Kilimandżaro: mozołu historia prawdziwa. Część II – „W TRAKCIE”

Druga część historii o mozole na Kilimandżaro to przelot do Afryki, który sam w sobie potrafi sponiewierać i początek trekkingu. Powoli, dostojnie będziemy dreptać przez gęsty, deszczowy las tropikalny i dotrzemy do pierwszego obozu. Drugiego dnia trekkingu wdrapiemy się na 3750 metrów. Pierwsze łyki ginger tea, pierwsza bezsenna noc w namiocie, zaskakujące odkrycia w dziedzinie higieny osobistej i dużo leżenia w namiocie – chodźcie ze mną na Kilimandżaro, będzie fajnie!

PRZECZYTAJ TEŻ:
KILIMANDŻARO: mozołu historia prawdziwa. Część I – „PRZED’

Skąd mi się to Kilimandżaro wzięło? Czego się obawiałam i po co tam poszłam? Skąd wzięłam pieniądze i gdzie szukałam kondycji? W skrócie – wszystko, co chcecie wiedzieć o moim trekkingu na Kilimandżaro, zanim jeszcze go rozpoczęłam!

Nasz mozół rozpoczął się oficjalnie 1 września 2018 roku na lotnisku Okęcie. Dotarliśmy tam po południu, poznaliśmy się z ekipą, z którą przez najbliższe kilkanaście dni przyszło nam dzielić mozoły, a także z naszym liderem. Następnie zapakowaliśmy się do samolotu lecącego do Amsterdamu. Po krótkim locie czekała nas przesiadka i nocny lot do Nairobi w Kenii. Potem jeszcze całodzienna przeprawa kenijskimi i tanzańskimi drogami do Moshi, aż w końcu po mniej więcej 24 godzinach podróży przybyliśmy do naszego hotelu. Wiecie, że samo dotarcie pod Kilimandżaro jest świetną rozgrzewką przed mozolnym trekkingiem? Niewyspana i zmaltretowana przez trudny podróży, czułam, że jestem gotowa na zmierzenie się z Górą! 

Samolot, którym przeprawiliśmy się z Amsterdamu do Nairobi.
W busie gdzieś w Tanzanii.
Takim busem jechaliśmy z Nairobi w Kenii do hotelu w Moshi w Tanzanii. Kilka godzin w drodze. Nasze bagaże jechały na dachu. Strat w ludziach ani w sprzęcie nie zanotowano.

Mozół czas zacząć!

W poniedziałek rano, niespecjalnie wypoczęci, ale za to zdecydowanie podekscytowani, przygotowaliśmy nasze bagaże – główny, niesiony w czasie trekkingu przez tragarzy i podręczny, z którym nie rozstawaliśmy się na krok – i zapakowaliśmy się do busa. Po mniej więcej godzinie dojechaliśmy tam, gdzie miała rozpocząć się nasza przygoda – pod bramę Machame Gate. Teraz nie było już odwrotu – Góra czeka! Co czułam chwilę przez rozpoczęciem swojego pierwszego trekkingu na pięciotysięcznik? Ciekawość, ale nie taką zwykłą. To była ciekawość rozmiarów Kilimandżaro. Jak będzie wyglądał szlak? Jak szybko będziemy iść? Co będziemy jeść? Czy będzie zimno? Jak wygląda dżungla, którą wiedzie szlak pierwszego dnia? Jak będą wyglądały obozy? Czy odczuję na swojej skórze skutki choroby wysokościowej? Jaka będzie pogoda? Jakie będą widoki? Czy moja kondycja jest wystarczająca? Czy nie mam już przypadkiem malarii? O dziwo, wcale nie zastanawiałam się, czy dam radę wejść na sam szczyt. Tak naprawdę o samym szczycie na serio zaczęłam myśleć niewiele przed jego zdobyciem, wcześniej wydawał się zbyt odległy, żeby zaprzątać sobie nim głowę. No, ale wróćmy pod bramę Machame Gate. Formalności przed wejściem do parku zajmują trochę czasu, ekipa naszych dzielnych tragarzy przygotowuje się do drogi, a my odbieramy prowiant na pierwszy dzień i czekamy grzecznie pod wiatą przy wejściu na szlak Machame. To dobry moment, żeby napisać kilka słów o szlakach wiodących na Kilimandżaro.

Zaczynamy! Jesteśmy na wysokości 1650 m.n.p.m. przy bramie Machame Gate.
Ekipa tragarzy też szykuje się do mozołu.
Jeśli góra życzy miłej wspinaczki, to chyba musi być dobrze!
Taką opaskę zakupiłam za całe 2 dolary. Założyłam pierwszego dnia i nie zdjęłam do końca trekkingu!
Lunchpakiet. Dużo i dobre! 🙂

Przepraszam, którędy na Kilimandżaro?

