Kirgistan: trekking z Jergalanu do Ałtyn-Araszanu

Do Kirgistanu przyjechaliśmy dla gór. Choć spędziliśmy w tym kraju miesiąc i widzieliśmy wiele pięknych miejsc, to jednak gwoździem programu miał być (i był!) trekking w górach Tien-Szan, w okolicy jeziora Issyk-Kul. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale tego, co najważniejsze – czyli mozołu i zachwytów – nie zabrakło. O naszej kirgiskiej, górskiej przygodzie przeczytacie poniżej.

Dolina Ak-Suu. Czwarty dzień trekkingu.

Plan zakładał przejście następującej trasy: Jergalan – Ałtyn Araszan – jezioro Ala-Kul – Jeti Oguz. Około 7-8 dni pięknej poniewierki w dziczy, w towarzystwie krów i koni pasących w nieprzyzwoicie zielonych dolinach. 115 kilometrów wędrówki, przełęcze położone na wysokości ponad 3 tysięcy metrów, skandalicznie piękne jeziora, rwące strumienie i ośnieżone szczyty w oddali – Kirgistan wie, jak zachwycić! Niestety jednak świat nie zezwolił nam na ukończenie trekkingu w całości – po 3,5 dniach idealnej pogody do akcji wkroczył mozół pod postacią ulewnego deszczu, dlatego też (po przeczekaniu jednego dnia w jurcie) postanowiliśmy dopłynąć do Ałtyn-Araszanu i tam, po około 65 kilometrach, zakończyć naszą przygodę. Zapewniam, że nawet w tak skróconym wariancie ta trasa warta jest każdej zadyszki!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Zapraszam na trekking w Górach Niebieńskich (Tien-Szan), w paśmie Terskej-Alatoo, w północno – wschodniej części Kirgistanu! Trasa naszego trekkingu (planowana) była następująca:

Jergalan (ok. 2300 m.) – dolina Jergalan – I nocleg – przełęcz Terim Tor (3467 m.) – przekroczenie rzeki Turgon-Ak-Suu – II nocleg – przełęcz Boz-Uchuk Ashuu (3362 m.) – jezioro Boz-Uchuk (3460 m.) – jezioro Ailanysh (3445 m.) – III nocleg – przełęcz Ailanysh (3671 m.) – dolina Ak-Suu – yurt camp (ok. 2800 m.) – IV i V nocleg – przełęcz (3609 m.) – Ałtyn Araszan (ok. 2700 m.)

Trasę pokonywaliśmy w terminie 10.08 – 16.08.2019. Duża część trasy wiedzie na wysokości 3000 – 3500 m.n.p.m., a tu pogoda może zmieniać się szybko – w jednej chwili rozpływamy się w słońcu, ale gdy tylko słońce schowa się za chmurą, robi się zimno. Cały trekking – z Jegalanu do Jeti-Oguz zakłada, że pokonamy ponad 7 tysięcy metrów zejść i podejść. My przeszliśmy połowę tej trasy (Jergalan – Ałtyn Araszan), a więc około 65 kilometrów. Trasa, choć nie jest specjalnie wymagająca technicznie, to na pewno jest wymagająca kondycyjnie. Polecam ją miłośnikom mozołu, którym już kiedyś zdarzyło się spać w górach w namiocie i nieść na plecach cały dobytek przez kilka dni. Oczywiście można dowolnie zmieniać, skracać i wydłużać trasę – z wielu okolicznych dolin są szlaki, którymi można zejść do cywilizacji, tak więc można spokojnie zaplanować sobie nawet 2-3 dniowy wypad w góry. Nie spotkacie tu raczej żadnych niebezpiecznych zwierząt, za to na pewno będziecie wędrować w towarzystwie ciekawskich krów, koni, tłustych świstaków i pociesznych kóz.

A może mozół w sąsiednim Kazachstanie? O piekielnym trekkingu w Niebiańskich Górach przeczytaj TU!

