Macedonia: „Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”, a więc Mus Mozołu znów zgubił się w górach

To historia z gatunku tych, którymi nie ma się co chwalić, dlatego poświęcam jej oddzielny wpis na blogu. Zanim szczęśliwie zdobyłyśmy Korab, podjęłyśmy heroiczną próbę wejścia na nieszczególnie interesujący szczyt Kozha (1740 m.n.p.m.), położony w Parku Narodowym Mavrovo. Miała być zaprawa przed Korabem, był konkretny survival, bo wszystko poszło nie tak. I tak naprawdę to nawet nie wiem, czy byłam na szczycie, ale mówiąc szczerze – jest mi wszystko jedno. Więcej już w tę dzicz nie pójdę.

Jak być może wiecie już z poprzedniego wpisu o Korabie, szlak na najwyższy szczyt Macedonii rozpoczyna się przy bazie straży granicznej Strezimir. Wymyśliłam więc sobie, że fajnie byłoby zrobić tak: przyjechać busem ze Skopje do Mavrovi Anovi (taka mieścinka nad jeziorem Mavrovo), następnie górami przejść do Trnicy, przenocować tam, a następnego dnia ruszyć pod Korab. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnej sensownej mapy Parku Narodowego Mavrovo, informacje na stronach internetowych były nieszczególnie pomocne, pracownicy Parku, z którymi kontaktowałam się mailowo również.

Najwięcej informacji praktycznych uzyskałam od ludzi na Facebooku w jednej z grup dotyczącej macedońskich gór. Na podstawie mapy, którą wklejam poniżej zaplanowałam więc mniej więcej naszą trasę (mapa ze strony http://npmavrovo.org.mk/), z nadzieją, że na miejscu kupię coś, co można naprawdę nazwać mapą. W Mavrovi Anovi mieści się siedziba Parku Narodowego, liczyłam więc także na pomoc pracowników parku. Kto ma się znać, jeśli nie oni?

mapa

„Tędy nikt nie chodzi”, więc my spróbujemy

Do Mavrovi Anovi dotarłyśmy przed południem. To trochę późno jak na wyjście w góry, ale cóż było robić. Zjadłyśmy coś i wysłuchałyśmy żalów jakiegoś Hiszpana, który od kilku godzin próbował wydostać się stopem z tej nieco zapomnianej przez świat mieściny, ale nikt nie chciał go zabrać (dziwny przypadek). Poszłyśmy też do siedziby Parku Narodowego, żeby kupić mapę i usłyszeć zapewnienie, że szlak jest dobrze przygotowany i oznaczony, trasa jest niewymagająca i niezwykle widokowa, a niedźwiedzi nie widziano tu od dziesięcioleci.

Nic z tego.

Pan, z którym rozmawiałyśmy, był w równym stopniu znudzony co zaskoczony. Do Trnicy? Tam nikt nie chodzi. Nawet nie wiem, jak ten szlak wygląda. Może nie być oznakowany. Możemy iść na szczyt Kozha, tam powinnyśmy trafić, a potem to już nie wiadomo. Jesteśmy pierwszymi turystkami, które pytają o ten szlak. Mapa? Mam tylko to – pan wskazuje na stojący obok stojak z kserokopią tej zabawnej ryciny, którą wkleiłam powyżej. I ja mam z tym iść w góry?!

1. Park Narodowy
Siedziba Parku Narodowego Mavrovo i informacja turystyczna. Nie pomogli nam nic a nic.
2.Pies
Nad jeziorem. Pies który tęsknie spogląda w dal to jeden z naszych licznych towarzyszy podroży.

Trudno. Postanawiamy, że spróbujemy jednak iść zgodnie z planem i zobaczymy co się wydarzy. Cofamy się do początku szlaku i mijamy stację benzynową, a z samochodu wysiada jakiś człowiek, który pyta się nas, czy udało nam się kupić mapę. Stoję zdezorientowana i zastanawiam się, czy znają nas już wszyscy Macedończycy w okolicy?

