Maroko: operacja „pustynny mozół”, czyli wycieczka na pustynię

mus-mozolu-na-pustyni

Kupiłam bilety do Maroka i zachorowałam na wielbłąda. Zdaje się, że to dość częsta przypadłość wśród turystów, którzy odwiedzają ten zakątek Afryki. Po krótkim namyśle i przeczesaniu internetu zdecydowałyśmy się wybrać na zorganizowaną, trzydniową wycieczkę do Merzougi. Jeździłyśmy na wielbłądach, oglądałyśmy księżyc w pełni leżąc na wydmach, spędziłyśmy noc w namiocie berberyjskim. Też tak chcecie? Czytajcie i ruszajcie w drogę!


To pierwszy wpis dotyczący wyjazdu do Maroka. Spędziłyśmy tam w sumie tydzień i odwiedziłyśmy kolejno: Rabat, Marrakesz, Essaouirę, a następnie ruszyłyśmy na zorganizowaną, trzydniową wycieczkę do Merzougi, gdzie jeździłyśmy na wielbłądach i spałyśmy na pustyni.


O „pustynnych” wycieczkach czytałam między innymi na blogu Agnieszki Ptaszyńskiej. Mimo, że wykupienie zorganizowanej wycieczki jest rozwiązaniem bez porównania mniej mozolnym niż samodzielna organizacja wypadu, to jednak się skusiłyśmy – miałyśmy do dyspozycji jedynie tydzień, a nasz plan i tak był bardzo napięty, więc tak było łatwiej i szybciej.

wycieczka-na-pustynie-wielblady

Wycieczka na pustynię w Maroku

Jak to wygląda, gdzie to kupić, ile to kosztuje?

Wiedziałyśmy, że jest dużo firm organizujących takie wyprawy, wiedziałyśmy, że powinno to kosztować ok. 70-90 euro, dlatego weszłyśmy do pierwszego lepszego „biura” (czyli takiej klitki na targu) w Marrakeszu i po krótkich negocjacjach zakupiłyśmy wycieczkę za 80 euro. Oferta takich firm jest bardzo szeroka – do wyboru są również wycieczki 2-dniowe jak i 5-dniowe. Zamiast jeździć na wielbłądzie, można też jeździć na quadzie. Wyjazdy organizowane są każdego dnia, a miejsce odjazdu busów wygląda mniej więcej jak dworzec autobusowy w Zakopanem w czasie wakacji (brakuje mi tylko nawoływania: Chochołoska, Kościeliska, Morskie Oko, Łysa Polana!).

Nasze biuro nazywało się Mami Tour, ale podobnych biur są dziesiątki (sprawdźcie na przykład tu albo tu). Nie przywiązywałabym się bardzo do cen podanych na stronach – na miejscu wycieczki można kupić taniej (nawet my, beznadziejne w sztuce negocjacji, zbiłyśmy trochę cenę).

W dzień wyjazdu miałyśmy czekać pod biurem o godzinie 7.00 rano. Maroko rządzi się jednak swoimi prawami. O umówionej godzinie biuro (czyli klitka  na targu) było zamknięte na cztery spusty. 15 minut później również. Zadzwoniłyśmy do miłego pana, u którego kupiłyśmy wycieczkę, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. Odebrał już za drugim razem i zapewnił nas, że gajd is koming (przewodnik już do nas idzie!) i będzie za 5 minut, co oczywiście nie było prawdą. W gruncie rzeczy spodziewałyśmy się czegoś takiego, bo to w końcu jest Maroko. Trzeba po prostu poczekać.

W końcu gajd przyszedł, uśmiechnął się szeroko, przeprosił, zaprowadził do busa, potem przesiadłyśmy się do drugiego busa i ruszyliśmy w drogę. Jak wyglądał program wycieczki?

Dzień I
Przejazd przez góry Atlas, zwiedzanie obronnej wsi – ksaru Ajt Bin Haddu, wizyta w wąwozie Dades, nocleg w dolinie Dades

Dzień II
Zwiedzanie „fabryki” dywanów w Tamtatouchte, spacer po wsi, wizyta w wąwozie Todrha, dojazd do Merzougi, przejazd na wielbłądach do namiotów na pustyni, nocleg

Dzień III
Wschód słońca na pustyni, powrót na wielbłądach do cywilizacji, przyjazd do Marakeszu ok. 18.30

W cenie 80 euro zawarte były 2 śniadania, 2 kolacje, nocleg w hotelu i na pustyni, przejazdy. Obiady kupowałyśmy we własnym zakresie w miejscach, w których się zatrzymywałyśmy. Także wstęp do Ajt Bin Haddu był płatny (40 dirhamów, ok. 16 zł).

W drogę – na pustynię!

