TOP 5 – Znalezione nie kradzione, czyli 5 mrożących krew w żyłach historii

Co lepiej zgubić w podróży – telefon czy pieniądze? Pieniądze czy paszport? A może aparat fotograficzny pełen zdjęć z wyjazdu? To trudne pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jako że posiadam niemałe doświadczenie w gubieniu i odnajdywaniu wyżej wspomnianych gadżetów, przedstawiam Wam 5 mrożących krew w żyłach historii z życia wziętych. Każda z nich przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Każda z nich skończyła się dobrze. Nie wiem czym zasłużyłam sobie na tak wysoki limit szczęścia, ale niech to trwa, bo mój potencjał gubienia Ważnych Rzeczy jest chyba nieograniczony.


1.

CZAS AKCJI: wrzesień 2016 r.
MIEJSCE AKCJI: Włochy, Dolina Aosty, dworzec autobusowy w Cogne
ZAGINIONY: telefon

Wrzesień 2016 roku to piękny wyjazd do Doliny Aosty, gdzie w nieustającej euforii podziwiałam majestatycznego Mont Blanca. Po wzorcowym mozole w Aoście oraz Courmayeur, przeniosłyśmy się do Cogne, gdzie odwiedziłyśmy m.in. schronisko Vittorio Sella al Lauson położone w Parku Narodowym Gran Paradiso. Wcześniej jednak przeżyłam chwile grozy.

Z Courmayeur do Cogne przyjechałyśmy autobusem. Pierwsze kroki po przyjeździe skierowałyśmy do budynku dworca, żeby poszukać jakiejś mapy miejscowości. Kątem oka dostrzegłam, że na dworcu dostępne jest wifi (nie, to wcale nie jest uzależnienie). Mechanicznie sięgnęłam do saszetki, w której zazwyczaj trzymam telefon – trzeba przecież sprawdzić, czy wifi działa 😉 Saszetka była pusta, kieszenie spodni również, w ogóle mojego telefonu ani widu, ani słychu. Zorientowałam się, że musiałam zostawić telefon w autobusie. Może jeszcze nie odjechał – pomyślałam z nadzieją i pobiegłam co sił do miejsca, w którym wysiadałyśmy. Nie odjechał! Weszłam do środka, kierowca gorączkowo próbował wytłumaczyć mi coś po włosku, ale ja przekrzyczałam go swoim I am looking for my phone! No i znalazłam. Telefon leżał sobie na siedzeniu, które jeszcze niedawno zajmowałam. Kierowca zrozumiał o co chodzi i nawet zaczął się uśmiechać.

Telefon znaleziony. 1:0 dla mnie.

A Cogne i Park Narodowy Gran Paradiso powitały nas takimi plenerami:


2.

CZAS AKCJI: marzec 2017 r.
MIEJSCE AKCJI: Maroko, Merzouga, piaski pustyni
ZAGINIONY: aparat fotograficzny

Tym razem poszukiwanym był aparat, który w tajemniczych okolicznościach zaginął na pustyni. Jak się później okazało, aparat zaplątał się gdzieś w wielbłąda.  A było to tak…

Punktem kulminacyjnym wyjazdu do Maroka miała być przejażdżka na wielbłądzie. Kiedy w końcu nadeszła ta długo oczekiwana chwila i dostałam swojego osobistego zwierzaka, strzelałam fotki jak oszalała. Selfie na wielbłądzie numer sto trzydzieści siedem – proszę bardzo! Po zakończeniu przejażdżki i zejściu z mojego dzielnego wielbłąda, zaczęłam kręcić się po okolicy. Chciałam zrobić zdjęcie i nagle uświadomiłam sobie, że nie mam aparatu, który był przytroczony do mojej saszetki przewieszonej przez ramię. Został po nim jedynie zerwany pasek. Zgubiłam aparat na pustyni, przecież nigdy w życiu go nie znajdę! – w tym momencie życie straciło sens, słońce zaszło za chmury i zapadła wieczna noc…

Zanim popadłam w czarną rozpacz, wróciłam się po własnych śladach aż do wielbłąda, który był zaparkowany w pobliżu i wiecie co? Ten poczciwy zwierz leżał sobie z moim aparatem w siodle. Przy schodzeniu musiałam widocznie zaczepić sznurkiem o konstrukcję siodła i aparat został gdzieś między tymi wszystkimi kocami, na których się siedzi.

