Tatry: Kościelec, czyli królestwo mgieł

Nigdy nie było mi po drodze na Kościelec. Bo trzeba wejść i zejść tą samą drogą, a ja tego nie lubię. Bo inne szlaki kusiły bardziej. Bo pogoda nie taka. W tym roku postanowiłam, że nie ma zmiłuj – biorę mozół i wchodzę na tę górę. W asyście mgły prawdopodobnie udało mi się wleźć na szczyt, choć któż wie, gdzie tak naprawdę byłam. W królestwie mgieł – tego jestem pewna.

Kościelec to szczyt znajdujący się w Dolinie Gąsienicowej w Tatrach Wysokich, mierzący sobie całe 2155 m.n.p.m. O szlaku prowadzącym na wierzchołek krążą różne historie – jedni opowiadają o niestworzonych trudnościach, inni przyznają, że jest wymagająco, a jeszcze inni prychają z lekceważeniem twierdząc, że droga po bułki do sklepu bywa trudniejsza. Ocen jest z pewnością tyle, ilu turystów zdobywających ten szczyt i jest to naturalne. Jak oceniam ten szlak ja? Na pewno mozolnie, to oczywiste, a reszty dowiecie się poniżej!

1. Kościelec - nasz cel
Kościelec to ta większa piramidka po lewej stronie. Jeszcze go widać!

Na szlak wyruszyłyśmy o godz. 6.30, wybierając drogę wiodącą z Kuźnic przez Boczań. Tego dnia prognozy pogody nie były rewelacyjne – miało być pochmurnie, a po południu zapowiadano deszcz. To nawet lepiej – pomyślałam. Będzie większa motywacja, żeby iść szybciej. Na szlaku spotykałyśmy pojedyncze osoby, w tym Węgrów, którzy planowali jakąś nieziemską ekspedycję przez Zawrat, Szpiglasową Przełęcz i Rysy aż do Starego Smokowca. Jedną z wielu korzyści, jakie wyniosłam z mojego wolontariatu międzynarodowego w Brukseli, było poznanie kilku węgierskich słówek. Wymieniliśmy więc polsko-węgierskie uprzejmości, niemiłosiernie kalecząc wzajemnie swoje języki. Wkrótce Węgrzy pobiegli żwawo przed siebie, a my statecznym tempem doczłapałyśmy się do Hali Gąsienicowej.

Choć byłam tu nie raz i nie dwa razy, ten widok za każdym razem sprawia, że muszę się zatrzymać i powzdychać nad sielskością tego krajobrazu. Tak to przynajmniej tłumaczę ludziom, bo to brzmi lepiej niż przyznać się, że brakuje mi tchu, bo moja kondycja została w domu. No więc stoję i podziwiam nasz cel, który chowa się nieśmiało za chmurą. I tak cię dopadniemy, Kościelcu, nie kombinuj! 🙂

2. Kościelec - jeszcze go mniej więcej widać
Nasz cel powoli chowa się za chmurami…
3. Hala Gąsienicowa
…aż w końcu został tylko Mały Kościelec.

Pozdrawiam serdecznie miłego Pana, który słysząc, jak Monika mówi do mnie, że ma chyba za mało wody, ofiarował nam swoją butelkę. Mijaliśmy się na szlaku jeszcze kilkukrotnie. Nie wiem, czy to z powodu wczesnej pory czy niepewnej pogody, ale w drodze na Kościelec spotkałyśmy zaledwie kilka osób. Czyli optymalnie – akurat tyle, żeby nie zmęczyć się towarzystwem innych, ale i nie popaść w paranoję wyimaginowanych niedźwiedzi. W tym jestem dobra.

4. W Zielonej Dolinie Gąsienicowej
Szlak wiodący przez Zieloną Dolinę Gąsienicową

Na przełęcz Karb docieramy przez Zieloną Dolinę Gąsienicową (a więc przy Murowańcu wybieramy szlak czarny, a potem niebieski). Zbyt dobrze pamiętam strome podejście na Karb od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego, aby wybrać ten wariant szlaku. Idziemy więc wśród uroczych stawków, podziwiamy sielski krajobraz, a dopiero w końcowej fazie podejścia na przełęcz wypluwamy sobie płuca, bo jednak jest pod górę.

