Zew mozołu, czyli jak przejść Główny Szlak Beskidzki bez wspomagania się kondycją

Jeśli któregoś dnia na ulicy zaczepi Was człowiek i rzuci: ej, chodź ze mną na Główny Szlak Beskidzki, będzie fajnie! – nie wierzcie mu. Jeśli natomiast powie: będzie mozół, będzie ciężko, będziesz umierał – idźcie z nim, gość wie, co mówi! Zapraszam na szlak, na którym można upodlić się jak mało gdzie! O tym, jak przygotowywałam się do tego szacownego mozołu, ile razy dziennie umierałam, o kryzysach i przypływach mocy, szczytach przynoszących chwałę i tych budujących charakter przeczytacie poniżej!

Główny Szlak Beskidzki to ponad 500-kilometrowy szlak poprowadzony przez większość pasm Beskidów, z jednym końcem w Ustroniu, a drugim w Wołosatem. Szlak został wyznakowany z inicjatywy Kazimierza Sosnowskiego w latach 20. i 30. ubiegłego wieku i dziś nosi jego imię. Na trasie pokonuje się około 21 kilometrów przewyższeń. Przechodzimy przez Beskid Śląski, gdzie wspinamy się na drugi najwyższy szczyt tego pasma – Baranią Górę. Następnie wkraczamy w piękny Beskid Żywiecki z sielskimi halami i Królową Beskidów – Babią Górą. Potem czekają na nas zielone Gorce z Turbaczem, Beskid Sądecki z efektownymi panoramami i najwyższą Radziejową, aż w końcu docieramy do Beskidu Niskiego, który tylko udaje, że jest niski. Bieszczadzkie lasy i połoniny wyznaczają koniec naszej wędrówki, no chyba, że chcemy wrócić piechotą… Szlak można oczywiście przejść także od drugiej strony, z Wołosatego do Ustronia.

1. Beskid Śląski
Mgły Beskidu Śląskiego
2. Gorce
Gorce z widokiem na Pieniny
3. Krościenko
Krościenko
4. Beskid Niski
Beskid Niski
5. Bieszczady
Bieszczadzkie połoniny
 Przygotowania, sprzęt i logistyka

Pewnie nie ma się czym chwalić, ale tych przygotowań wiele nie było. GSB chciałam przejść „od zawsze”, a decyzja, że robimy to w lipcu 2018 r. zapadła w okolicach października/listopada 2017 r. Ponad pół roku to sporo czasu, żeby systematycznie i z głową pracować nad swoją kondycją. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca. No dobrze, zdarzyło mi się chodzić na siłownię i biegać, ale niespecjalnie regularnie i nigdy nie więcej niż 5 kilometrów, co i tak uważam za znaczący wyczyn. Nad swoją kondycją pracowałam także wszędzie tam, gdzie akurat mieszkałam lub podróżowałam: w belgijskich Ardenach i w Beneluksie (m.in. zimowe zdobycie Korony Beneluksu, cóż to był za mozół!), na Sycylii (Etna, Monte Cofano, Pizzo Carbonara), w Kazachstanie, na Malcie i w naszych polskich Sudetach. Zdarzyło mi się także z mozołem wchodzić na 15 piętro w bloku moich rodziców.

Kondycja.jpeg
Kondycja, jaka jest, każdy widzi.

Czy czułam się dobrze przygotowana kondycyjnie na GSB? Oczywiście, że nie. Jak dotąd mój najdłuższy trekking z plecakiem w wersji „od schroniska do schroniska” trwał 5 dni. 500 kilometrów to jednak dość spory przeskok, prawda? Zawsze myślałam, że na swój pierwszy „długodystansowy” szlak wyruszę po solidnych, przemyślanych i regularnych treningach. Cóż, było nieco inaczej. Jestem więc żywym dowodem na to, że da się przejść GSB bez wspomagania się kondycją!

Holowanie
Zgrany zespół to podstawa! Kiedy opadasz z sił, warto mieć kogoś, to będzie cię holował.

