Izrael: historia pewnego zdjęcia

tło mmartwe

Bez wykąpania się w Morzu Martwym nie wyjechałabym z Izraela. A ściślej mówiąc – bez zdjęcia z gazetą, którą czytam zrelaksowana, unosząc się na powierzchni gęstej, słonej wody. To był taki cel numer 1 na ten wyjazd. I cóż, mission accomplished!

Wyruszyliśmy wcześnie rano z Tyberiady, po długiej, traumatycznej nocy, którą być może kiedyś tu opiszę (uściski dla Olgi). Ostatni rzut oka na senne, trochę jakby zamglone Jezioro Galilejskie, pożegnanie z Tyberiadą, która dostarczyła nam wielu emocji, i ruszamy na południe drogą nr 90.

Od Morza Martwego dzieliło nas ok. 140 km, zanim jednak zamoczyliśmy swoje organizmy w gęstej i ciepłej wodzie, odwiedziliśmy Jardenit, czyli jedno z wielu miejsc, które pretenduje do miana tego, w którym Chrystus przyjął chrzest. To tutaj z Jeziora Galilejskiego wypływa rzeka Jordan. Dzisiaj zbudowane jest tu baptysterium, w którym chętni mogą przyjąć chrzest. Wystarczy założyć gustowne, białe wdzianko i zanurzyć się w wodach Jordanu. My nie próbowaliśmy.

Ruszamy dalej na południe. Krajobrazy za oknem zmieniają się powoli na bardziej pustynne, zieleni jakby trochę mniej. Zbliżamy się nieuchronnie do granicy z Autonomią Palestyńską, co wprowadza nieco ożywienia na pokładzie. Ciekawe, czy nas wylegitymują. Będą nas wypytywać? A jak nas aresztują? Nie, po prostu zastrzelą. No i zawód. Nikt się nami nie zainteresował, wjechaliśmy na teren Autonomii Palestyńskiej (choć droga nr 90 jest kontrolowana przez Izrael). Za to przy kolejnym przekroczeniu granicy, kiedy ponownie wjeżdżaliśmy do Izraela, nasza obecność nie pozostała już niezauważona.

Dokąd jedziemy? To zawsze trudne pytanie. Jedziemy przed siebie!

Minęliśmy Ein Gedi, kibuc z gorącymi źródłami, i zameldowaliśmy się w miejscowości Ein Bokek, która według anonimowych źródeł, jest najlepszym kąpieliskiem nad Morzem Martwym. Ochoczo przystąpiliśmy do testowania kurortu, zwłaszcza, że temperatura sięgała 40 stopni. Bosko. Chyba nie pisałam jeszcze, że nie znoszę upałów? No i mam co chciałam:

TO zdjęcie.JPG

Pierwsza euforia, dzikie harce, bo woda wypycha, bo taka gęsta, bo można się położyć, i tak przyjemnie, i chłodno, i czad, no rewelacja po prostu, bajka, ja tu zostaję!

A potem woda wpadła mi do oka. I do nosa. I w jeszcze inne miejsca. Matko z ojcem, chyba wypali mi twarz. I nie tylko twarz. Tragedia. Co to jest, kwas jakiś? Czemu tak szczypie? Usta bolą, w nosie drapie. Brr. I skóra jakaś już podrażniona. No fajnie było, ja wychodzę na brzeg. Zdjęcie zrobione, na dziś mi wystarczy.

Okolice Morza Martwego to dla mnie trochę księżycowy krajobraz. Roślin niewiele, same skały, dużo soli i ewentualnie jakiś kurort z drogimi hotelami. Zasolenie wody wynosi aż 26% (w Morzu Śródziemnym ok. 4%, skóra to czuje). Dziwnie  się także czułam kiedy uświadomiłam sobie, że jesteśmy poniżej poziomu morza – tafla Morza Martwego znajduje się na wysokości ponad 400 metrów pod poziomem morza.

Wiele osób korzystało z kąpieli błotnych i smarowało się błotem z Morza Martwego, jednak dla mnie sól była już wystarczającą ekstrawagancją. Może następnym razem, czemu nie. Zrelaksowani, wypoczęci i wspaniali jak zawsze udaliśmy się do samochodu, by ruszyć w dalszą podróż – tym razem do Jerozolimy. Jeszcze tyle przed nami!


Przeczytaj też:
Szalom. Co przeczytać przed wyjazdem do Izraela?

Obejrzyj:
Galeria zdjęć z Izraela

5 myśli na temat “Izrael: historia pewnego zdjęcia

    1. Ja bylem w Ein Bokek 3 dni, siedzialem w wodzie od rana do wieczora, nic mnie nie szczypalo i zdjecia z gazeta nie mam. Nikt mnie nie sprawdzal, pewnie nie mam arabskiego wygladu, no ale sa to indiwidualne przezycia. Zgadza sie hotele do najtanszych nie naleza.

  1. I jest zdjęcie z gazetą! 😀 pomimo podrażnionej skóry, o której piszesz i tak bym chciała się tam zanurzyć a maseczkę z błota obowiązkowo w ramach „Morze Martwe spa” 😀

Dodaj komentarz