W trakcie trekkingu spaliśmy w namiotach (3 noce), w jurcie w dolinie Ak-Suu oraz w guesthousie w Ałtyn-Araszanie. W mojej ocenie przy tego rodzaju trekkingu namiot jest niezbędny, bo choć minęliśmy jeszcze 2 miejsca z jurtami (zaraz po opuszczeniu Jergalanu oraz w miejscu, w którym przekraczaliśmy rzekę Turgon Ak-Suu), to jednak możliwość spędzenia nocy pod dachem jest tam bardzo mocno ograniczona. Temperatura w nocy spadała czasami do kilku stopni, (a może i nawet zera), tak więc trzeba być odpowiednio przygotowanym. Trasa ta, według informacji uzyskanych w punkcie informacji turystycznej w Karakole, jest możliwa do przejścia od lipca do października, choć trzeba pamiętać, że są to już całkiem wysokie góry i śnieg padający w sierpniu czy wrześniu nie jest żadnym zaskoczeniem.

Posiłki przygotowywaliśmy sami, jednak żywiliśmy się przede wszystkim liofilizatami kupionymi wcześniej w Polsce. Poza tym mieliśmy ze sobą przegryzki, bakalie, batony itd. W jurcie nad rzeką Turgon Ak-Suu oraz w Ałtyn Araszanie jest możliwość zamówienia posiłku. W centrum turystycznym Visit Karakol w Karakole kupiliśmy butlę z gazem potrzebną na trekking (700 somów, ok. 38 zł). W innym „biurze turystycznym” wypożyczaliśmy na tydzień palnik pasujący do butli, bo niestety nie mogliśmy takiej nigdzie kupić (1050 somów, ok. 57 zł). Już po powrocie z trekkingu udało nam się znaleźć w Karakole sklep myśliwski przy bazarze, gdzie za 1100 somów, (ok. 60 zł) kupiliśmy palnik, który przydał nam się w trakcie dalszej podróży. Jeśli chodzi o dostęp do wody, to w trakcie tego trekkingu nie ma z tym większego problemu. Konieczne jest oczywiście odkażanie wody. My używaliśmy tabletek do odkażania lub też po prostu gotowaliśmy wodę i na szczęście nie mieliśmy żadnych przykrych historii żołądkowych.

W tym samym centrum turystycznym kupiliśmy także mapę (400 somów, ok. 22 zł), na której zaznaczona była trasa naszego trekkingu – warto ją kupić, bo choć nie jest bardzo szczegółowa, to jest już jakimś punktem zaczepienia. W trakcie trekkingu korzystaliśmy jednak przede wszystkim z aplikacji maps.me – jest ona darmowa i dostępna dla każdego, trzeba tylko pobrać mapę Kirgistanu. Trasa trekkingu jest zaznaczona na mobilnej mapie i był to nasz główny drogowskaz w trasie. Czasami na szlaku można znaleźć jakieś oznakowania – kopczyki kamieni lub znaki namalowane na kamieniach, ale zazwyczaj będziecie zdani tylko na siebie.

Na tym fragmencie mapy zaznaczony jest przebieg tej części trasy, którą udało nam się zrealizować.
Informacje dotyczące naszego trekkingu zawarte na okładce mapy.

DZIEŃ 1

Jak rozpocząć trekking w stylu mozolnym? Najlepiej w strugach deszczu! Po przebudzeniu się rano w hostelu w Karakole mieliśmy już pewność, że świat wie o naszych górskich planach. Przeczekaliśmy najgorszą ulewę, a kiedy deszcz nieco zelżał, zarzuciliśmy plecaki na plecy i udaliśmy się na targ, skąd chcieliśmy złapać marszrutkę lub taksówkę do Jergalanu. Po negocjacjach z miłym panem taksówkarzem ruszyliśmy w podróż – za 200 somów (ok. 12 zł) mieliśmy zostać zawiezieni do Jergalanu (ok. 45 km.). Ta stawka od początku wydawała nam się nierealna (zbyt niska), więc łamanym rosyjskim tłumaczyliśmy taksówkarzowi z pomocą telefonu, gdzie chcemy dotrzeć. Pan przytakiwał i mówił, że wsio haraszo. Efekt był taki, że zostaliśmy wywiezieni do resortu Jergalan, zupełnie w przeciwnym kierunku. Po kolejnych tłumaczeniach i szczerych przeprosinach ze strony Pana taksówkarza, ruszyliśmy we właściwym kierunku. Po około godzinie dotarliśmy na piękny koniec kirgiskiego świata, do wsi Jergalan, a za podwózkę zapłaciliśmy 1000 somów (ok. 60 zł), plus 200 somów (ok. 12 zł) za nieplanowaną wizytę w resorcie Jergalan (choć Pan wcale nie domagał się tych pieniędzy). Uff, trekking jeszcze się nie zaczął, a już jest ciekawie!