Okazuje się, że pan jest właścicielem baru i to jego zapytałyśmy chwilę po przyjeździe, gdzie znajduje się siedziba Parku Narodowego (znów ten mój absolutny brak pamięci do twarzy!). Miły Macedończyk oświadcza, że był kiedyś przewodnikiem górskim i wszystko nam dokładnie wytłumaczy. Twierdzi, że szlak jest dobrze oznakowany, nie sposób się zgubić i spokojnie dojdziemy do Trnicy. Patrzy na naszą mapę, stwierdza, że this is shit!, przeprasza nas, że nie dostałyśmy normalnej mapy i życzy nam powodzenia.

No fajnie. Mamy dwie zupełnie sprzeczne opinie. Chyba trzeba po prostu tam iść i samemu sprawdzić, jak jest naprawdę.

Kozha

Skoro jest tabliczka, to ta góra istnieje! – mój optymizm był niesłabnący. Przechodziłyśmy akurat obok siedziby agencji turystycznej, w której można było wynająć przewodnika górskiego. Dwie turystki w miejscu, gdzie zapuszczają się głównie bezpańskie psy to chyba dobry łup. Przewodnicy zaczepiają nas, pytają gdzie idziemy. Odpowiadamy, maskując niepewność. Do Trnicy? Przecież możecie iść asfaltem, przez góry może być ciężko, szlak może być zarośnięty. Ale my chcemy spróbować górami! Mówimy, że rozmawiałyśmy z innym przewodnikiem który powiedział, że szlak jest dobrze przygotowany. Nasz rozmówca mówi jednak, że prawdziwi przewodnicy są tu i nie powinniśmy słuchać nikogo innego. Jesteśmy już nieźle wymęczone i szczerze mówiąc chcę się po prostu przekonać na własne oczy jak to wygląda. Idziemy.

Może na szczycie, a może wcale nie

Zaczyna się hardkorowo – podejście jest okrutnie strome, do tego stopnia, że mam duży problem, żeby pokonać najgorsze fragmenty z moim ciężkim plecakiem. Idziemy z całym dobytkiem, który ma nam pozwolić przetrwać noce w namiocie pod Korabem. Niby takie nic – ścieżka prowadzona przez las, między drzewami, a emocji było co niemiara.

W tym miejscu muszę wspomnieć o naszym najwierniejszym towarzyszu. Szedł z nami pies z gracją pokonujący wszelkie trudności, dokładnie odwrotnie niż ja. Pięłyśmy się więc przez ciemny i gęsty las, pilnie śledziłyśmy oznakowanie szlaku i wreszcie doszłyśmy na polanę, z której roztaczał się widok na jezioro Mavrovo.

4. Selfie z psem
Niezła z nas ekipa!
5. Las się skończył
Wreszcie wynurzyłyśmy się z lasu. Tylko słońca trochę brak!
No już, przecież idę!
No już, przecież idę!

Nasz przewodnik – właściciel baru utrzymywał, że na szczyt idzie się 45 minut (!). My szłyśmy już drugie tyle, a wciąż było pod górę. Czyżby nasze tempo było aż tak beznadziejne? Czy po prostu już się zgubiłyśmy? Pies patrzył na nas z politowaniem.

W końcu doszłyśmy do miejsca, gdzie było płasko. Nie widziałyśmy żadnej tabliczki oznajmiającej, że to szczyt, jedynie polankę, ale radośnie uznałyśmy, że to musi być tu. Dodatkowo szlak skręcał w lewo, co ustaliłyśmy po jakichś 20 minutach poszukiwań. Dobrze więc, odpocznijmy, zjedzmy coś (pies był zachwycony) i spróbujmy iść dalej tak, jak wskazuje szlak. Będzie dobrze.

Spójrzcie tylko, jak nasz pies patrzy na plecak Moniki :)
Spójrzcie tylko, jak nasz pies patrzy na plecak Moniki 🙂

Nie było dobrze. Był survival

Zaczęło padać, ale to zaakceptowałyśmy bezboleśnie. Bardziej zaniepokoił mnie fakt, że nasz szlak zniknął. Był i nie ma. Zastosowałyśmy więc najprostsze rozwiązanie, jakie pozostaje w tej sytuacji – wróćmy się po własnych śladach do miejsca, w którym ostatni raz widziałyśmy biało-czerwone oznaczenie.