Dzień I

Przejazd przez góry to coś, co mus mozołu lubi najbardziej (no, prawie najbardziej – zaraz po łażeniu piechotą). W tym przypadku musiałyśmy zadowolić się szarżą busem. Przepaść po lewej, przepaść po prawej, księżycowy krajobraz, ostre zakręty – byłam zachwycona!

poranne-mgly
Poranne mgły, a w tle – góry Atlas
droga-przez-gory-atlas
Nasza droga ku pustyni

Najwyższy punkt trasy znajdował się na wysokości ponad 2000 metrów. Jak to wyglądało zza okna busa i dlaczego Zuzi się nie podobało? 🙂

Po pewnym czasie dojechaliśmy do Ajt Bin Haddu, obronnej wsi (ksaru) położonej niedaleko Ouarzazate. Założono ją w XI wieku przy ważnym szlaku handlowym, dziś turyści przybywają tu głównie dlatego, bo jest to miejsce, w którym kręcono m.in. Gladiatora (co jest podkreślane przy każdej możliwej okazji). Miasteczko jest wpisane na listę UNESCO. Zwiedzamy je z przewodnikiem (dodatkowa opłata: 40 dirhamów, ok. 16 zł), przechodzimy szybki kurs wiązania chusty na głowie (w ten sposób przewodnik próbuje zachęcić do kupienia chusty berberyjskiej u znajomego sprzedawcy), a potem jemy obiad (płacimy za niego dodatkowo).

ajt-bin-haddou
Ait Ben Haddou
strumyk
Ten strumyk potrafi zmienić się w rwącą rzekę – wtedy przeprawa na drugą stronę jest utrudniona (na szczęście wybudowano most łączący ksar z drugim brzegiem miasta)
miasteczko
Ait Ben Haddou z bliska
przeprawa-przez-rzeke
Przeprawa przez strumyk
w tle góry
W tle góry Atlas
dywany
Biznes to biznes – w środku ksaru znajdziecie mnóstwo sklepików i stoisk z pamiątkami

Ruszamy dalej – krajobrazy zmieniają się na bardziej pustynne, a my przesiadamy się na przednie siedzenia, obok kierowcy i czujemy się jak władcy szos!

wladcy szos
Mogłabym tak jechać w nieskończoność 🙂
w drodze
Byle dalej, byle przed siebie
w drodze-2
Pojawiają się pagórki i zakręty, bo dojeżdżamy do kanionu…

Słońce wyraźnie się obniżało, a my pod koniec dnia dotarliśmy do wąwozu Dades. I tu znów mamy to, co najlepsze – skaliste kaniony i górskie serpentyny. Nasza obecność w wąwozie była niestety właściwie symboliczna – zatrzymaliśmy się po prostu w jednym miejscu na zdjęcia, choć samo podziwianie otoczenia z busa też było nie lada atrakcją. Mimo wszystko aż się prosi o jakiś trekking w tym miejscu. Może kiedyś…

wawoz-dades

Tę noc spędzamy w przyjemnym hotelu, gdzie jemy kolację i śniadanie (w cenie). Z naszego tarasu podziwiany imponujące ściany kanionu, a wieczorem łapiemy głupawkę próbując wiązać sobie na głowach chusty.

Dzień II

Wstajemy skoro świt (śniadanie o 7.00 rano), bo przed nami intensywny dzień. Wielbłądy już na nas czekają! Ruszamy w dalszą drogę, a świat wygląda tak:

prosta-droga
Jeszcze jest chłodno, słońce dopiero się budzi
uwaga-znak
Uwaga, zakręt!

Wkrótce docieramy do berberyskiej wioski Tamtatouchte, gdzie przechadzamy się pomiędzy polami i oglądamy ludzi, którzy pracują w swoich ogródkach. Przewodnik opowiadał, co i jak uprawiają ludzie na swoich małych poletkach. Potem wzięliśmy udział w „prezentacji dywanów”. W wiosce pracują kobiety (jeśli dobrze pamiętam, jest ich 25), które tkają dywany, a przewodnik i jedna z pań próbowali przybliżyć nam nieco tajniki tej sztuki. Zostaliśmy poczęstowani herbatą, a następnie rozpoczęła się część właściwa prezentacji, czyli zachęcanie do zakupu. Nie powiem, dywany były genialne, chętnie bym sobie taki sprawiła, ale jednak, mimo wszystko, wolę za te pieniądze kupić następny bilet lotniczy 🙂

wioska
Nasz przewodnik zmierza do wioski
prezentacja dywanow
W trakcie prezentacji dywanów
komu dywan
Komu dywan, komu?