Piękny koniec kirgiskiego świata – Jergalan.

Posiłkując się głównie aplikacją w telefonie ustaliliśmy mniej więcej, w którą stronę powinniśmy się kierować i około południa rozpoczęliśmy naszą przygodę. Przekroczyliśmy całkiem żwawo płynący strumyczek, zapozowaliśmy do sesji zdjęciowej z dwiema Kirgizkami z dzieciakami, które koniecznie chciały mieć z nami zdjęcie i powoli oddalaliśmy się od cywilizacji. Zamiast ludzi towarzyszyły nam krowy, a my sunęliśmy zieloną doliną gdzieś tam, ku dziczy. Jergalan położony jest na wysokości prawie 2300 m.n.p.m. – dziwnie było wędrować ze świadomością, że startujemy z wysokości, na którą w Polsce mogą pozwolić sobie tylko najwyższe partie Tatr.

„Alpinisty!” Niestety nie, zwykłe górołazy…
Powoli oddalamy się od cywylizacji, Jergalan zostaje w tyle.
Fragment trasy wiódł takim oto wygodnym traktem, gdzie minęły nas nawet 2 samochody!

Świat ewidentnie litował się nad nami, bo zza chmur wyszło słońce! Minęliśmy położone w dolinie jurty, w których można było przenocować i szliśmy dalej, cały czas wzdłuż potoku. Choć wydawać by się mogło, że trasa, jaką zaplanowaliśmy na pierwszy dzień była dość prosta, to jednak do podejścia mieliśmy około 800 metrów. Czasem musieliśmy zastanawiać się, którędy iść, ale generalnie aplikacja maps.me prowadziła nas dość pewnie. Po około 15 kilometrach i prawie 6 godzinach w drodze dotarliśmy do miejsca, w którym postanowiliśmy rozbić obóz.

Czasem nawet można było spotkać jakieś szlakowskazy… Czasem.
Zasłużony odpoczynek w sercu Niebiańskich Gór.
Przekraczamy strumyk.
Gdzieś tu za chwilę rozbijemy namiot…
I jest! Pierwsza noc na wysokości około 3100 m.n.p.m.

Namiot rozbiliśmy w pobliżu rzeki Terim-Tor Bulak, aby mieć dostęp do wody (używaliśmy tabletek do odkażania wody lub też po prostu ją gotowaliśmy). Szybko się okazało, że kiedy tylko słońce schowało się za okolicznymi szczytami, jest paskudnie zimno. Bez zbędnych ceregieli władowaliśmy się więc do namiotu i tam przygotowaliśmy kolację (liofilizaty). Konie pasące się w okolicy były wyraźnie zaintrygowane naszą obecnością i zaglądały nam nieśmiało do namiotu. Wieczór spędziliśmy obserwując księżyc wyłaniający się znad szczytów i gwiazdy migoczące na niebie, a w nocy nie bez zaskoczenia odkryłam, że dygoczę z zimna w śpiworze z komfortem -2. To nie była ciepła noc, ale szczęśliwie udało się połączyć nasze śpiwory i nie zamarzłam. Kolejny mały sukces!

