Francja: walka o przetrwanie w Marsylii

główne zdjęcie marsylia

Marsyliatwierdza gangsterów, przemytników, handlarzy narkotyków. Najbrudniejsze miasto Francji. Zalana przez zawsze groźnych uchodźców i imigrantów, lepiej omijać ją szerokim łukiem. Te stereotypowe opinie wystarczyły, żeby zachęcić mnie do krótkiego urlopu w tym mieście (nie bez znaczenia były także bezpośrednie loty z Charleroi). Co się okazało? Najgroźniejszy w Marsylii był trzydziestopięcio stopniowy upał, który bezlitośnie rozprawił się z moją bladą skórą. A poza tym nie zaobserwowałam większych zagrożeń.

Aleksander Dumas pisał, że Marsylia jest miejscem, gdzie „spotyka się świat”. Jak na miasto portowe przystało, przez wieki handlowano tu przyprawami, jedwabiem czy kawą. Przybysze z innych krajów, takich jak Grecja, Włochy, Hiszpania czy Afryka osiedlali się tu już przed wiekami, tak więc miasto ma bogate doświadczenie jeśli chodzi o kulturowo-językowy miszmasz. Dziś szacuje się, że mniej więcej co trzeci mieszkaniec Marsylii jest wyznawcą islamu.

Historia Marsylii sięga ponad 25 wieków wstecz. Miasto założyli Grecy ok 600 r.p.n.e. i nazwali je Massalią. Czasy średniowiecza były bardzo korzystne dla Marsylii – kwitł tu handel. II wojna światowa przyniosła znaczne zniszczenia, większość budynków została zbombardowana. Dzisiejsza Marsylia to drugie co do wielkości miasto Francji, w którym mieszka ok. 850 tys. mieszkańców (w samym mieście). Jest to także jeden z najważniejszych portów europejskich.

widok na miasto

Pójdziesz tylko z cieniem

Fakt, że w czerwcu na południu Francji jest ciepło, nie powinien nikogo szokować. Byłam na to przygotowana i pogodzona z nieuniknionym (czyli z poparzeniami słonecznymi, bo nawet jeśli wytaplam się w kremie z filtrem, to słońce i tak znajdzie sposób, żeby wypalić moją białą skórę). Marsylia jednak przygotowała dla nas bardzo gorące powitanie. Upał sięgający 35 stopni, jakiś tam lekki wiaterek, bardziej po to, aby zachować pozory przyzwoitości oraz lejący się z nieba żar, który odbierał resztki energii. Witajcie na wakacjach!

sjesta
Nie ma życia przy takich temperaturach. No chyba że się siedzi w klimatyzowanym muzeum 🙂

Nasz pobyt przypominał raczej walkę o przetrwanie. W krótkich przerwach między licznymi sjestami, wegetacją w knajpach lub klimatyzowanych pomieszczeniach przemykałyśmy zacienionymi uliczkami próbując dotrzeć do miejsc, o których przewodnik mówił, że nie wypada ich nie zobaczyć. Prawdziwe życie powracało po godzinie 18.00, kiedy to słońce nieco odpuszczało.

stary port
Widok na stary port
stary port 2
Po zachodzie słońca – to najlepsza pora do łażenia po mieście

Czy chcecie czy nie chcecie, w Marsylii i tak traficie do starego portu – serca miasta, w którym statki cumują od 26 stuleci. Znajdziecie tu niezliczoną ilość jachtów i kutrów rybackich, ale nie spodziewajcie się wypasionych, burżujskich modeli. W porównaniu z Niceą, Cannes czy Monako marsylski port jest może i duży, ale stateczki ma raczej skromne. Rocznie zawija tu ok 10 000 jednostek. Przy porcie stoi wielki diabelski młyn, ulice zapełnione są kawiarniami i restauracjami, w których skosztować można m.in. owoców morza lub słynnej marsylskiej zupy rybnej Bouillabaisse (rozważałam nawet jej konsumpcję, ale musiałabym zapłacić około 30 euro (!!!) za coś, co na pewno nie będzie mi smakować).