Jeśli chodzi o przygotowania organizacyjne – sprowadziły się one w dużej mierze do zakupu przewodnika „Główny Szlak Beskidzki” firmy Compass, który bardzo Wam polecam. Znajdziecie tu wszystkie potrzebne mapy, opisy szlaków i miejscowości, oznaczenia czasów, kilometrów, sumę przewyższeń, a wierzcie mi, że po kilkunastu dniach wędrówki każdy dzień zaczyna się od pytania „ile będzie przewyższenia?”. Prześledziłam sobie wcześniej całą trasę na mapie, ale planowanie 500 – kilometrowej wędrówki wydało mi się bez sensu. Żyliśmy więc z dnia na dzień – planowaliśmy każdy kolejny dzień po zakończeniu poprzedniego. Nie rezerwowaliśmy z góry żadnych noclegów (w razie czego mieliśmy też namiot), spaliśmy w schroniskach, agroturystykach i trochę w namiocie.

obiad
Obiadek na campingu w Zdyni w Beskidzie Niskim. W tle nasz namiot.
przewodnik
Czytam przewodnik i nic mi się tu nie zgadza! Usiądę i tak będą siedzieć!
wiata
Jedną noc spędziliśmy we wiacie w Beskidzie Niskim

Czytałam wcześniej dobre rady odnośnie GSB. W większości z nich można było znaleźć coś o lekkim plecaku.  Dopiero po przejściu 500 kilometrów w pełni zrozumiałam, o co chodzi. Plecak musi być lekki, bo chodzenie z dużo za ciężkim plecakiem to zło (pamiętajmy, że plecak jest ZAWSZE za ciężki. Dopiero gdy jest DUŻO za ciężki, robi się nieciekawie). My ambitnie zabraliśmy ze sobą namiot, planując w nim przynajmniej połowę noclegów. Spaliśmy w nim łącznie 5 razy. Przez pierwszą część wędrówki ciągle lało, co powodowało, że zwłaszcza mnie ciągnęło pod dach, a w drugiej części byłam już skupiona na umieraniu, a najlepiej umierać w wygodnym łóżku, a nie w namiocie, prawda? Gdybym miała dać wam jedną dobrą radę, brzmiałaby ona: nie bierzcie namiotu. Baza noclegowa na szlaku jest naprawdę nieźle rozwinięta (no, może w Beskidzie Niskim i Bieszczadach jest nieco gorzej, ale przy wcześniejszym zaplanowaniu trasy i noclegu nie powinno być problemów), a namiot swoje waży. Mieliśmy też kuchenkę turystyczną, która ważyła zdecydowanie zbyt wiele. Na szlaku nie ma problemów z zaopatrywaniem się w jedzenie, choć znów podkreślam – trzeba wcześniej spojrzeć na mapę i sprawdzić, gdzie będzie najbliższy sklep lub schronisko, bo bywa, że przez cały dzień wędrujemy z dala od cywilizacji (to znów Beskid Niski i Bieszczady). W skrócie – cywilizacja kończy się za Krynicą – Zdrój… 😉 Na szlaku sporo gotowaliśmy sobie sami, używając kuchenki lub korzystając z dostępu do kuchni na kwaterach. Rzadko żywiliśmy się w schroniskach (ach te schroniskowe ceny!).

obiad Markowe Szczawiny
Obiad w wersji na bogato – schronisko Markowe Szczawiny. Trzeba mieć siłę, żeby wejść na Babią Górę!
Przegryzka
Bywa i tak. Przegryzka pod sklepem. Kiełbasa, bułka i pomidor z ciepłą herbatą. Klasyk.
gotowanie
Będzie kuskus z sosem 🙂
maliny
Malinki! Przy szlakach rosły kilogramy malin, jagód i jeżyn.