Dobry wieczór, w czym możemy pomóc? 😉

DZIEŃ 2

Obudziliśmy się dość wcześnie, ale przejmujące zimno sprawiło, że stanowczo odmówiłam wychylenia nosa z namiotu dopóki słońce nie wychyli się zza gór. Trawę pokrywał szron, ale pierwsze promienie słońca szybko podniosły temperaturę o kilka stopni. Zjedliśmy śniadanie w przepięknej scenerii (tylko my i konie) i ruszyliśmy w dalszą drogę. Drugiego dnia czekało nas zaskakująco męczące podejście na przełęcz Terim-Tor (3470 m.n.p.m.), które mocno dało mi w kość. Szliśmy przez trawy i kamienie, po nierównym podłożu – w Kirgistanie ciężko liczyć na wygodne, wydeptane i oznakowane szlaki. Widoki wynagradzały nam jednak wszystkie niedogodności. Po odpoczynku na przełęczy rozpoczęliśmy zejście do kolejnej doliny – było trochę emocjonująco, momentami droga była zarośnięta przez chaszcze i na dodatek całkiem stroma. Prawdziwe emocje czekały na nas jednak w dolinie, gdzie trzeba było przekroczyć rzekę Turgon-Ak-Suu.

Ośnieżone szczyty gór Tien Szan to właśnie to, co chciałam zobaczyć, kiedy wychyliłam się w końcu z namiotu.
Sceneria była tak sielska, że można było przez nieuwagę zapomnieć o mozole…
Za chwilę opuścimy tę dolinę, wejdziemy na przełęcz i rozpoczniemy zejście do sąsiedniej dolinki – równie pięknej.
Po drugiej stronie. Tu jest równie pięknie!

Niby gdzieś tam czytaliśmy, że przez rzekę przerzucony jest mostek, ale jakoś mostka ani widu, ani słychu. Szczęśliwie w tym miejscu przebiega droga, a przy drodze stoją pasterskie jurty, są więc ludzie, do których zwróciliśmy się o pomoc. Miły Kirgiz, który kręcił się w pobliżu, od razu zaproponował, że za 500 somów (ok. 30 zł) przewiezie nas przez tę rzekę na koniu. Zgodziliśmy się bez wahania.

Przeprawa przez tę rzekę była prawdopodobnie najbardziej stresującym momentem w trakcie całego wypadu do Kirgistanu. Koń szybko zanurzył się w wodzie po brzuch, a ja trzymałam się biednego pana Kirgiza tak mocno, że pewnie do dziś ma siniaki. Podobno Kirgizi rodzą się w siodle – ja się w siodle na pewno nie urodziłam. Grunt, że udało się przedostać na drugą stronę względnie suchą stopą… Po przekroczeniu rzeki podeszliśmy jeszcze trochę w stronę kolejnej przełęczy, ale w końcu zdecydowaliśmy się na rozbicie namiotu sporo wcześniej, niż to zakładaliśmy. Chcieliśmy nocować nad jeziorem Boz-Uchuk, jednak ostatecznie zostaliśmy w dolinie przy strumyku. Obawialiśmy się, że nie damy rady dotrzeć do jeziora, a nie chcieliśmy nocować w miejscu bez dostępu do wody.

A może jeszcze trochę jazdy konnej bez umiejętności jazdy konnej?
O konnym trekkingu pod Pikiem Lenina przeczytasz TU.

Zachciało mi się przygód! Nie próbujcie tego w domu.
Nasz wybawca koń i miły Pan Kirgiz sterujący koniem.
Z tej przełęczy w oddali przychodzimy (Terim-Tor, 3470 m.n.p.m.) i wdrapujemy się na kolejną przełęcz. W sumie ten trekking sprowadzał się do przekraczania przełęczy.
Obóz rozbity. Teraz czas na jedzenie i idziemy spać!

Drugiego dnia przeszliśmy zaledwie około 12 kilometrów, ale taka dawka mozołu w zupełności nam wystarczyła. W trasie byliśmy około 6 godzin, idąc spokojnym tempem i robiąc sporo przerw. Wieczorem oglądaliśmy jeszcze, jak pasterze zaganiają kozy w dolinę, a w nocy na niebie migotały tysiące gwiazd. Ale nam było dobrze w tym Kirgistanie!