No właśnie. I tu jest, że się tak wyrażę, pies pogrzebany. Tylko jak my szłyśmy? Tutaj, na tej polance, minęłyśmy te krzaczory z lewej strony. A może to były tamte krzaczory? Nie, tutaj na pewno nie byłyśmy… Hmm… I tak właśnie, proszę państwa, wygląda klasyczny przykład zgubienia się w górach. Nigdy nie twierdziłam, że mam dobrą orientację w terenie, ale tym razem przeraziłam samą siebie. Kiedy w końcu udało nam się znaleźć jakieś drogowskazy, okazało się, że aby wrócić po własnych śladach, powinnyśmy iść w dokładnie przeciwnym kierunku niż szłyśmy! A to ci dopiero niespodzianka. Nie do końca ufałam jednak tym drogowskazom, bo z jakiegoś powodu leżały na ziemi, więc ktoś mógł je po prostu obrócić. Chwilowo nie miałyśmy jednak innego pomysłu, więc ruszyłyśmy w kierunku wskazywanym przez tabliczki.

8. Usmiech
Typowy szeroki uśmiech osoby, która nie ma zielonego pojęcia gdzie jest
9. Drogowskazy
Drogowskazy, którym zaufałyśmy

Zaczęłyśmy więc iść w stronę naszej Kozhy i Mavrovi Anovi. Szlaku nadal ani widu ani słychu. Wspięłyśmy się na wyżyny naszych możliwości intelektualnych i z pomocą GPSu udało nam się ustalić, że idziemy w dobrym kierunku, a przed nami powinno być jezioro Mavrovo. Zaczęłyśmy więc iść na przełaj, byle w stronę jeziora, bo jezioro oznacza cywilizację. Przedzierałyśmy się przez krzaczory, parłyśy do przodu w mokrej trawie, a z nami nasz wierny towarzysz pies, zupełnie niezmartwiony dość niepomyślnym obrotem spraw. Wkrótce ujrzałyśmy w oddali taflę jeziora. Nie wiedziałyśmy, gdzie jesteśmy, ale wiedziałyśmy, że chcemy się już znaleźć na dole, choćby się okazało, że jesteśmy długie kilometry od Mavrovi Anovi i Trnicy.

10. Pies i Monika
No to gdzie idziemy, piesku?
11. Schodzimy
Dalej przed siebie, byle w stronę jeziora!
12. Selfie
Mus mozołu w akcji! 🙂

Wyglądało na to, że jesteśmy prawie w domu. Przestało padać, wiemy w którym kierunku iść, plecaki przestały już ciążyć – pełen komfort! Wkroczyłyśmy znów do lasu, gdzie napotkałyśmy niespodziewane trudności – zbocze było tak strome, że zejście było niemożliwe. Szukałyśmy więc innej drogi. W tym momencie nasz dzielny pies odstawił akcję, dzięki której nie zapomnę tego zejścia do końca życia.

Niedźwiedź w mojej głowie

Pies najpierw zaczął skomleć, potem warczeć. Zjeżył się, szczekał, zaczął się wycofywać, choć wcześniej chojraczył i szedł przodem. Moja pierwsza myśl była oczywista: niedźwiedź. Jeśli spokojny do tej pory pies reaguje w ten sposób, to coś jest chyba na rzeczy. A w Parku Narodowym Mavrovo jest pod dostatkiem niedźwiedzi, rysiów i zdaje się, że wilków też. Pięknie.

Wkrótce usłyszałyśmy dziwne odgłosy dochodzące z prawej strony. W mojej wyobraźni był to wielki niedźwiedź przedzierający się przez chaszcze i porykujący radośnie. Uwierzcie, nie było mi do śmiechu. Bałam się całkiem konkretnie i autentycznie myślałam sobie: na co mi to było?!

Postanowiłyśmy ruszyć się i zacząć schodzić kierując się w lewo, czyli byle dalej od niepokojących odgłosów. Schodziłam z duszą na ramieniu, rozglądając się dookoła, a pies lazł za nami z podkulonym ogonem – taki z niego obrońca! Nie będę Was dłużej trzymać w niepewności – wkrótce dotarłyśmy do chatki położonej na skraju lasu, w której gospodarz szlifował drzwi na podwórku. Nasz niedźwiedź okazał się więc szlifierką… W jaki sposób mój mózg zidentyfikował ten dźwięk jako odgłosy dzikich zwierząt? Niech to pozostanie słodką tajemnicą mojej umozolonej głowy. A tak naprawdę to wszystko przez tego psa, który zaczął panikować jako pierwszy.

