Kilimandżaro: mozołu historia prawdziwa. Część I – „PRZED”

8 września 2018 roku stanęłam na szczycie Kilimandżaro – nawet w tej chwili brzmi to dla mnie dość nierealistycznie. Zapraszam na pierwszy z serii wpisów o afrykańskim mozole. Skąd mi się to Kilimandżaro wzięło? Czego się obawiałam i po co tam poszłam? Skąd wzięłam pieniądze i gdzie szukałam kondycji? W skrócie – wszystko, co chcecie wiedzieć o moim trekkingu na Kilimandżaro, zanim jeszcze go rozpoczęłam! Zapraszam!

Dlaczego Kilimandżaro? Bo to nie dla mnie!

Wymyśl sobie Kilimandżaro. Ot tak po prostu, nie wiadomo skąd i dlaczego, ale uprzyj się, że wejdziesz na Dach Afryki. Mieszkaj akurat w Belgii, zajadaj się czekoladą i rozpaczaj nad zanikającą kondycją. Udawaj sama przed sobą, że jedziesz w góry, kiedy wyskakujesz pochodzić trochę po ardeńskich, niepoważnych pagórkach. Ale jednocześnie twardo obstawaj przy swoim. Wejdziesz na Kilimandżaro, bo tak sobie wymyśliłaś.

8
Nie będę Was trzymać w niepewności. Weszłam, a nawet weszliśmy!

Kilimandżaro pojawiło się w mojej głowie gdzieś w okolicach 2016 roku, kiedy byłam na wolontariacie w Belgii. Nie zliczę już, ile razy odpowiadałam na pytanie: no dobrze, ale dlaczego akurat Kilimandżaro? Najgorsze jest to, że sama nie bardzo wiedziałam, a najbliższą prawdzie odpowiedzią wydawało się pytanie: a dlaczego nie? Mozół lubi wyzwania, a wdrapanie się na dach Afryki brzmiało dość wyzywająco. No i mam słabość do najwyższych szczytów, choćby i tych (zwłaszcza tych!), których nie widać, jak najwyższe szczyty Beneluksu lub najwyższy szczyt Malty.

3
Oto sprawca całego zamieszania.

Dziś tak naprawdę wydaje mi się, że nie chodziło wcale o Kilimandżaro, ani o tę czy tamtą górę. Nie mam listy szczytów do „zaliczenia” ani rekordów do pobicia. Mam za to potrzebę robienia rzeczy, o których kiedyś myślałam, że nigdy ich nie zrobię. Uwielbiam ten moment, kiedy na pierwszy rzut oka szalony pomysł, schowany gdzieś głęboko w szufladce umysłu z etykietką „nigdy w życiu, to nie dla mnie!”, przemyka sobie cichutko, niepostrzeżenie do szufladki „chcę, mogę i to zrobię!”. Tak właśnie było z Kilimandżaro. Poszłam tam, bo kiedyś myślałam, że to nie dla mnie.

Plan. A przynajmniej coś na kształt planu

Miej na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie pchać się na własną rękę na swoją pierwszą „poważną” górę. Zacznij przeglądać oferty agencji organizujących trekkingi na Kili i złap się za głowę. Oblicz, że potrzebujesz około 15 – 16 tysięcy złotych i przyjmij wyzwanie. W październiku 2017 roku wyjedź do Belgii na prawie pół roku i pracuj jako opiekunka starszego małżeństwa. W międzyczasie odbierz na messengerze wiadomość od jednego z fanów Musu Mozołu i umów się z nim na piwo na Grand Placu. Na trzecim spotkaniu rzuć od niechcenia: „ej, a może pojedziesz ze mną na Kilimandżaro”? i poczekaj na odpowiedź twierdzącą. Ustal termin – wrzesień 2018 roku. Czytaj blogi, relacje, oglądaj zdjęcia i filmy. Chodź na siłownię. W marcu 2018 roku pożegnaj się z Belgią i rzuć się w wir podróży. Na Malcie wstawaj o 6.30 rano, żeby pobiegać. Na Sycylii wdrap się na wulkan, zalicz kulinarny mozół na Pizzo Carbonara i daj się sprowokować Monte Cofano. W Kazachstanie wejdź w mozolnym stylu na prawie 4000 metrów. A po tym wszystkim przejdź Główny Szlak Beskidzki. Tak, teraz jesteś gotowa na Kilimandżaro!

5
Jestem gotowa! Albo i nie. Wkrótce się przekonam. Zdjęcie przy wejściu na szlak drogą Machame.

Nie myślcie sobie, że miałam bóg wie jakie doświadczenie górskie, o kondycji już nie wspominając. Pod koniec grudnia 2016 roku mój rekord wędrowania z plecakiem od schroniska do schroniska wynosił 5 dni (no, hardkor!), a największa wysokość, na jaką się wgramoliłam, to coś koło 3000 metrów (jakaś bezimienna przełęcz w Dolinie Aosty). Na dodatek stan mojego konta był opłakany – choć dziesięciomiesięczny wolontariat w l’Arche Bruksela pozostawił po sobie wyłącznie dobre wspomnienia, to jednak pieniędzy mi od tego nie przybyło. Konieczny był plan – racjonalny i przemyślany, a potem już tylko konsekwentna jego realizacja.