DZIEŃ 3

Obudził nas tętent kopyt. Okazało się, że rozłożyliśmy namiot w pobliżu ścieżki, którą zwyczajowo przechadzają się krowy. Na szczęście miejsca starczyło i dla nas i dla nich. Zjedliśmy śniadanie w towarzystwie ciekawskiego bydła i powoli ruszyliśmy pod górę, mijając co jakiś czas stadka koni. Dość sprawnie udało nam się dotrzeć do przełęczy Boz-Uchuk Ashuu, a wkrótce także do bajecznego jeziora Boz-Uchuk (3460 m.n.p.m.), gdzie spędziliśmy dobre kilkadziesiąt minut w zachwycających okolicznościach przyrody.

Pełna sielanka. Zielona dolina i pasące się wolno konie.
Jezioro Boz-Uchuk (3460 m.n.p.m.). Ot, taki mały kawałek nieba na ziemi.
I wiecie co? Byliśmy tam zupełnie sami.
Pora na zejście…

Choć nad nieprzyzwoicie pięknym jeziorem Boz-Uchuk moglibyśmy spędzić cały dzień, trzeba było ruszać dalej. Wdrapaliśmy się więc – co za niespodzianka – na kolejną przełęcz, tym razem na wysokości 3516 m.n.p.m. Stąd ścieżka prowadziła nas w dół, na dno doliny, a my wiedzieliśmy, że potem czeka nas kolejne męczące podejście. Postanowiliśmy więc przechytrzyć świat i nie schodzić na samo dno, tylko strawersować zbocze przez rumowisko skalne. I tutaj złota rada od Musu Mozołu: nigdy nie róbcie takich rzeczy. Rumowiska skalne w Kirgistanie to nie są elegancko poukładane bloki skalne, jakie można spotkać w Tatrach. To przypadkowa rozsypanka wielkich kamoli, które tylko czekają na to, żeby usunąć się wam spod nóg i wywołać skalną lawinę. Serio. Pomysł przejścia przez to rumowisko był wybitnie głupi i nie jestem z niego dumna, kosztowało mnie to dużo stresu i cieszę się, że nie zginęliśmy przygnieceni kilkoma tonami skał. Tak więc nie polecam. Niestety nie posiadam żadnych zdjęć z tego fragmentu trasy, gdyż byłam zajęta walką o życie i przeklinaniem własnej głupoty.

Szczęśliwie dotarliśmy do kolejnej doliny, gdzie trzeba było przekroczyć całkiem bystro płynącą rzeczkę Jergen. Zajęło nam to dobrych kilkadziesiąt minut, bo o ile Marek był w stanie z gracją skakać po już leżących kamieniach, ja potrzebowałam kilku dodatkowych kamieni ułożonych w strategicznych miejscach… Udało nam się jednak przekroczyć rzekę względnie suchą stopą. Potem jeszcze tylko kolejne już tego dnia podejście (a następnie zejście i jeszcze jedno podejście…) i mocno już umordowani dotarliśmy nad jezioro Ailanysh (3445 m.n.p.m.), gdzie rozbiliśmy namiot. To był bardzo intensywny dzień.

Tu akurat ścieżka doskonale widoczna.
Ten szkielet nie nastraja optymistycznie…
Przechodzimy przez odnogę rzeczki…

Przy okazji tego dnia udało mi się chyba obrazić Pana Kirgiza. Kiedy byliśmy w trakcie ostatniego podejścia nad jezioro i ewidentnie brakowało mi już sił, nagle znikąd wyrósł na koniu pasterz, który dał nam po cukierku, a potem zaproponował, że weźmie mój plecak i zawiezie go pod jezioro. Oczywiście odmówiłam, bo to pogwałcenie wszystkich zasad Musu Mozołu. Zgoda – jestem wykończona i w sumie trochę umieram, ale przecież nie jest to ani pierwszy ani ostatni raz, więc z podniesioną głową wtargam dumnie ten plecak nad to jezioro! Pan Kirgiz patrzył na mnie dziwnie, nic a nic nie rozumiał, a kiedy konsekwentnie odmawiałam, rzucił pod nosem coś, czego nie zrozumiałam i odjechał bez słowa. Niestety nie umiałam wytłumaczyć po rosyjsku, czym jest mus mozołu. Choć dziś myślę, że może trzeba było pozwolić Panu Kirgizowi się wykazać i oddać mu ten plecak.