selfie

Nad miastem góruje okazała bazylika Notre-Dame-de-la-Garde stojąca na szczycie 154-metorwego wzgórza. Złotą figurę Madonny, która stoi na czubku świątyni i ma chronić rybaków wypływających z portu, widać z daleka. Kościół zbudowano w połowie XIX wieku na miejscu XII-wiecznej kaplicy. Wdrapanie się na ten pagórek w ciągu dnia groziłoby udarem słonecznym, dlatego postanowiłyśmy w pocie czoła wgramolić się tam wieczorem. Bazylika była niestety zamknięta, więc nie miałyśmy okazji podziwiać złotych mozaik i murali, ale ocaliłyśmy życie.

bazylika z daleka
Widok na bazylikę w blasku zachodzącego słońca
bazylika z bliska
Bazylika z bliska. Wszystko zamknięte na cztery spusty, a my nie mamy energii, żeby skakać przez płot
widok z gory
Widok z góry – słońce zachodzi, a nam wraca chęć do życia

Pozostając w temacie kościołów, muszę wspomnieć o katedrze de la Mayor, obok której mieszkałyśmy (mieszkanie wynajęte poprzez niezawodne jak do tej pory airbnb), a którą również widać było z daleka. To kawał kościoła z bardzo oryginalną biało-zieloną fasadą. Wybudowana w XIX wieku neobizantyjska katedra była największym kościołem, jaki powstał we Francji od czasów średniowiecza.

Kosz na pieczywo, czyli dzielnica Le Panier

Jednym z najbardziej urokliwych miejsc, jakie miałam okazję widzieć w Marsylii, była dzielnica Le Panier (fr. kosz na pieczywo) –  najstarszy fragment miasta, z korzeniami sięgającymi czasów greckich. W czasie II wojny światowej ukrywali się tu Żydzi, dlatego też hitlerowcy przeprowadzili akcję wyburzania tutejszych budynków. Dziś to dzielnica klimatycznych uliczek z praniem suszącym się na ulicach, z kolorowymi muralami na ścianach, pełna małych kawiarenek, sklepów z ceramiką i marsylskim mydłem. Co ciekawe, do lat 70. ubiegłego wieku Le Panier było centrum oczyszczania heroiny, która z Marsylii była rozwożona w świat… Nie wiem, czy narkotykowy biznes nadal się kręci (choć przypuszczam, że tak), ale zapewniam, że łażąc po wąskich uliczkach Marsylii o różnych porach dnia i nocy, czułam się bezpiecznie.

Przy okazji pobytu w Marsylii udało nam się trafić na święto muzyki, które miejscami przypominało dziką fiestę, ale ogólnie było bardzo sympatyczne. Na każdym kroku, w każdym zaułku znaleźć można było jakąś muzykującą ekipę. Rozłożyłyśmy się więc na jednym z placów z naszym mini-piknikiem i degustowałyśmy lokalne specjały słuchając (czasem dziwnej) muzyki. I nikt mnie nie przekona, że te wszystkie śmierdzące francuskie sery są jadalne.

Piękne zaułki spotkałyśmy także w okolicy Vallon des Auffes – poza niewielkim portem jest tu cała masa uliczek, schodków, jednym słowem – jest klimat!

Gdzie przetrwać upał?

