się Bieszczadami, urokliwe potoki nie zachwycają a rozległe panoramy nie robią wrażenia. Interesuje mnie tylko to, ile jest przewyższenia na następny szczyt, ile kilometrów do kolejnej wsi, kiedy słońce schowa się za chmurą i czy uda się uciec przed burzą. Końcówka GSB to apogeum mozołu, nie ma tu już miejsca na radość z wędrówki. Niech was nie zmylą uśmiechy ze zdjęć, nie od dziś wiadomo, że fejsbuki kłamią! Jutro chcemy przedreptać obie połoniny. To prawie 1500 m. podejścia i tyle samo zejścia. Brzmi jak masakra i zapewne będzie to masakra, ale najważniejsze, że przybliża nas do celu. Za 2 dni powinno być po wszystkim. A potem zastanowię się dziesięć razy zanim znów wymyślę, że fajnie byłoby przejść 500 km.po górach.

Hmm… Wygląda na to, że naprawdę nie było mi tam lekko. A dziś czytam swoją relację ze śmiechem 🙂 To był akurat dość widowiskowy fragment – wyszliśmy w końcu z lasu, pojawiły się rozległe panoramy z połoninami Caryńską i Wetlińską na horyzoncie. Jedynie ostre wejście na Jasło pozbawiło tchu. Zwłaszcza, jeśli jest milion stopni i duszno jak w saunie. W samym Smerku (Smereku?) nie udało nam się znaleźć noclegu, dlatego podreptaliśmy do pobliskiej (to ironia, po 450 km. nic już nie jest pobliskie) Kalnicy. Polecam mocno nocleg u Oli – zdecydowanie bieszczadzki klimat, i to za całe 20 zł od osoby! 🙂

Nocleg: noclegi u Oli, 20 zł./os., Kalnica

Sklep: Cisna, Smerek, Kalnica (choć to już nie przy szlaku)

 

 

GSB dzień 23
Smerek – Połonina Wetlińska – Brzegi Górne – Połonina Caryńska – Ustrzyki Górne (25 km.)
Pozostało do przejścia: 23 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 95,41 %
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (8)

Zarówno kryzysy, jak i przypływy mocy w górach przychodzą znienacka. Mam to szczęście, że dziś miałam niewytłumaczalny przypływ mocy. Szłam na te połoniny jak na ścięcie, pewna że upraży mnie tam słońce i w ogóle zginę. Świadomość, że czeka mnie 1500 metrów podejścia nie pomagała, zwłaszcza, że wczoraj wieczorem ledwo już chodziłam – dziś z rana zresztą podobnie. Biesy i Czady widocznie jednak nade mną czuwają. Wejście na Smerek okazało się dużo mniej strome niż sądziłam, do tego stopnia, że na sam szczyt wbiegłam – a wierzcie mi, to się nie zdarza nigdy. Na połoninie Wetlińskiej wysmagał mnie cudowny wiaterek i nawet strome zejście do Brzegów Górnych i wejście na kolejną połoninę, Caryńską, nie pozbawiły mnie entuzjazmu. Trudno mi to wyjaśnić. Sądziłam, że będę tu walczyć o życie, tymczasem był to jeden z przyjemniejszych dni na GSB. Aż żal kończyć (ŻART! TO JEST ŻART). Jutro ostatni etap mozołu, 23 km. do Wołosatego. Choćby i na czworaka, ale dojdę! Ach, no i całkiem całkiem te Bieszczady, jeśli akurat nie grzmi ani nie pada

Po prawie 10 latach przerwy wróciłam w Bieszczady i stwierdzam, że warto tu wracać. Strasznie fajne te połoniny, choć mają jedną wadę – walą tu dzikie tłumy! Mam wrażenie, że tego dnia spotkaliśmy na szlaku więcej osób, niż przez cały GSB! Zatęskniłam trochę za pustymi lasami Beskidu Niskiego, gdzie każdy napotkany człowiek stanowił atrakcję. Bardzo miło wspominam przedostatni dzień wędrowania, bo nie dość, że szło mi się naprawdę niespodziewanie dobrze, to miałam też świadomość, że to już prawie koniec! Jutro po raz ostatni wstanę rano, zarzucę na plecy plecak (lekki, bo część rzeczy zostawiliśmy w Ustrzykach, w których spędziliśmy 3 noce) i ruszę pod górę, żeby dokończyć to, co zaczęłam 24 dni temu w Ustroniu!

Nocleg: Ustrzyki Górne, u pani Marii, która nie ogłasza się w internecie, ale dostaliśmy na nią namiar dzwoniąc wszędzie gdzie się da, 40 zł/os.

Sklep: Smerek, Ustrzyki Górne, w Brzegach Górnych także uda się kupić jakieś drobne przekąski i napoje.

 

 

GSB dzień 24
Ustrzyki Górne – Szeroki Wierch – Halicz – Rozsypaniec – WOŁOSATE (23 km.)
Pozostało do przejścia: 0 km.
Procent zrealizowanego mozołu: 100 %
⚠ DZIEŃ BEZ DESZCZU (9)

Wiele z tego dnia nie pamiętam, no może poza ostentacyjnym niewejściem na Tarnicę, która nie leży przecież na czerwonym szlaku, tylko dziesięć minut obok, przy szlaku żółtym. Zerknęliśmy na nią kątem oka i poszliśmy w swoją stronę, w stronę Wołosatego, w stronę końca GSB! Potem mieliśmy jeszcze dość nietypowy problem – otóż nie mogliśmy znaleźć drogowskazu z drugą czerwoną kropką (pierwsza była w Ustroniu), a przecież bez zdjęcia z kropką z Wołosatego przejście GSB się nie liczy! Myślicie, że kiedy padłam na trawie po zakończonym mozole poczułam radość albo satysfakcję? Nic z tych rzeczy! Czułam jedynie ULGĘ. Że to już koniec, że jutro nie muszę nigdzie iść, że będę mogła dłużej pospać, że wreszcie odpocznę. Jakaś tam satysfakcja to się teraz nieśmiało pojawia, a wraz z nią dziwne myśli, że może jednak moje kategoryczne „nigdy więcej” wygłaszane przez znaczną część trasy było trochę na wyrost…? 😉


24 dni pełnych mozołu. Ponad 500 kilometrów po górach i około 21 kilometrów przewyższeń. Deszcze niespokojne, słońce bezlitosne, błoto zawsze obecne! Pot lejący się z czoła, w gruncie rzeczy – lejący się zewsząd! Bolące nogi, piekące ramiona. Zawsze za ciężkie plecaki. Mokre buty i śmierdzące skarpety. Zniechęcenie, znielubienie. Złe strome podejścia i równie złe strome zejścia. W ogóle zły świat, złe góry i wszystko na nie!

Ale także cudowny smak herbatki na szlaku. Kiełbasa z pomidorem jedzona na przystanku w środku niczego. Euforia na widok schroniska na horyzoncie. Prysznic po całym dniu wędrówki. Radość z każdego kolejnego etapu. Bułeczka drożdżowa ze schroniska na Rysiance. Cisza, spokój i zieleń. Bycie w drodze.

Po raz kolejny przekonuję się, że robienie rzeczy, o których kiedyś się myślało, że się ich nigdy nie zrobi, to najfajniejsze zajęcie pod słońcem!

Dodaj komentarz