DZIEŃ 4

Poranek nad jeziorem Ailanysh był prawdopodobnie jednym z najlepszych górskich poranków, jakich doświadczyłam. Udało mi się nawet porządnie wyspać, więc śniadanie w otoczeniu gór, krów i jeziora smakowało wybornie. Nawet podejście na najwyższą w trakcie tego trekkingu przełęcz – Ailanysh pass (3671 m.n.p.m.) było dość bezbolesne, a zejście do doliny Ak-Suu z widokami na ośnieżone szczyty to już absolutny majstersztyk. Na dodatek towarzyszyły nam tłuste świstaki, które niewiele sobie robiły z obecności ludzi i odważnie wystawiały swoje pyszczki z norek. W dolinie spotkaliśmy pasterza Daniela, który zrobił sobie z nami selfie, wypytał nas o wszystko, a następnie zapisał zdjęcie w telefonie z adnotacją: Agnieszka i Marek z Polski. Ciekawe.

To zadziwiające, jak niewiele potrzeba do pełni szczęścia.
Na przełęczy Ailanysh (3671 m.n.p.m.) – wyżej już na tym trekkingu nie będzie.
Kolega ze szlaku.
Jedno z bardzo nielicznych oznakowań trasy.
Nie patrz tam w górę, niech cię nie kusi! My idziemy w dół!
Bardzo przyjemne, spacerowe wręcz zejście.
Zielony Kirgistan. Dolina Ak-Suu.
Agnieszka i Marek z Polski oraz Daniel z Kirgistanu.
Warto dźwigać ciężki plecak, warto wypluwać płuca na podejściach, warto ociekać potem. Dla takich widoków, dla tych momentów – po prostu warto.

Bajka, prawda? Ale, ale… widzicie te chmury kłębiące się radośnie ponad pagórami? Chyba nie sądzicie, że te cumulo-cośtam wiszą sobie tam tak bez powodu? Jeszcze tego wieczoru wszystkie te cumulusy spadły nam na głowę! Szczęśliwie tak się złożyło, że akurat dotarliśmy do yurt campu. Było jeszcze bardzo wcześnie, około 14.30 i w sumie moglibyśmy iść dalej, ale kiedy zobaczyłam wygodną jurtę, usłyszałam, że można tu kupić zimną colę, a panie chętnie przygotują nam obiad, decyzja podjęła się sama. Zostajemy!

To była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć, bo jeszcze tego samego wieczoru zaczęło grzmieć i lać, a przestało dopiero za kilka dni. W jurcie przesiedzieliśmy także kolejny dzień, czekając na poprawę pogody, która nie nastąpiła. Za 2 noclegi dla 2 osób z pełnym, nieprzyzwoicie smacznym wyżywieniem, zapłaciliśmy 6200 somów (ok. 315 zł).

Jeszcze tylko ostatnie rzeka do przekroczenia i zaraz będziemy w jurcie.
Niech się schowają wszystkie Hiltony, ta jurta bije na głowę każdy hotel!
Odpoczynek w cieniu jurty. Zimna cola, zimne piwo, a za chwilę będzie ciepły, kirgiski obiadek. Prawdopodobnie to właśnie dla tej chwili przeleciałam te 5 tysięcy kilometrów do Kirgistanu.

DZIEŃ PIĄTY

Piąty dzień spędziliśmy leżąc i jedząc. Choć Pan Kirgiz kręcący się po okolicy spoglądał ze znawstwem w niebo i zapewniał, że to jedynie przejściowe opady, to lało cały dzień. W tej sytuacji postanowiliśmy nie wychylać nosa z jurty, podobnie jak para z Francji, która razem z nami postanowiła czekać do następnego dnia.

