Maroko: witaj Afryko, czyli spacer po Rabacie

rabat-1-dzien

Moje pierwsze kroki na afrykańskim kontynencie stawiałam właśnie w Rabacie. To tutaj po raz pierwszy zgubiłam się w zatłoczonych uliczkach medyny i podziwiałam błękitne zaułki kasby. Tu zjadłam mój pierwszy marokański tadżin zdobywając szlify w trudnej sztuce negocjacji ze wszystkimi o wszystko. Tutaj też, pierwszego dnia pobytu w Maroku, zrozumiałam, że to nie będzie łatwy wyjazd. Dlaczego? Czytajcie dalej.


Do Maroka wybrałam się z koleżanką w marcu 2017 roku. Spędziłyśmy tam w sumie tydzień i odwiedziłyśmy kolejno: Rabat, Marrakesz, Essaouirę, a następnie ruszyłyśmy na zorganizowaną, trzydniową wycieczkę do Merzougi, gdzie jeździłyśmy na wielbłądach i spałyśmy na pustyni.


Rabat to stolica Maroka, w której mieszka ok. 630 tys. mieszkańców. Początki osadnictwa na tych terenach datuje się na V stulecie p.n.e., kiedy dotarli tu żeglarze feniccy, a następnie kartagińscy. Przybyli później Rzymianie utworzyli tu miasto Sala Colonia. Rozkwit miasta przypadł na czasy panowania sułtana Jakuba al-Mansura, który planował wzniesienie w Rabacie jednego z największych meczetów na świecie (dziś pozostał po nim jedynie niedokończony minaret – wieża Hasana oraz rozległy plac). Przedsiębiorczy mieszkańcy Rabatu dorabiali sobie także trudniąc się piractwem. W 1627 roku utworzono tutaj quasi-państwo – republikę piracką. Korsarze z Rabatu i Salé zostali nawet opisani przez Daniela Defoe w książce Przypadki Robinsona Cruzoe. Najnowsza historia Rabatu to utworzenie francuskiego protektoratu nad Marokiem w 1912 roku oraz odzyskanie niepodległości przez Maroko w 1956 roku.

CO ZAPAMIĘTAM Z RABATU I DLACZEGO NIE BYŁO ŁATWO?

1. Medyna, czyli stara dzielnica Rabatu (i innych arabskich miast)

Jeśli przypadkiem pamiętacie warszawski Stadion Dziesięciolecia z lat dziewięćdziesiątych, to medyna to właśnie takie coś, tylko dwadzieścia razy bardziej. Jest to wielki bazar (suk), na którym kupić możecie wszystko, a sprzedawcy z pewnością dopilnują, żebyście przypadkiem nie wyszli z medyny z pustymi rękoma. Medyna w Rabacie ma kształt prostokąta o długości ponad kilometra i szerokości ok. pół kilometra. Do środka można dostać się przechodząc przez wielkie bramy miejskie.

W przewodniku wyczytałam, że medyna w Rabacie jest dużo spokojniejsza i czystsza niż medyny w innych miastach arabskich. Niemożliwe – pomyślałam, ale wtedy nie znałam jeszcze medyny w Marrakeszu, która jest przedsionkiem piekła. Tak więc nawet jeśli będą was nagabywać (a będą), skutery, rowery i inne pojazdy będą śmigać slalomem pomiędzy tłumem ludzi (a będą na pewno), a głowa będzie wam pękać od hałasu (a zapewne będzie), to pomyślcie sobie, że to tak naprawdę nic. Jedźcie do medyny w Marrakeszu, a zatęsknicie za Rabatem.

brama-miejska
Brama miejska Bab al-Had – wejście do medyny
babusze
Babusze – tradycyjne pantofle marokańskie
w-medynie-2
W medynie
w-medynie
Kolorowe dywany. W medynie kupisz wszystko!

rabat-sale

2. Pewnie nawet o tym nie wiesz, ale potrzebujesz przewodnika!

Z jakiegoś powodu Marokańczycy uznają, że turyści nie są zdolni do samodzielnego zwiedzania miasta (w naszym przypadku kasby, czyli fortecy wzniesionej na klifie). Zaczyna się niewinnie – kilka słów zagajenia, potem informacja, że kasba wkrótce zostanie zamknięta ze względu na czas modlitwy, więc lepiej się pospieszyć. Jeśli nie daj Boże zapytasz o drogę, jesteś stracony. Nim zdążysz się zorientować, okazuje się, że miły Marokańczyk oprowadza cię po kasbie, a potem oczywiście chce zapłaty za swą ciężką pracę.