Pokonanie trasy od jednej czerwonej kropki do drugiej trwa średnio około 3 tygodni (mam na myśli „normalnych” ludzi, nie takich, co biegają maratony po górach). Oczywiście, można przejść GSB i w 14 dni, ale jeśli chcemy zrobić to „na spokojnie”, lepiej chyba przyjąć, że potrzebne nam są 3 tygodnie.

Nam przejście GSB zajęło 24 dni. Mieliśmy to szczęście, że nie gonił nas czas, urlopy itd. (chwilowo obydwoje jesteśmy bezrobotni i bardzo sobie chwalimy ten stan!). Rozpoczęliśmy w Ustroniu 12 lipca, skończyliśmy w Wołosatem 4 sierpnia. Mieliśmy 2 dni odpoczynku, kiedy w ogóle nie szliśmy. Szczegóły naszej wędrówki dzień po dniu przedstawię w następnych wpisach. Poza domem spędziliśmy w sumie 28 dni. Do Ustronia przyjechaliśmy 2 dni wcześniej, aby mieć czas na psychiczne przygotowanie się do tego, co nas czeka. Zostaliśmy także 2 dni dłużej w Bieszczadach, aby zregenerować się tym razem fizycznie, a także odwiedzić moją koleżankę, która pracuje w bacówce pod Małą Rawką. Te 28 dni kosztowały nas prawie 2000 zł na głowę, wliczając w to wszystkie koszty – dojazdu i powrotu, zakwaterowania i wyżywienia.

początek
Początek… (Ustroń)
koniec
…i koniec! (Wołosate)

Nie mogłabym też nie wspomnieć o pogodzie, która momentami nas masakrowała. W skrócie – pierwsza połowa mozołu to ciągłe deszcze, druga połowa – okrutne upały. Nie wiem, co gorsze. Wiem natomiast, że nigdy nie chodziłam po górach w takim błocie. Rwące potoki zamiast szlaków, bagna po kolana (okolice bacówki w Bartnem!), mokre buty i ubrania, a następnie obezwładniająca duchota i palące słońce. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy decydujecie się na przejście GSB! 🙂

błoto 2
Błoto w Gorcach
błoto
Okolice bacówki w Bartnem (Beskid Niski)

 

I jakie wnioski?

Przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego to zdecydowanie najbardziej mozolne przedsięwzięcie, jakiego kiedykolwiek się podjęłam. Wierzcie mi, po dojściu do Wołosatego nie czułam żadnej euforii ani satysfakcji. Dominującym uczuciem była ULGA i radość, że to już koniec i nie trzeba iść dalej. Czego dowiedziałam się o sobie (i nie tylko o sobie) po przejściu 500 kilometrów po górach (poza faktem, że jestem do czegoś takiego zdolna, co wcale nie było takie oczywiste)?

mus mały Dłuższe łażenie po górach jest dla mnie nużące! Pierwszy tydzień jest fajny – ekscytacja, piękne widoki, mam siłę i energię na wszystko. W drugim tygodniu nie wzdycham już nad każdą panoramą. Wkrótce wędrówka zamienia się w dzień świstaka – rano wstać, ogarnąć się, iść na górę, zejść z góry i tak kilka razy w ciągu dnia, znaleźć nocleg, umyć się, iść spać. Wierzcie mi, w trzecim tygodniu wędrówki próżno było szukać u mnie entuzjazmu. Robiłam to, co trzeba było zrobić, żeby osiągnąć cel.

mus mały Choć umierałam przynajmniej kilka razy każdego dnia i ochoczo oznajmiałam światu (a raczej Markowi), że mój koniec jest bliski, to jednak nie umarłam. Wniosek: wcale nie tak łatwo jest umrzeć w Beskidach, a moje granice są dużo dalej, niż mi się wydaje. Nie wiem gdzie i nie wiem, czy chcę się dowiadywać (bo na pewno trzeba by długo iść…).

trasa
I tak przez 3 tygodnie! 🙂

mus mały Jak fajnie się idzie, dopóki nic cię nie boli! Zmęczenie to nie ból, zmęczenie jest w porządku. Ból już nie.