Nasz apartament. Świeża pościel, miękki materac i dach nad głową. Dziękuję światu, że postawił na naszej drodze tę jurtę akurat w momencie załamania pogody.
Manty. Byłam w stanie zjeść każdą ilość tego specjału.
Nasza jadalnia – cóż za luksusy!
Owieczka przyszła schronić się przed deszczem w jadalni.

DZIEŃ SZÓSTY

Rano nie było dużo lepiej… Deszcz nadal siąpił, ale postanowiliśmy ruszać dalej, bo bezczynne siedzenie w jurcie trochę nas już znudziło. Razem z nami ruszyli Francuzi. Czekało nas podejście na przełęcz na wysokość 3609 m.n.p.m., a więc jakieś 800 metrów w górę. Przez pierwsze kilkadziesiąt metrów mieliśmy nawet własnego przewodnika… Kilkuletni chłopiec, który także mieszkał w yurt campie, postanowił że pokaże nam, którędy trzeba iść. Wczuł się w swoją rolę wyjątkowo mocno i stanowczo wydawał komunikaty – trzymać się ścieżki, nie zbaczać ze szlaku (który i tak był ledwo widoczny), a przy tym biegał w górę i w dół jak mały samochodzik… Ja sapałam jak ciężki TIR na podjeździe… W końcu chłopczyk stwierdził, że nie może już iść dalej i musimy radzić sobie sami… Daliśmy mu mały napiwek i snickersy, pożegnaliśmy się także z Francuzami (oni szli szybciej niż my) i ruszyliśmy w deszczu w stronę chmur, mgieł i niewidocznej przełęczy…

Nasz młody przewodnik, który koniecznie chciał przymierzyć mój plecak i biegał z nim szczęśliwy po okolicy…
Po czterech przepięknych dniach trekkingu mozół wrócił. Idziemy gdzieś tam, w tę mgłę.
Na przełęczy, na wysokości ponad 3600 m. deszcz powoli zamieniał się w śnieg. Było wietrznie, zimno i niespecjalnie przyjemnie.
Schodzimy z przełęczy. Niewiele widać, trochę się stresuję, że zgubimy się gdzieś w samym środku kirgiskiej dziczy.

Podejście zajęło nam 2 godziny, a zejście dłużyło się w nieskończoność. W pewnym momencie byłam przekonana, że się zgubiliśmy, bo wydawało mi się podejrzane, że idziemy tak długo… Próbowaliśmy odpalić aplikację maps.me na telefonach, ale nie byliśmy nawet w stanie odblokować naszych urządzeń! Było zimno i mimo, że mieliśmy oczywiście rękawiczki, nasze dłonie były tak zmarznięte, że ekrany dotykowe nie reagowały na dotyk… Dodatkowo nie pomagał padający deszcz. Świetnie. Właśnie tu, teraz, w tej chwili i w tym miejscu chciałam się zgubić.

Szliśmy więc tak jak nam się wydawało, trzymając się słabo wydeptanej ścieżki. W pewnej chwili w oddali ujrzeliśmy człowieka jadącego konno w naszym kierunku! Co za radość! Kiedy Kirgiz podjechał do nas, zapytaliśmy oczywiście, czy dojdziemy tędy do Ałtyn-Araszanu? Kirgiz przytaknął, z jakiegoś powodu cały szczęśliwy i promienny. Powiedział, że to już blisko. To właśnie chciałam usłyszeć.

Dopiero jakiś czas później uświadomiłam sobie, że jeśli jakiś człowiek jadący na koniu mówi wam, że coś jest blisko, to najczęściej to jeszcze bardzo daleko. Tak też było i tym razem. Szliśmy jeszcze z dobrą godzinę (łącznie około 2,5 h), aż w końcu naszym oczom ukazały się zabudowania kurortu Ałtyn-Araszan.

Słowo „kurort” używane jest zdecydowanie na wyrost, ale to nie miało żadnego znaczenia. Weszliśmy do pierwszego lepszego guesthouse’a, poprosiliśmy o nocleg (3800 somów za 2 os. z pełnym wyżywieniem, ok. 190 zł, drogo!) i zdjęliśmy z siebie przemoczone ubrania. Fakt, że w łazience nie było ciepłej wody rozczarował mnie tylko trochę, bo przecież Ałtyn-Araszan słynie z gorących źródeł! Zjedliśmy więc pyszny obiad, wypiliśmy litry czaju i udaliśmy się do spa… Pół godziny leżenia w gorącej wodzie to więcej, niż mogłabym w tamtej chwili oczekiwać od świata!