Nasz samozwańczy przewodnik (którego nazwałyśmy Mojżeszem, bo wydawało nam się, że tak się przedstawił, choć to raczej mało prawdopodobne) został przez nas odprawiony po krótkim spacerze (czytaj: przyczepił się do nas i nie chciał sobie pójść). Zapłaciłyśmy mu symbolicznie, ale chyba nie był zadowolony. Główna korzyść ze wspólnego zwiedzania była taka, że zrobił nam to oto zdjęcie. To była pierwsza lekcja asertywności (oblana!), która w Maroku jest niezbędna do przetrwania.

zuza-i-ja.JPG

3. Nawet jeśli nie chcesz henny na dłoni, to i tak ją dostaniesz (i będziesz musiała zapłacić)

Nie chciałam, właściwie nigdy mi się te maziaje nie podobały. Ale co miałam zrobić, kiedy korpulentna Marokanka złapała moją rękę i zaczęła coś na niej rozsmarowywać? Na nic zdały się moje protesty, że nie, dziękuję, nie chcę i nie potrzebuję, a w ogóle to nie dotykaj mnie, kobieto. To Maroko, poddałam się. Oto moja ręka i rób z nią co chcesz. Zrobimy sobie fajne fotki i będziemy udawać, że jesteśmy cool, bo mamy hennę z Maroka. Druga lekcja asertywności również oblana!

A tak poważnie – to jest bardzo dobra strategia. Pierwszego dnia pobytu w Maroku od razu lećcie zrobić sobie hennę. Kiedy zaczepi was następna korpulentna pani (a zaczepi z całą pewnością), wystarczy pokazać umazaną rękę i po problemie. Odpuści wam.

henna
Henna na dłoni! Zawsze o tym marzyłam!
zuza-i-henna
Zuza w geście solidarności również poddaje się zabiegom upiększającym 🙂

4. Targuj się. Ze wszystkimi. O wszystko.

Chcesz coś kupić? Świetnie. Czeka cię kwadrans konwersacji ze sprzedawcą, w porywach do dwudziestu minut. 100 dirhamów za ten szal? Nie, mogę dać 40! Good price? A tam obok sprzedają za 80! Na początku to może jeszcze bawić, ale kiedy jesteś głodny i chcesz po prostu coś zjeść, debaty o cenie marokańskiego śniadania wystawią twoją cierpliwość na próbę.

5. Kim jesteś i czego ode mnie chcesz?

Niestety, mój instynkt przetrwania bardzo szybko doprowadził do wykształcenia postawy nieufności wobec każdego, kto się do mnie zbliżał albo coś do mnie mówił. Na pewno czegoś chce (głównie pieniędzy), muszę być czujna, nie dam się wmanewrować w żaden podejrzany interes! Nie chcę henny, nie chcę dywanu, nie potrzebuję przewodnika, nie zgubiłam się, nie szukam drogi, męża tym bardziej, nie jestem głodna, ça va trés bien, po prostu zostawcie mnie w spokoju i dajcie mi odetchnąć! Uff, cóż za wspaniały urlop!


Być może odniesiecie wrażenie, że wyjazd do Maroka to pasmo nieustających udręk. Coś jest na rzeczy. Mus mozołu doskonale odnalazł się w marokańskich realiach – mimo, że nie trzeba było zdobywać nieprzystępnych górskich szczytów, to jednak umozoliłam się tam przednie. Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym zakończyła ten wpis w tym miejscu, tak więc przykro mi, ale powinniście czytać dalej.

CO ZAPAMIĘTAM Z RABATU I DLACZEGO BYŁO PIĘKNIE?

  1. Wąskie, błękitne zaułki kasby

Kasba Al-Udaja to forteca, która wznosi się na skalistym klifie. Otaczają ją ponad 3-metrowej szerokości oraz 10-metrowej wysokości mury. W środku, poza labiryntem wąskich uliczek znajdziemy np. najstarszy w Rabacie XII-wieczny meczet El-Atiqa. Z placu Formee de l’Ancien Semaphore roztacza się piękny widok na ujście rzeki Wadi Bu Rakrak oraz na plaże nad oceanem.

kasba
Wąskie uliczki w kasbie
kasba-2
Kto chciałby tu mieszkać?
widok z placu
Widok z góry na ujście rzeki i ocean

2. Spacer po cypelku widocznym powyżej

To nic, że kiedy tylko zeszłyśmy na plażę, przyszła wielka mgła, zrobiło się zimno i poczułyśmy się jak w Belgii. I tak było pięknie.