5. Do Karbu już rzut beretem
Do Karbu już rzut beretem
6. Monika na szlaku
Monika na szlaku
7. Na przełęczy Karb. Zaczyna się to, co najlepsze!
Na przełęczy Karb. Zaczyna się to, co najlepsze! 🙂

Na przełęczy robimy chwilę przerwy. Z góry schodzi akurat miła Pani, więc wypytujemy co i jak. Najważniejszą informacją, jaką wyławiamy jest fakt, że na górze czekają na nas kozice, a jedna z nich zrobiła siku 3 metry od tej pani. Lepszej zachęty nam nie potrzeba! Ruszamy we mgłę, początkowo bez żadnych trudności, po wygodnych schodkach. Podejście powinno trwać około 40 minut, ale idziemy niespiesznie, bo po co się spieszyć?

8. Widok na Karb
Widok na przełęcz Karb ze szlaku na Kościelec
9. Początkowy etap szlaku
Początkowy etap szlaku
10. WYłaniam się z mgły
Wyłaniam się z mgły 🙂

Pierwsza przeszkoda pojawia się już wkrótce i jest wyjątkowo niepozorna. Ot, taki tam próg skalny, cóż w tym trudnego? Przepaści tu w sumie nie ma, wlezę przecież bez problemu. Do połowy. W połowie jakoś zabrakło mi pomysłu, gdzie by tu postawić nogę, czego by się tu przytrzymać… No kurczę, miało być łatwo, a tymczasem tkwię w połowie pierwszej trudności i niespecjalnie mam odwagę iść w górę. Po chwili filozoficznych rozmów z Moniką stwierdziłam, że schodzę na dół i spróbuję raz jeszcze od początku. Tak też zrobiłam i tym razem udało się bez większych trudności. W mojej głowie kołatała jedynie myśl: świetnie, bądź z siebie dumna, ciekawe tylko jak stąd zejdziesz. Kiedy wymsknęło mi się niemrawe ej, jak my stąd zejdziemy?, Monika kategorycznym tonem oznajmiła, że najpierw wchodzimy, a potem martwimy się zejściem. Wydało mi się to dobrym pomysłem, więc przystałam bez protestów.

11. Monika pokonuje przeszkodę
Monika sprawnie pokonuje przeszkodę…
12. ja pokonuję przeszkodę
Ja pokonuję ją trochę mniej sprawnie, ale najważniejsze, że się udaje.

Potem tego typu przygód już nie ma. Nie znaczy to, że jest całkiem łatwo – są kolejne skalne ściany, na które trzeba się wdrapać, ale żadna z nich nie dostarcza mi tylu wrażeń, co ta pierwsza. Szlak prowadzi też przez pochyłe płyty skalne, które przy suchej pogodzie nie sprawiają większych trudności. Serdecznie dziękuję jednak za przyjemność wdrapywania się po tych płytach w deszczu.

13. skalne płyty
Trochę nachylenia jest. Dopóki jest sucho, jest w porządku.

Po drodze spotykamy wspomniane kozice, które nic sobie nie robią z naszej obecności. Skubią trawkę i skaczą po kamieniach jak… kozice.

Kozica
Czego tam wypatrujesz, kozico?

Krok za krokiem, czujemy, że zbliżamy się do szczytu, no bo ile można iść. Spacerujemy po wielkich kamieniach, mgła czasem zasłania wszystko dookoła, a czasem łaskawie odkrywa to i owo. Trudno jest mi ocenić, czy szlak wiedzie na przykład skrajem przepaści, bo zamiast przepaści widziałam mgłę. Dla tych, co mają różnego rodzaju lęki wysokościowe, wędrówka we mgle to chyba całkiem niegłupie rozwiązanie 🙂

14. w drodze na szczyt
Mgła łaskawie pozwala nam czasem podziwiać okoliczne szczyty
15. już prawie
To już prawie wierzchołek!

No i w końcu jest! Szczyt wyłania się dość nieoczekiwanie. Jest wąsko i podejrzewamy, że zarówno z lewej jak i z prawej strony zieje przepaść, ale mgła skutecznie ukrywa ten fakt. Zajmujemy miejscówki w pierwszym rzędzie i podziwiamy spektakl pod tytułem W królestwie mgieł. Absolutna cisza, nieco mroczna, mglista atmosfera i satysfakcja, że udało się tu wleźć. Spędzamy na szczycie dobrych kilkadziesiąt minut, bo czas nas nie goni.