W tej szopie mieści się najprawdziwsze spa… Gorące źródła!
Pozdrowienia ze spa!

Wieczór spędziliśmy w jadalni nad czajniczkiem czaju, zastanawiając się, co dalej. Byliśmy mniej więcej w połowie naszego trekkingu, a przed nami było wejście na przełęcz Ala-Kul (prawie 4000 metrów). Wiedzieliśmy, że przy obecnych warunkach na pewno pada tam śnieg i pchanie się tam nie jest zbyt rozsądne. Bardzo chciałam zobaczyć jezioro Ala-Kul, które oglądałam wcześniej na niezliczonej ilości zdjęć, ale do tego potrzebowaliśmy dobrej pogody. Postanowiliśmy, że ostateczną decyzję podejmiemy następnego dnia rano.

DZIEŃ SIÓDMY

Niestety pogoda nadal nam nie sprzyjała – deszcz nie ustępował, dlatego zdecydowaliśmy się na przerwanie trekkingu i powrót do Karakolu. Zagadaliśmy z jakimiś ludźmi w jadalni, okazało się, że ktoś będzie jechał terenówką do Karakolu i możemy się z nim zabrać. Cena za samochód – 4000 somów (ok. 200 zł), pasażerów było czterech, więc każdy powinien zapłacić 1000 somów. Tutaj niestety muszę wspomnieć, że zostaliśmy nieco oszukani, a już na pewno potraktowani nieuczciwie – choć nie byliśmy w samochodzie sami, to okazało się, że pozostali pasażerowie to rodzina i znajomi kierowcy i oni nie płacą. Po krótkiej wymianie zdań zapłaciliśmy te 4000 somów. Cóż, ja wierzę, że karma wraca.

To nie miało już zresztą większego znaczenia, bo dotarliśmy do Karakolu, gdzie zameldowaliśmy się w hostelu i po raz pierwszy od tygodnia wzięliśmy prysznic. Zrobiliśmy pranie, wysuszyliśmy ubrania i nawet aż tak bardzo nie było nam szkoda przerwanego trekkingu.

Część osób wracało z Ałtyn-Araszanu takimi ciężarówkami.

Łącznie przeszliśmy około 65 kilometrów, spędziliśmy kilka cudownych dni w otoczeniu zachwycającej, kirgiskiej przyrody, a także parę mniej przyjemnych chwil, kiedy niebo postanowiło spaść nam na głowy. Ten trekking był najpiękniejszym doświadczeniem, jakie miałam okazję przeżyć w Kirgistanie. Góry Tien-Szan, choć nie zawsze niebiańskie, warte są każdego mozołu!

W kirgiskim mozole wspierała nas Chiruca i jej buty, które dzielnie radziły sobie w każdych warunkach. PRZECZYTAJ recenzję butów Telma GTX Chiruca (model damski)



3 myśli na temat “Kirgistan: trekking z Jergalanu do Ałtyn-Araszanu

  1. Pierwszy raz tu trafiłam (z grupy na fejsie) i aż muszę napisać komentarz! Dawno nie czytałam tak dobrze napisanego posta na blogu, bardzo przyjemnie się czyta, momentami się śmiałam, momentami rozpływałam przez te bajeczne krajobrazy, a przy rumowisku skalnym aż się zmartwiłam! Serdecznie pozdrawiam i ogłaszam przy okazji, że będę tu zaglądać, bo sama szukam natchnienia i inspiracji do podróży (na rosyjski Kaukaz – prawdopodobnie).

    1. Hej! Bardzo mi miło czytać taki komentarz 🙂 Mam nadzieję, że rozgościsz się na Musie Mozołu na dobre, zapraszam 🙂 Pozdrawiam i trzymam kciuki za poszukiwania inspiracji.

Dodaj komentarz