Aparat znaleziony. 2:0 dla mnie.

A to zdjęcie wykonane po szczęśliwym odnalezieniu sprzętu:

karwana-3


3.

CZAS AKCJI: wrzesień 2016 r.
MIEJSCE AKCJI: Polska, Warszawa, Dworzec Centralny
ZAGINIONY: dowód osobisty

Tym razem wybierałam się do Zakopanego z moimi rodzicami. Czekaliśmy na pociąg do Krakowa. Przygotowałam sobie wcześniej bilety i dowód, żeby mieć je pod ręką. Pociąg podjechał, wsiedliśmy do środka, zajęliśmy miejsca. Do odjazdu pozostało 7 minut. Usłyszałam, jak ktoś pyta kogoś: masz dowód? Na wszelki wypadek postanowiłam sprawdzić, czy i ja mam swój dokument. Powinien być w kieszeni, a tu niespodzianka – nie ma. Ani w kieszeni, ani w portfelu, ani w ogóle nigdzie. Spojrzałam na zegarek, zobaczyłam, że zostało mi kilka minut do odjazdu pociągu, wybiegłam na peron i znalazłam swój dowód leżący na ziemi, wśród tłumu pasażerów, z których każdy mógłby go podnieść (w dobrej wierze) i zanieść nie wiadomo gdzie. Tak się akurat składało, że dwa tygodnie później wyjeżdżałam na mój wolontariat do Brukseli. Gubienie dowodu chwilę przed takim wyjazdem to głupi pomysł, prawda?

No, ale dowód znaleziony. 3:0 dla mnie.

A w Zakopanem wściekle lało przez 3 z 4 dni, jakie tam spędziliśmy.


4.

CZAS AKCJI: wrzesień 2017 r.
MIEJSCE AKCJI: Macedonia, Mavrovi Anovi, przydrożny bar
ZAGINIONY: paszport, dowód osobisty, pieniądze, karta płatnicza, telefon. Prawdopodobnie także zdrowy rozsądek.

Tak, wiem. Trzeba być nienormalnym, żeby wszystkie te dość przydatne gadżety trzymać w jednym miejscu. Zazwyczaj tego nie robię, ale tego dnia coś mi się stało w głowę i wszystko wrzuciłam do saszetki, którą zawsze noszę ze sobą w podróży. Dlaczego to zrobiłam? Chyba po to, żeby było bardziej dramatycznie.

To był w ogóle trudny dzień. Po trekkingu w okolicy jeziora Mavrovo, podczas którego kompletnie zgubiłyśmy szlak i schodziłyśmy z góry na przełaj, byle w stronę tafli jeziora, udało nam się w końcu dotrzeć do miejscowości Mavrovi Anovi. Siadłyśmy w jednym z barów, zamówiłyśmy po piwie i jakoś tak wyszło, że nawiązałyśmy znajomość z właścicielem tego baru. Pan Macedończyk był na tyle miły, że zaproponował, że odwiezie nas do miejscowości Trnica, oddalonej o 6 kilometrów, gdzie miałyśmy zarezerwowany nocleg. Wsiadłyśmy więc do białego, niezniszczalnego samochodu marki Yugo i odjechałyśmy w ciemną noc.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce i pani w recepcji poprosiła o dokumenty, z przerażeniem zorientowałam się, że chyba czegoś mi brakuje. Szczęśliwie nasz macedoński dobroczyńca jeszcze sobie nie pojechał, więc maskując totalną panikę podeszłam do niego i zakomunikowałam, że mam problem. Otóż sądzę, że zostawiłam u niego w barze saszetkę z paszportem, pieniędzmi, telefonem, w ogóle wszystkim i błagam, pomóż mi człowieku. Pan Macedończyk najpierw próbował mnie uspokoić, następnie wykonał kilka telefonów, potem stwierdził, że jak dotąd ukradli mu w barze tylko dwa telefony komórkowe, ale na pewno wszystko będzie dobrze. Chwilę później zadzwonił do niego serbski kuzyn i oświadczył, że znalazł saszetkę. Umówiliśmy się, że miła pani pracująca w hotelu przywiezie mi ją następnego dnia rano i tak też się stało. Nic nie zginęło. Sądzę, że ta historia wyczerpuje przydział farta na kilka następnych wyjazdów.

