Napisałabym, że Dinant to małe belgijskie miasteczko słynące z pocztówkowego widoku. Ale nie jestem pewna, czy o mieście, o którym prawie nikt nie słyszał, można powiedzieć, że z czegoś słynie. Załóżmy jednak, że można, bo muszę przecież jakoś zareklamować tę sympatyczną mieścinę.
Kategoria: Belgijska emigracja
Holandia: Nijmegen, miasto pierwszego holenderskiego kontaktu
Nie samą Belgią żyje człowiek. W ostatnią sobotę postanowiłam skoczyć za miedzę i zobaczyć, jak się żyje Holendrom w Nijmegen. Pobieżne oględziny potwierdziły moje przypuszczenia: żyje im się całkiem sympatycznie, bo Nijmegen to po prostu fajne miasteczko. Choć jest najstarszym miastem Holandii, to mnóstwo w nim młodych ludzi, klimatycznych uliczek i przyjemnych knajpek. Można jechać.
Czytaj dalej „Holandia: Nijmegen, miasto pierwszego holenderskiego kontaktu”
Leuven: belgijska stolica piwa z wielkim robalem w tle
Leuven to takie miasteczko, o istnieniu którego dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy przyjechałam do Belgii. Szukałam jakiegoś miłego miejsca na jednodniowy wypad, niedaleko Brukseli. Przewodnik oczywiście zachęcał, reklamując Leuven jako „belgijską stolicę piwa z jednym z najbardziej ozdobnych ratuszy i najstarszym uniwersytetem”. Wszystko się zgadza, ale to, co tak naprawdę zapamiętam z Leuven, to wielki robal nabity na pal stojący na jednym z głównych placów miasta.
Czytaj dalej „Leuven: belgijska stolica piwa z wielkim robalem w tle”
Gandawa: średniowieczny Manhattan
Gandawa to pierwsze miasto, jakie odwiedziłam podczas mojej Wielkiej Belgijskiej Emigracji (poza Brukselą oczywiście, która przez najbliższe 10 miesięcy będzie moim domem). Było pięknie, smacznie, klimatycznie. Trochę średniowiecznie, trochę bajkowo, a także kompletnie niezrozumiale – język flamandzki to uroczy, melodyjny bełkot. Zapraszam, zachęcam, polecam!