Kolejnym punktem programu był położony nieopodal wąwóz Todrha, do którego wpadamy znów na krótko (zbyt krótko) – szybka przechadzka i do busa, bo wielbłądy prawdopodobnie już uschły z tęsknoty!

wawoz-todrha
W słońcu gorąco, w cieniu chłodno – co za życie!
wawoz-selfie
Prawie jak w Dolinie Chochołowskiej, tyle że w wersji pustynnej

No i w końcu, po długiej drodze, w której na dodatek udało nam się zaobserwować fatamorganę (przysięgam, że tam była woda!), docieramy do miejsca przeznaczenia! Wielbłądy! Już są, już czekają, radośnie podrygują i z chęcią zawiozą nas do naszych namiotów.

wielbladwielblad-2

Miejsce, w którym się znajdujemy to tak naprawdę niewielki skrawek pustyni z naturalnymi wydmami, które sięgają 150 metrów wysokości względnej. Jest to najczęściej odwiedzany marokański erg (czyli piaszczysta pustynia) o nazwie Chebbi, który znajduje się w obrębie Sahary.

Przy załadunku na wielbłądy było trochę chaosu, w wyniku czego jechałam z całym swoim bagażem (czyli z 30-litrowym plecakiem). Bardziej rozgarnięci turyści zabierali tylko to, czego potrzebowali na jedną pustynną noc (resztę zostawiali w busach), ale to ja podróżuję z musem mozołu, więc targałam ze sobą na wielbłądzie cały dobytek. Wiecie, że jazda na wielbłądzie wcale nie jest prosta? A selfie na wielbłądzie to jest już zdecydowanie wyższy poziom wtajemniczenia.

karawanakarawana-2karwana-3

Jechaliśmy tak około pół godziny i jest to akurat tyle, ile jestem w stanie wytrzymać na wielbłądzie. Potem zaczynają już boleć różne dziwne miejsca. Mój wielbłąd otrzymał imię Mohammed Abdullah Mozullah i był bardzo dzielny. Dobrze się dogadywaliśmy.

Schodzenie z wielbłąda jest momentem dość emocjonującym, bo łatwo jest polecieć do przodu i na przykład skręcić sobie kark. Szczęśliwie udało mi się tego uniknąć, zeszłam cała szczęśliwa i zaczęłam kręcić się po okolicy. Chciałam zrobić zdjęcie i nagle uświadomiłam sobie, że nie mam aparatu, który był przytroczony do mojej saszetki przewieszonej przez ramię. Zgubiłam aparat na pustyni, przecież nigdy w życiu go nie znajdę! – w tym momencie życie straciło sens, słońce zaszło za chmury i zapadła wieczna noc…

Nie był to pierwszy raz, kiedy zgubiłam aparat. Wcześniej przydarzyło mi się to w Górach Wałbrzyskich przy schodzeniu z Chełmca, wtedy zasuwałam raz jeszcze pod górę z nosem przy ziemi i znalazłam! Tym razem było podobnie – wróciłam się po własnych śladach aż do wielbłąda, który był zaparkowany w pobliżu i wiecie co? Ten poczciwy zwierz leżał sobie z moim aparatem w siodle. Przy schodzeniu musiałam widocznie zaczepić sznurkiem o konstrukcję siodła i aparat został gdzieś między tymi wszystkimi kocami, na których się siedzi. Dzielny Mohammed Abdullah Mozullah dopilnował, żeby mój aparat do mnie wrócił. To dzięki niemu możecie teraz czytać tę relację, oglądać zdjęcia i filmy. Dzięki, Mozullah!

moj-wielblad
Mój dzielny wielbłąd!

Nasz obóz składał się z kilku namiotów, w których rozłożone były materace i koce do przykrycia. Na pytanie: gdzie jest toaleta? usłyszeliśmy odpowiedź: wszędzie. W grupie było kilkunastu turystów, a ponadto także miły (nawet zbyt miły) Berber Hammed. Jego zadaniem było dopilnowanie, żeby grupa białych ludzi z zachodu przetrwała jedną noc na pustyni. Po krótkim odpoczynku w cieniu namiotów pobiegłyśmy na wydmy, gdzie siedziałyśmy aż do zachodu słońca i wschodu księżyca. Magia!

w-obozie
Tak wyglądał nasz obóz

na-wydmiena-wydmie-2

zachod-slonca
Zachód słońca
wschod-ksiezyca
Wschód księżyca

Przy okazji mogę zaprezentować Wam nie-praktyczny nie-poradnik dotyczący wiązania chusty na głowie. Jeśli kiedyś nieoczekiwanie znajdziecie się na pustyni i będziecie chcieli ochronić się przed słońcem, ten film  prawdopodobnie w niczym Wam nie pomoże:

Po kolacji w namiocie (ryż z warzywami i nieśmiertelny tadżin) wróciłyśmy na naszą wydmę, żeby napawać się ciszą, pełnią księżyca i rozgwieżdżonym niebem. Szybko dołączył do nas miły Berber Hammed, który przyniósł ze sobą koc i zabawiał nas pogawędką. Opowiadał nam m.in. o zwierzętach, jakie żyją na pustyni (mi wystarczyło, że widziałam wielkiego skarabeusza i salamandrę), o turystach, którzy gubili się na pustyni, a także tłumaczył, na jakie gwiazdozbiory patrzymy. Mógłby tak zapewne siedzieć z nami całą noc, gdyby nie to, że zerwał się zimny wiatr i stwierdziłyśmy, że idziemy spać.