mus mały Są szczyty, które przynoszą chwałę i szczyty, które budują charakter. Myślicie, że najtrudniej było wdrapać się na najwyższe pagóry, takie jak Babia Góra, Turbacz czy Radziejowa? Oczywiście, że nie. Najgorsze były wszystkie te bezimienne górki, skryte gdzieś po lasach, na które wdrapujesz się, by za chwilę z nich zejść i o wszystkim zapomnieć, ale co się nasapiesz przy podchodzeniu, to twoje. I nie zrobisz sobie triumfalnego selfie zdobywcy, i nie wrzucisz na fejsa, bo nawet nie pamiętasz już jak ta góra się nazywa! To w takich miejscach umierałam ze szczególnym upodobaniem.

Hala Miziowa
Na Hali Miziowej. Tu akurat było miło, przyjemnie i bez znaczących mozołów.

mus mały Nie ma znaczenia z kim i w jakie góry idę, to zawsze ja wybrudzę się najbardziej – do tego stopnia, że wyglądam, jakbym walczyła w tych górach o życie.

mus mały Kryzysy i przypływy mocy w górach przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach. Kilkukrotnie zdarzało mi się, że przeglądałam w przewodniku trasę na następny dzień – widziałam strome podejścia, długie dystanse, a na dodatek zapowiadali złą pogodę i najchętniej zostałabym w łóżku/namiocie i nigdzie nie wychodziła. Tymczasem nazajutrz szło mi się świetnie i względnie bezboleśnie. To działa niestety także w drugą stronę – myślisz sobie, że przed tobą lajtowy odcinek, bo płasko, łagodnie i w ogóle powinien być niedzielny spacerek, a tu wszystko nie tak i droga nie chce się skończyć. Czemu tak się dzieje? Nie mam pojęcia.

deszcz
Deszcze obchodziły się z nami mało empatycznie. Sądzę, że bardziej adekwatną nazwą dla szlaku byłby Główny Szlak Błotny.

mus mały Nie umiem też powiedzieć, który odcinek GSB jest najtrudniejszy. Najtrudniej jest tam, gdzie idzie się najgorzej, a to zależy od miliona czynników – pogody, samopoczucia danego dnia, zmęczenia. Na szlaku nie spotkamy żadnych specjalnych obiektywnych trudności – to nie Tatry, w których rzeczywiście można debatować, czy trudniej jest zdobyć Świnicę czy Kościelec. Ja pamiętam nużące przejścia przez lasy w Beskidzie Niskim i Bieszczadach, pamiętam wejście na Łysą Górę w palącym słońcu, potworną duchotę po wyjściu z Krościenka w kierunku Rytra, końcówkę Bieszczadów, gdzie bolało mnie wszystko od pasa w dół i ostre wejście na Jasło. Ale wolałabym wejść raz jeszcze na to przeklęte Jasło będąc w dobrej formie i w dobrej pogodzie, niż iść z bólem w deszczu albo palącym słońcu po łagodnym terenie. Myślę więc, że na GSB da każdego inny fragment będzie tym najtrudniejszym.

mus mały Można przejść GSB bez wspomagania się kondycją.

mus mały „Nigdy więcej” rzadko kiedy naprawdę oznacza „nigdy więcej”. Zazwyczaj należy to tłumaczyć jako „nie w tej chwili, ale pewnie za jakiś czas już tak”. Z jakąż zaciętością utrzymywałam, że nigdy więcej nie wybiorę się na 500 – kilometrowy szlak! Dziś, tydzień po zakończonym mozole, zaczynam czuć, że może mi się jeszcze kiedyś w życiu przytrafić coś podobnego…

Beskid Śląski
Magurka Radziechowska w Beskidzie Śląskim
Komańcza
Zejście do Komańczy

W kolejnych wpisach przedstawię relację z GSB „dzień po dniu”. Gdzie spaliśmy, gdzie jedliśmy, gdzie umieraliśmy – zapraszam do śledzenia Musu Mozołu! 🙂

Dodaj komentarz