Na Kilimandżaro prowadzi 6 (niektórzy piszą, że 7) różnych dróg. Najpopularniejsza jest (podobno) Coca-Cola Route, czyli Marangu Route. Na tej drodze czekają nas prawdziwe luksusy – śpi się tu w schroniskach. My zdecydowaliśmy się na niemniej chyba popularną Machame Route (czyli Whiskey Route) z noclegami w namiotach. Czekało na nas trochę ponad 60 kilometrów mozołu rozłożonego na 7 dni – to nie brzmi dramatycznie, prawda? Dołóżmy do tego fakt, że to przecież porterzy odwalają najcięższą robotę – niosą nasz bagaż główny, namioty, stoły i krzesła do namiotu, który pełni funkcję jadalni, jedzenie, a nawet… przenośną toaletę. Kiedy docieramy do kolejnych obozów, nasze namioty są już rozłożone, jedzonko właśnie się gotuje, a my możemy w spokoju regenerować sponiewierane organizmy. Brzmi lajtowo, prawda? Wychodzi na to, że moją jedyną rolą w całym przedsięwzięciu pod tytułem „Kilimandżaro” jest po prostu iść pod górę, a potem leżeć a namiocie!

Jak się z tym czułam? Na początku dziwnie. Nie przywykłam do tego, że ktoś niesie mój bagaż. I rozkłada mi namiot. I gotuje na szlaku. Generalnie lubię radzić sobie sama, tyle tylko, że na tę górę sama bym nie wlazła. Im wyżej wchodziliśmy, tym większa była moja wdzięczność dla naszej ekipy, która dbała o to, żeby niczego nam nie brakowało. Tak więc względnie szybko i bezboleśnie zaakceptowałam fakt, że tym razem mozołu będzie trochę mniej. Ale czy na pewno mniej…? Podczas pierwszego podejścia na wysokość 4600 metrów zrozumiałam, że się myliłam. Mozołu na Kilimandżaro mi nie zabraknie, nawet jeśli dobrzy ludzie ugotują mi obiad i rozstawią namiot!

Śniadanie na trekkingu. Przygotowane i podane, nic tylko siąść i jeść.
Porterzy dźwigają ciężary, z jakimi ja daleko bym nie zaszła.
Widok z obozu Karanga Camp – 3995 m.n.p.m.

Plan naszego trekkingu dzień po dniu przedstawiał się następująco:

DZIEŃ 1
Machame (brama parku) 1640 m.n.p.m. – Machame Camp 2850 m.n.p.m.
DZIEŃ 2
Machame Camp 2850 m.n.p.m. – Shira Camp 3750 m.n.p.m.
DZIEŃ 3
Shira Camp 3750 m.n.p.m. – Lava Tower 4600 m.n.p. – Barranco Camp 3900 m.n.p.m.
DZIEŃ 4
Barranco Camp 3900 m.n.p.m. – Karranga Camp 3980 m.n.p.m.
DZIEŃ 5
Karranga Camp 3980 m.n.p.m. – Barafu Camp 4673 m.n.p.m.
DZIEŃ 6
Barafu Camp 4673 m.n.p.m. – UHURU PEAK (czyli najwyższy wierzchołek masywu Kilimandżaro) 5895 m.n.p.m. – Millenium Camp 3800 m.n.p.m.
DZIEŃ 7
Millenium Camp 3800 m.n.p.m. – Mweka Gate 1800 m.n.p.m.

W drogę! Niewinne mozołu początki.

Ruszamy! Pierwszy dzień to trasa wiodąca przez gęsty las deszczowy. Widoków tu nie uświadczymy, jest za to ciasno, gęsto i zielono. Co chwila mijają nas tragarze, przyzwyczajamy się do powoli do pozdrowień na szlaku. Mambo, jambo, pole, pole – słyszymy na każdym kroku. Moje obawy dotyczące tempa, jakim będziemy iść, na szczęście się rozwiewają – idziemy spokojnie, niemalże dostojnie. Nie bez powodu wszyscy powtarzają pole, pole, czyli powoli, powoli. Nie jest sztuką wypluć płuca pierwszego dnia, trzeba pamiętać, że przed nami 4 tysiące metrów wspinaczki! Dość  bezboleśnie pokonujemy nieco ponad 10 kilometrów łagodnego podejścia i po kilku godzinach docieramy do pierwszego obozu – Machame Camp. Nie mam żadnych wątpliwości, że to było jedynie preludium, niewinna zapowiedź mozołu, który czeka na nas wyżej.

Trekkingu dzień 1. Zielono, gęsto, ciasno. Wielkiego szału nie ma, czekam cierpliwie, aż wyjdziemy z lasu.
Odpoczynek. Naszym tragarzom należy się nawet bardziej niż nam!

Wiedziałam, że Kilimandżaro nie jest górą dla introwertyków, bo ciszy i spokoju raczej się tu nie uświadczy. Ilość turystów w obozach przerosła jednak moje najśmielsze oczekiwania. To prawdziwe namiotowe miasteczko! Po zameldowaniu się w namiotach przyszedł czas na obchód obozowych luksusów. Toaleta? Proszę bardzo! Instrukcja używania przenośnego tojtoja wzbudziła ogólną wesołość. Woda do mycia? Oczywiście! Niewiele, nie zawsze ciepła, ale jest! Muszę jednak szczerze przyznać, że wraz ze zdobywaną wysokością spadał mój zapał do mycia się w lodowatej wodzie… W ogóle szybko okazało się, że higiena jest przereklamowana, a głowę spokojnie można myć raz na tydzień. Potwierdzam.