Nocą na pustyni jest zimno, ale nie okrutnie zimno. Tak przynajmniej myślałam, kiedy kładłam się spać, natomiast o 4 nad ranem, kiedy obudziłam się szczękając zębami, miałam już inne zdanie na ten temat. Było okrutnie zimno. Na szczęście już o 5 usłyszałam parskanie wielbłąda nad głową i był to znak, że pora wstawać, bo wschód słońca czeka, żeby ktoś go obejrzał!

czekamy-na-wschod
Razem z naszymi wielbłądami czekamy na wschód słońca
czekamy-na-wschod-2
Ten samotny wielbłąd również czeka
wschod-slonca
No i w końcu jest! Magia! 🙂

Wielbłądy transportują nas do cywilizacji, gdzie jemy śniadanie i mamy możliwość doprowadzenia się do stanu względnej używalności w toalecie. Następnie pakujemy się do busa i ruszamy do Marrakeszu, do którego docieramy około 18.30. Gdzieś tam po drodze, przy okazji przejazdu przez góry Atlas, pogoda nam siadła, dzięki czemu mieliśmy przyjemność jechać w deszczu i we mgle przez śmiertelne przepaście. Tak, jak lubimy najbardziej.

do-domu

Wycieczka na pustynię była dla mnie zdecydowanie najlepszą częścią całego wyjazdu do Maroka. Po 3 nocach spędzonych w szalonym Marrakeszu noc na wydmach i oglądanie gwiazd na niebie było tym, czego potrzebowałam. Jestem zachwycona, pustynie są w porządku.


Na koniec zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku – podsumowania naszej marokańskiej przygody:

wielbłąd

Zapisz

Zapisz

Zapisz

16 myśli na temat “Maroko: operacja „pustynny mozół”, czyli wycieczka na pustynię

  1. Super tekst i zdjęcia! 🙂 Ja się na wielbłądzie kiedyś przejechałam w Dahab w Egipcie i rzeczywiście, łatwo nie jest, zwłaszcza jak się trafi taki niezbyt przyjazny, który pluje 😉

  2. Bardzo przyjemnie się Ciebie czyta, a zdjęcia sama magia. 🙂 Ale zazdroszczę Ci podróży do Maroka! Pobyt tam i jazda na wielbłądzie to moje ukryte marzenie. Nie tracę nadziei, że kiedyś się spełni. 😉

  3. Świetna przygoda! Nocleg w pustynnym obozowisku i wielbłądy są już od jakiegoś czasu na mojej liście marzeń – zazdroszczę takiej możliwości! 😉 Może jednak i mi uda się spędzić noc na pustyni, w końcu ruszamy niedługo do Jordanii 😀

  4. Przyznaję się, że nie byłam tam nigdy, ale pamiętam jak pisałam pracę licencjacką (jestem po turystyce) i pisałam właśnie o Maroku, Tunezji i Egipcie, to już samo zbieranie materiałów, czytanie o historii, sztuce, kulturze – wywoływało taką chęć wygrzania się w marokańskim słońcu… Ale cóż, póki finanse nie pozwalają, trzeba tylko marzyć. Pozdrawiam

  5. Witam, świetny wpis, w lutym wybieramy sie do Maroka i oczywiście w planach mamy pustynie. Zastanawiam sie jedynie jak wyglada taki trip jeśli chodzi o dzieci? Jedziemy z 7-letnim synem ktory przeżył juz 2-tygodniowa tułaczkę lokalnym transportem po Gruzji czy tej samej długości eskapade po Bałkanach, nie wiem tylko czy organizatorzy zgodzą sie na zabranie dziecka? Jak sądzicie?

    1. Myślę, że nie powinno być problemu. W naszej grupie nie było akurat dzieci, ale była kobieta w zaawansowanej ciąży i jakoś dała radę 😉 Jeśli tylko mały nie będzie się bał jechać na wielbłądzie, to myślę, że organizatorzy nie będą mieli nic przeciwko. Choć to tylko moje domysły. Udanego wyjazdu życzę i pozdrawiam!

Dodaj komentarz