16. Na szczycie
Na szczycie – łącznie z nami 4 osoby.
17
A więc jednak tam są góry!
18. najlepsza miejscówka
Ja tu zostaję.
19
Lepiej się tu nie poślizgnąć.
20
Obowiązkowe selfie na szczycie.

Nie odmówiłyśmy sobie też relacji na żywo z Kościelca, którą można było obejrzeć na Facebooku Musu Mozołu. Jakość może nienajlepsza, głębia przemyśleń nie powala, ale to pierwsza w historii Musu Mozołu relacja na żywo ze szczytu. Czego się nie robi dla fanów! 🙂

Kiedy już uporałyśmy się ze wszystkimi gwiazdorskimi obowiązkami,  zakończyłyśmy sesje zdjęciowe, wyleżałyśmy się na zimnych kamieniach i wysmagał nas wiatr, nadeszło nieuniknione. Skoro się weszło, trzeba też zejść. Na próżno było szukać u mnie entuzjazmu, nie jestem fanką schodzenia z gór. Nie bardzo miałam jednak wyjście, więc wzięłam się w garść i zlazłam. I wiecie co? Było dużo łatwiej niż przypuszczałam. Nawet ta pierwsza, straszna przeszkoda, której obawiałam się najbardziej, przy schodzeniu nie sprawiła mi większych trudności. Chyba po prostu Kościelec miał mnie serdecznie dość i postanowił zezwolić mi na możliwie szybkie opuszczenie szczytu. Dzięki, miła góro!

21-w dol
Tylko ostrożnie!
22-w dol
Schodzić czy nie schodzić – oto jest pytanie 😉

Na przełęczy Karb zatrzymujemy się na krótki posiłek regeneracyjny (choć jadłyśmy też na szczycie!). Następnie przez skrytego me mgle Małego Kościelca schodzimy nad Czarny Staw Gąsienicowy, którego nawet nie widać. Po drodze spotykamy parę z Belgii, na której wymuszam deklarację, że Tatry są piękne a Polska jest wspaniała 😉 Znad Czarnego Stawu drepczemy do Murowańca, gdzie (a to ci niespodzianka!) znów wcinamy kabanosy i pasztet. Czyżby wyjazd z góry był tylko przykrywką umożliwiającą objadanie się do nieprzyzwoitości…? 😉

na stronę
Mały Kościelec we mgle
idziemy przed siebie
Droga mleczna 🙂

Do Kuźnic schodzimy przez Boczań, a żeby nie było zbyt monotonnie, zaczyna porządnie padać, a wkrótce także grzmieć. Na szczęście jesteśmy już dość nisko, choć to nie chroni nas przed przemoczeniem. Ta ulewa automatycznie podnosi wartość wycieczki w skali mozołu 🙂 Kościelec był dla nas bardzo łaskawy, pozwolił nam wspiąć się na szczyt w przyzwoitych warunkach. Szlak oceniam jako bardzo ciekawy – jest trochę adrenaliny, są piękne widoki (tak podejrzewam, coś mi mówi, że za tą mgłą coś musi się kryć), mozół był więc usatysfakcjonowany.

Dzięki, Kościelcu, za gościnę i do zobaczenia, mam nadzieję!


OCENA W SKALI MOZOŁU: 6/10

mus małymus małymus małymus małymus małymus małymus mały szarymus mały szarymus mały szarymus mały szary

 

To nie jest jakiś dziki hardkor, ale mimo wszystko trochę się trzeba napracować, aby wleźć na szczyt. Dodatkowy punkt za pierwszą przeszkodę – półkę skalną, której pokonanie kosztowało mnie nieco nerwów. Duży plus za szeroki wybór przepaści, w które można się z gracją (lub bez) stoczyć. No i ta ulewa przy zejściu do Kuźnic – majstersztyk! Mus Mozołu jest pod wrażeniem.

Podsumowując – 6 na 10 w skali mozołu. Czyli całkiem nieźle, ale bywało mozolniej.


 

Dodaj komentarz