Pierwsza kolacja w naszym namiocie jadalnym dała mi odpowiedź na pytanie, co i jak będziemy jeść. Otóż – dużo i dobrze! Ok, byli i tacy, co narzekali, ale ja na Kilimandżaro miałam niewytłumaczalny, niepodobny do mnie wielki apetyt. Zjadłabym chyba wszystko, co zaserwowałby nam nasz kucharz i wychwalała jego talent pod niebiosa! (oprócz ginger tea. To było gorsze niż atak szczytowy). Do dziś pamiętam radość z arbuza i awokado, które niespodziewanie pojawiły się na stole. Czy to jeszcze w ogóle jest mozół, czy już pławienie się w luksusach?

Wieczorem Góra ukazała nam na chwilę swoje oblicze – okazało się, że tam, za chmurami, kryje się olbrzymia skalista ściana z pokrywą śniegu. Niestety, tak szybko, jak się ukazała, tak się schowała i nie zdążyłam nawet zrobić zdjęcia. Przynajmniej miałam jednak dowód na to, że tam w górze coś jest!

Selfie z obozu I. 2850 m.n.p.m. Żyjemy, mamy się świetnie, chcemy wyżej!
Prezentacja przenośnej toalety. Żałujcie, że nie czujecie tych zapachów! Z każdym kolejnym obozem zapachy okołotoaletowe przestawały mieć jednak jakiekolwiek znaczenie.
Mozołu po nas jeszcze nie widać.

Wyjście z lasu, czyli mozołu dzień drugi

O godzinie 6.30 rano, po pierwszej bezsennej nocy w namiocie, obudzona przez naszych tragarzy rozdających ginger tea, zrozumiałam, że mozół nie zostawił mnie samej i ciągle ze mną jest. Och, właśnie, ginger tea. Ten wynalazek zasługuje na oddzielny akapit. To moje najbardziej traumatyczne wspomnienie z Kilimandżaro. Herbata z imbirem, ostra w smaku, obrzydliwa i odrażająca, ale wspomagająca proces aklimatyzacji. Płakałam i piłam, bo czego się nie robi, żeby wejść na szczyt!

Drugi dzień trekkingu nie zapowiadał jakichś szczególnych dramatów. Do pokonania mieliśmy około 10 kilometrów i około 1000 metrów podejścia z obozu Machame Camp do Shira Camp, na wysokość prawie 3800 metrów. Zapowiedź „wyjścia z lasu” dodatkowo mobilizowała, bo naszym oczom miały wreszcie ukazać się jakieś widoki – inne niż zielone krzaczory!

Przygotowania do wymarszu. Chwila spokoju podczas porannej krzątaniny.
Wyszliśmy z lasu! Zaczyna być interesująco. Festiwal chmur trwa.
Na trasie. Trudności technicznych brak. Pole, pole – powoli w górę!
…daleko jeszcze…?
Afrykańska ziemia skryta pod afrykańskimi chmurami.
Nasz lider odpoczywa na postoju. Siła, spokój i kilkaset wejść na szczyt.

Dreptaliśmy sobie więc, a krajobraz powoli się zmieniał. Zrobiło się bardziej surowo, pustynnie, ale i ciekawiej, bo trzeba było łazić po wielkich głazach. Drugiego dnia czułam się dobrze. Przypomniały mi się długie kilometry poniewierki na Głównym Szlaku Beskidzkim. Szłam w swoim rytmie – ja i mój mozół, krok za krokiem, pilnując oddechu,by za bardzo nie przyspieszał i podziwiając widoki. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy do drugiego obozu – Shira Camp na wysokości 3750 m.n.p.m. Tu już wyraźnie czuć było niższą temperaturę. Zameldowaliśmy się w swoim namiocie, tradycyjnie robiąc w nim nieprawdopodobny bałagan, połaziliśmy chwilę po okolicy, zjedliśmy kolację, a potem oddałam się mojemu ulubionemu zajęciu podczas trekkingu – leżeniu w namiocie (generalnie zdobywając Kilimandżaro albo szłam pod górę, albo leżałam w namiocie). Jutro czekał nas dzień, w którym mieliśmy przekroczyć 4000 metrów. Tak wysoko jeszcze nigdy nie byłam.

O pierwszym wejściu na 4600 m.n.p.m. przeczytacie w kolejnym wpisie na temat Kili!

Surowy krajobraz Kilimandżaro
Na szlaku. Idziemy we mgły!
Bliżej niezidentyfikowana roślinność 🙂
Pozdrowienia z namiotu! Popołudniowy wypoczynek na 3750 m.
Widoki z namiotu. I po co komu pięć gwiazdek?

2 myśli na temat “Kilimandżaro: mozołu historia prawdziwa. Część II – „W TRAKCIE”

Dodaj komentarz