koniec-swiata
Tak mógłby chyba wyglądać koniec świata
droga-donikad
Droga donikąd
widok-po-horyzont
A piętnaście minut wcześniej świeciło piękne słońce…

3. Ogród Andaluzyjski, czyli chwila wytchnienia w kasbie

To przyjemne miejsce z egzotyczną roślinnością, gdzie znajdziecie trochę ciszy i spokoju. I koty, dużo kotów.

kot-w-ogrodzie
Kot – strażnik ogrodu
mozaika
Piękna mozaika w Ogrodzie Andaluzyjskim

4. O, właśnie – koty.

Koty w Rabacie są wszechobecne, a że ja lubię koty i internet tez lubi koty, to biegałam za nimi z aparatem jak szalona.

5. Jedzenie – dobre i tanie (jak już się odpowiednio wytargujesz)

W Maroku prędzej czy później przyjdzie wam zjeść tadżin, czyli duszone warzywa z mięsem podane w charakterystycznym stożkowatym naczyniu. Tadżin jadłam kilkukrotnie i za każdym razem był dobry. W medynie, w miejscu dla tzw. lokalsów zapłaciłyśmy za to danie 20 dirhamów od osoby (ok. 8 zł).

Śniadanie w medynie kosztowało nas 11 dirhamów (ok. 4,40 zł), a składało się z jajecznicy (lub czegoś przypominającego jajecznicę), naleśnika oraz berber whisky, czyli mocno słodzonej herbaty ze świeżą miętą. Na początku tona cukru wrzucona do herbaty przyprawiała mnie o mdłości, ale szybko się przyzwyczaiłam i pod koniec wyjazdu stałam się już fanką tego napoju.

Zdarzyło nam się też zażerać marokańskimi słodyczami, ale szczerzę przyznaję – nie przepadam za nimi. Belgijska czekolada wygrywa to starcie.

tadzin
Smakowity tadżin
sniadanie
Śniadanie – niby nic wielkiego, ale było naprawdę pyszne
slodycze
Słodycze. Ten wielki kopiec ciastek to tylko dekoracja, zjadłyśmy po jednym ciasteczku, przysięgam

6. Meczet, którego nie ma

Poza starym miastem z medyną, w Rabacie jest też nowe miasto, którego największą atrakcją są pozostałości po meczecie Hasana. Budowa tego gigantycznego kompleksu rozpoczęła się w XII wieku i w założeniu miał być to jeden z największych meczetów na świecie. Meczet nie został nigdy ukończony, a to, co zdążono zbudować, zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi. Dziś w tym miejscu podziwiać można wieżę Hasana, czyli niedokończony minaret, a także rozległy plac z resztkami kolumn. Na placu znajduje się też mauzoleum Mohammeda V, który doprowadził do odzyskania niepodległości przez Maroko w 1954 r.

meczet-hasana
W tym miejscu stał kiedyś meczet Hasana
wieza-hasana
Wieża Hasana, czyli niedokończony minaret
mauzoleum
Jedno z wejść do mauzoleum Mohammeda V

7. I na koniec – nasz wspaniały host z airbn Youssef, czyli swojski Józef

Pisałam już nie raz, że często korzystam z airbnb. W Rabacie spałyśmy w domu Józefa (7 euro od osoby za noc). Józef miał przyjechać po nas na lotnisko i jak twierdził, na pewno nas pozna, więc mamy po prostu na niego czekać. Zdradził jedynie, że będzie ubrany w czarny płaszcz, taki jak na zdjęciu profilowym. Wysiadłyśmy więc z samolotu, stanęłyśmy przy parkingu i grzecznie czekałyśmy, wypatrując nieśmiało człowieka w czarnym płaszczu. To nic, że połowa Marokańczyków nosi czarne płaszcze.

Ostatecznie Józef spóźnił się, zdaje się, ponad godzinę. Kiedy do niego zadzwoniłyśmy, żeby przypomnieć o swoim istnieniu, zapewniał, że jest w drodze, ale być może właśnie kończył kolację. Józef okazał się niezwykle sympatyczny, następnego dnia zorganizował nam podwózkę do centrum miasta ze swoim bratem i kolegą, pokazał nam, gdzie możemy wymienić pieniądze, skąd odjeżdżają taksówki, gdzie iść, co zobaczyć, w ogóle – jak żyć.

No i patrzcie gdzie mieszkałyśmy! 

mieszkanie
Ależ design!
a
Prysznic i toaleta w jednym – oszczędność czasu i pieniędzy!