Paszport, dowód osobisty, pieniądze, karta płatnicza, telefon znalezione. 4:0 dla mnie.

A Macedończycy są wspaniali.

Na zdjęciu ja, Monika i pies, który dzielnie się z nami gubił. Tutaj jeszcze mam saszetkę ze sobą 🙂

trekk


5. CZAS AKCJI: sierpień 2015 r.
MIEJSCE AKCJI: Polska, góry Wałbrzyskie, Chełmiec
ZAGINIONY: aparat fotograficzny

Historia banalna – w góry Wałbrzyskie przygnała mnie potrzeba zdobycia kolejnego szczytu z Korony Gór Polski (w zasadzie to mus). Ta część planu została zrealizowana bez większych niespodzianek, natomiast zejście z tej uroczej górki zapamiętam na długo. Po pierwsze dlatego, że było bardzo strome i pełne śliskich liści, ale przede wszystkim ze względu na fakt, że po pokonaniu sporego odcinka w dół zorientowałam się, że nie mam aparatu. Widocznie musiał wypaść mi po drodze, kiedy walczyłam z grawitacją.

Nie pozostało mi nic innego, jak powrót na górę z nosem przy ziemi. Pamiętam, że rozgarniałam leżące liście i lazłam na górę prawie na czworakach. Po około 10 minutach znalazłam mój aparat, który leżał sobie spokojnie na kupie liści. To trochę tak, jak znaleźć igłę w stogu siana, ale udało się.

Aparat znaleziony. 5:0 dla mnie.

I zdjęcie ze szczytu, jeszcze przed dramatyczną akcją poszukiwawczą:

chełmiec


Czasem zastanawiam się, jak to jest możliwe, że jak dotąd podczas moich podroży nigdy nie zgubiłam niczego cennego ani nie zostałam okradziona. I w ogóle nie wiem, jak to się dzieje, że przytrafiają mi się takie rzeczy, bo na ogół jestem (jak sądzę) raczej ogarnięta.

Na pewno macie w zanadrzu podobne historyjki. Pochwalcie się – co, gdzie i kiedy zgubiliście? I najważniejsze – udało się odzyskać? 🙂

8 myśli na temat “TOP 5 – Znalezione nie kradzione, czyli 5 mrożących krew w żyłach historii

  1. O jaa! Ty to masz przygody. Mam nadzieje, ze juz wiecej niz nie zgubisz! I dobrze, ze udalo Ci sie wszystko odnalezc! 🙂

  2. Oj nie wywołuj wilka z lasu… oby to była ostatnia zguba w Twoim życiu, ale następnym razem musisz chyba bardziej uważać, albo przynajmniej mieć osobę obok, która wszystko kontroluje. Aparat to pikuś, w przeciwieństwie do zgubionych gdzieś zagranicą (poza UE) dokumentów (paszportu) i pieniędzy.

  3. aż się ciśnie na usta: więcej szczęścia niż rozumu!!
    ale niestety ja tak nie mogę do Ciebie powiedzieć.. bo sama mam podobne hece 😉
    zajrzyj u mnie w post „smartfon w opałach”

    fajnie napisane tak w ogóle 🙂 idę się rozejrzeć u Ciebie po blogu.
    Pozdrawiam

  4. U mnie chyba więcej strachu przed zgubieniem niż naprawdę pogubionych rzeczy. W podobny sposób szukałem aparatu koło zamku w Chęcinach, też leżał sobie na kupie liści 🙂
    Ale trzeba przyznać bez bicia – masz niesamowitego farta. I niech ten fart z tobą zostanie 🙂

Dodaj komentarz