Można na plaży (próbowałam, do dziś schodzi mi skóra), ale można też pod dachem. Na przykład pod dachem Jednostki Mieszkaniowej (Unité d’Habitation) stworzonej przez Le Corbusiera (to taki podobno super-znany architekt, który tu i ówdzie tworzył dziwne budynki. Nie znam się, jestem ignorantką). Ten wątpliwej urody twór, jakich pod dostatkiem miałam w Warszawie, jest zdaje się jakimś architektonicznym cudem, nazywanym „matką wszystkich bloków”. Dobrze nam znana wielka płyta jest, zdaniem niektórych, bezduszną interpretacją genialnego pomysłu Le Corbusiera, który w swojej jednostce mieszkaniowej zapewnił każdemu mieszkańcowi przestrzeń prywatną, ale zadbał też o przestrzeń wspólną, która miała łączyć członków społeczności (np. ogromny teraz na dachu dostępny dla wszystkich mieszkańców). Pomysł zwiedzania superbloku wydał mi się na tyle absurdalny, że nie miałam wątpliwości, że musimy tam dotrzeć. Nieważne, że przez dwadzieścia-kilka lat mieszkałam w mieszkaniu na ogromnym warszawskim blokowisku. Grunt, że słońce nie paliło.

Cienia szukałam także w muzeum MUCEM, a więc Muzeum Cywilizacji Europejskich i Śródziemnomorskich. Muzeum jak to muzeum, dla jednych bywa ciekawe, dla innych to strata czasu. Ja zaliczam się do grupy pośredniej, no chyba że na zewnątrz jest 35 stopni, a w muzeum mają klimatyzację – wtedy jestem największą zwolenniczką spędzania całych dni w tych przybytkach! Nasyciłam więc oczy wystawą o śmieciach oraz o morskich historiach (nawet ciekawe…), ale i tak najlepiej wspominać będę sjestę na genialnym muzealnym tarasie. Bo to muzeum w ogóle jest fajne pod względem architektonicznym.

A może morze i klify w Parku narodowym Calanques…?

Marsylia jest fajna do tego stopnia, że wystarczy wsiąść w autobus komunikacji miejskiej i po pół godzinie wysiada się w Parku Narodowym Calanques. A tam to już opad szczęki gwarantowany – do waszej dyspozycji są białe, postrzępione klify, urocze zatoczki ukryte pomiędzy skałami i lazurowa woda. Są też plaże, ale my do nich nie dotarłyśmy. Amatorzy trekkingu będą zachwyceni, bo tutejsze szlaki, nie dość, że oferują zabójcze widoki, to jeszcze mogą nieco dać w kość. Ogólnie – raj na ziemi, teren stworzony dla Musu Mozołu… i co? Było za gorąco, nawet mozół nie dał rady... Skończyło się na krótkim spacerze, przechadzce raczej, i już trzeba było szukać ratunku w cieniu. Ale ja tu wrócę, razem z moim mozołem!

…albo wizyta u hrabiego Monte Christo?

Skoro w Marsylii jest port, to oczywiście można się stamtąd wybrać na przeróżne rejsy, w tym także na wyspę If. Znajduje się tam zamek – szesnastowieczna twierdza, która odegrała ważną rolę w książce Aleksandra Dumasa „Hrabia Monte Christo”. To właśnie tam więziony był główny bohater powieści. Widoki z zamku, który wykorzystywany był również jako więzienie, są całkiem przyjemne, pod warunkiem, że trafi wam się cela z oknem. Ja mimo wszystko polecam cele położone niżej, bo panuje w nich cudowny chłód. Rejs ze zwiedzaniem trwa około 1,5 godziny, koszt całości 16 euro (szczegóły m.in. tutaj).

Marsylia: zdecydowanie tak

To jedno z tych miast, w których można spędzić kilka dni, a wciąż jest co robić. Jeśli znudzi Wam się samo miasto, dookoła pod dostatkiem jest gór i plaż. Niedaleko jest też do Aix-en-Provence, Awinionu czy innych prowansalskich perełek, a i na Lazurowe Wybrzeże da się skoczyć (polecam!). Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to jedynie do plaż – są one dość daleko od centrum (w centrum jest jedna, malutka), no i szału nie robią. Poza tym – jechać!

Zapisz

Jedna myśl na temat “Francja: walka o przetrwanie w Marsylii

Dodaj komentarz