Wychodzi na to, że najpiękniej było, kiedy nikt do mnie nie mówił i niczego ode mnie nie chciał. Prawdopodobnie jestem nieco aspołeczna, a w Maroku moja aspołeczność chyba się nasiliła. To nie tak, że mi się nie podobało. Mi się zawsze podoba (no, prawie zawsze), ale jeśli mogłabym wybrać, to pojechałabym jeszcze raz na pustynię, nie do Rabatu 🙂


INFORMACJE PRAKTYCZNE

Do Rabatu leciałyśmy z Charleroi (Belgia) liniami WizzAir za około 300 zł od osoby (cena za lot tam i z powrotem).

Lotnisko znajduje się w Sale – mieście odległym od Rabatu o ok. 8 km. Do Rabatu można dostać się autobusem (25 dirhamów, ok. 10 zł), można też taksówką, które w Maroku są stosunkowo tanie. My jechałyśmy z naszym hostem z airbnb, który po nas przyjechał i zawiózł nas pod dom, przy okazji niemiłosiernie z nas zdzierając (zapłaciłyśmy mu 15 euro, wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że to dużo. Nic dziwnego, że był dla nas taki miły 🙂

Przykładowe ceny:
śniadanie w medynie – 11 dirhamów (4,40 zł)
henna, której nie chcesz – 60 dirhamów (24 zł) – po ostrych negocjacjach
woda w medynie – 3,50 dirhamów (1,40 zł)
ciastko w kawiarni dla turystów – 10 dirhamów (4 zł)
chusta kupiona w medynie – 60 dirhamów (24 zł) – po ostrych negocjacjach
tadżin w medynie – 20 dirhamów (8 zł)

Zapisz

Zapisz

Zapisz

8 myśli na temat “Maroko: witaj Afryko, czyli spacer po Rabacie

  1. hahaha, uśmiałam się 🙂 uwielbiam Twoje wpisy! Nie jesteś aspołeczna i jesteś asertywna. To tylko Maroko, napewno już wszystko wróciło do normy, dłoń również 🙂

  2. Łaaał! Jak mogłyście nie chcieć kupić dywanu! Poleciałybyście z powrotem do domu 😀 Mój brat miał zlecenie na projekt fotograficzny w zeszłym roku w Marakeszu. Bał się, że ludzie nie będą chcieli pozować, bo tam niechętnie robią sobie zdjęcia. Jednak udało mu się zrobić naprawdę kilka fajnych portretów, a kolory takie jak u Was! Pięknie!

    1. Ja nie odważyłabym się robić zdjęć ludziom. Raz nieopatrznie zrobiłam zdjęcie jakimś maziajom (to jakieś obrazy chyba były) i mnie pan pogonił 😉 Kolory Maroka są wspaniałe, chciałabym jednak móc delektować się nimi we względnym spokoju… 😉

  3. Hej, bardzo fajnie się czytało. Też będziemy w Maroko i każda wiedza w cenie 🙂 Mam nadzieję, że te koty nie zjedzą nam Snupka (podróżujemy z naszym psem i raz w Turcji gdy wychodziliśmy z Grand Bazaru to zaatakowały go 3 koty, na szczęście lokalni mężczyźni nam pomogli, ale śmiali się przy tym mega – nam do śmiechu nie było) Ta henna mnie zaciekawiła, aczkolwiek trochę boję się tej namolności o której piszesz. 🙂
    Pozdrawiamy!

    1. Koty były zajęte głównie spaniem bądź wylegiwaniem się na słońcu, myślę że pies może czuć się bezpieczny 😉 A namolność masz gwarantowaną. Ale da się to przeżyć. Jakoś 🙂 🙂
      Pozdrawiam i ja!

  4. Ja również moje pierwsze kroki w Afryce postawiłam właśnie w Maroku. A dokładniej – w Marrakeszu. Wspominam ten wyjazd z łezką w oku i chętnie wrócę tam jeszcze raz.
    Nie byłam w Rabacie, a bardzo bym chciała. Z tego co opisujesz, jest dużo spokojniejszy niż Marrakesz. Na suku w Marrakeszu nie jesteś w stanie przejść spokojnie ani zrobić chociażby jednego zdjęcia, bo gdy widzą Cię z aparatem to od razu wyciągają ręce. Dlatego też to, że przeszłam przez suk i plac Jeema El Fna i nie dałam się na nic namówić uważam za jeden z większych osiągnięć mojego życia 😉

Dodaj komentarz