13. Zejście
Tu jeszcze przed akcją z „niedźwiedziem” 🙂

Zeszłyśmy więc do cywilizacji, do Mavrovi Anovi, jak się później okazało, całkiem niedaleko od miejsca, w którym rozpoczęłyśmy naszą wędrówkę. Dołączyło do nas kilka innych psów, co nieszczególnie mnie ucieszyło, ale nie miałam na to wpływu. Wkrótce znalazłyśmy się w „centrum” mieściny i postanowiłyśmy wypić piwo w barze, którego właściciel twierdził, że szlak jest dobrze oznakowany i nie da się tam zgubić. Jesteśmy żywym (na szczęście) dowodem na to, że się da, proszę pana Macedończyka.

To był długi dzień pełen emocji, a to, co najciekawsze, było dopiero przede mną… bo czym jest zgubienie szlaku wobec zgubienia paszportu, dowodu, telefonu i pieniędzy? O tym, jak skończyła się nasza wizyta w barze w Mavrovi Anovi przeczytacie w tym wpisie: TOP 5 – Znalezione nie kradzione, czyli 5 mrożących krew w żyłach historii

14. Selfie
Ależ my jesteśmy zdolne! 🙂

OCENA W SKALI MOZOŁU: 7/10

mus małymus małymus małymus małymus małymus małymus małymus mały szarymus mały szarymus mały szary

To był mozół w czystej postaci. Gęste krzaczory, bagna i błota, kamienie i korzenie podnoszą znacząco ocenę końcową. Chodzenie poza szlakiem to pożywka dla mozołu. Po tej wycieczce moje nogi wyglądały dramatycznie – zadrapania, obtarcia i siniaki (skąd to wszystko się w ogóle wzięło?). Do tego dochodzi permanentna niepewność, czy w ogóle idziemy w dobrym kierunku? No i akcja z niedźwiedziem, której nie zapomnę długo, bo byłam autentycznie przerażona.

Nie ukrywam, że trasa nie była szczególnie widokowa. Okolice jeziora Mavrovo nie umywają się do gór Korab. Tym bardziej należy docenić mozół dla samego mozołu, a nie dla widoków. Nasz „spacer” trwał około 6 godzin z ciężkimi plecakami, częściowo w deszczu, co również znajduje odzwierciedlenie w ocenie końcowej.

Solidna siódemka, bo mimo wszystko zeszłyśmy z gór przed zapadnięciem zmroku. No i niedźwiedź nie był prawdziwy.

PRZECZYTAJ TEŻ:
Na dachu Macedonii, czyli wejście na Korab
Macedonia: kanion Matka – gorąco polecam!

7 myśli na temat “Macedonia: „Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”, a więc Mus Mozołu znów zgubił się w górach

  1. O rany… Aga, podziwiam… już nie wspomnę o wędrówce z ciężkimi plecakami, stromą wspinaczką, wyprawą w nieznane i ucieczką przed niedźwiedziem. Powidziwiam Was za to, że przez całą wyprawę macie usmiechnięte buzie. Ja nawet do zdjęcia bym nic z siebie nie wykrzesała. Ale za to takie historie fajnie się opowiada i czyta 🙂

    1. Fajnie się je opowiada, jak już się siedzi w domku 😉 Wierz, że nie było mi do śmiechu. A te uśmiechy ze zdjęcia to nie wiem skąd się brały 😉

  2. Szlifierka niedźwiedziem! Hit 😀 ale wcale mnie to nie dziwi, mój mózg też potrafi płatać tego rodzaju figle. Ale zobaczyć rysia na żywo bardzo bym chciała 😀 może być z bezpiecznej odległości 😉

  3. Kurczę, przyjemna relacja, chociaż wierzę, że musiało być trudno i strasznie (na przykład z niedźwiedziem w głowie – znam to, ja mam w głowie dziki!). Podobno można wykupić sobie fajne ubezpieczenie, w którym mniej więcej chodzi o to, że gdy ci źle albo gdy się zgubisz, klikasz przycisk i leci po Ciebie helikopter. Ale w sumie jak dałyście radę tu, to i wszędzie dacie! 😉

Dodaj komentarz