W okolicach maja skontaktowałam się po raz pierwszy z agencją, z którą zdecydowałam się jechać na trekking, a więc z Adventure 24. Wybrałam akurat tę agencję z uwagi na m.in. dostępne terminy wyjazdu i długość trekkingu. Sporo agencji ma oferty trekkingu 5-dniowego, a mi zależało na trekkingu 7-dniowym, co daje więcej czasu na aklimatyzację i zwiększa szansę na to, na co każdy ma nadzieję – zdobycie szczytu. Cena trekkingu, choć oczywiście wysoka, nie była absurdalna, tak więc decyzja zapadła. Jadę z Adventure24. Poza trekkingiem w ofercie było także dwudniowe safari. Uznałam, że skoro tłukę się taki kawał drogi, to warto będzie przy okazji zobaczyć jakiegoś słonia i żyrafę. Przyznaję jednak otwarcie – safari było dla mnie jedynie dodatkiem. Zrezygnowaliśmy z możliwości przedłużenia wyjazdu na Zanzibar, bo po pierwsze – wolę polecieć tam na własną rękę, a po drugie – dla mnie liczyła się przede wszystkim Góra.

1
No i jestem!

Nie jest tak, że nie miałam wątpliwości. Ciężko było mi obiektywnie ocenić swoje możliwości. Czy nie porywam się z motyką na słońce? Czy nie będzie tak, że wywalę kupę kasy, a potem zdechnę drugiego dnia trekkingu? Kilimandżaro to góra nietrudna technicznie, suma dziennie pokonywanych przewyższeń i odległości w czasie trekkingu jest zawstydzająca (w porównaniu chociażby do naszego mozołu na Głównym Szlaku Beskidzkim). Ale, ale! Trzeba mieć świadomość, że wspinamy się na wysokość 5895 m.n.p.m. Największą niewiadomą była dla mnie reakcja mojego organizmu na ten właśnie element. Nałogowo pochłaniam wszystkie możliwe książki górskie i okołogórskie, na temat wpływu wysokości i choroby wysokościowej naczytałam się niemało i przyznam, że pomimo obaw, byłam przede wszystkim ciekawa – jak to jest? Co będę czuła? Czy te straszne bóle głowy są rzeczywiście aż tak straszne? Czy naprawdę tak trudno tam oddychać? Musiałam przekonać się osobiście.

6
Mroźny poranek w jednym z obozów. Festiwal chmur trwa w najlepsze!

Nie mogę też nie wspomnieć o jednym, dość istotnym czynniku, a mianowicie towarzyszącej mi w moim mozole od kilkunastu już lat chorobie przewlekłej  – zesztywniającym zapaleniu stawów kręgosłupa. To choroba reumatyczna, moje przekleństwo i błogosławieństwo zarazem. Możecie wierzyć lub nie, ale bywają takie dni, że z trudem wstaję rano z łóżka, niemal każdy krok sprawia ból, a wizja wspinania się na jakąkolwiek górę jest bardziej odległa od Kilimandżaro. Zazwyczaj z pomocą farmakologii udaje się trzymać chorobę w ryzach, ale nie miałam żadnej pewności, że na tydzień przed trekkingiem moje stawy nie zechcą przypomnieć o sobie w najgorszy możliwy sposób. Paradoksalnie jednak – im jest gorzej, tym bardziej ciągnie mnie w góry. Niejedna wycieczka górska została zaplanowana właśnie w okresie zaostrzenia mojej choroby. Kto wie, czy w ogóle złapałabym górskiego bakcyla gdyby nie konieczność pokazania moim zbolałym stawom, kto tu rządzi. I skoro mozół wzywa na Kilimandżaro, to łykamy tabletkę i idziemy, bo góra sama się nie zdobędzie! Czy to w ogóle rozsądne pchać się na taką górę, kiedy wiem, do czego jest zdolna moja choroba? Nie wiem. Wiem natomiast, że góry mi się nie odwidzą i nie przestanę po nich chodzić. Lepiej niż jest teraz być może nie będzie nigdy, więc nie ma co czekać – trzeba spełniać marzenia.

2
Na szlaku. Do szczytu jeszcze kawał drogi!
Ostatnie przygotowania – wielki finał roku mozołu

Kilimandżaro miało być wisienką na torcie, mocnym, mozolnym akcentem po półrocznym okresie podróży. Nie było więc tak, że odliczałam dni i wyczekiwałam 1 września, bo zwyczajnie nie miałam na to czasu! Rok 2018 był dla mnie wyjątkowy, spędziłam go w głównej mierze pracując za granicą i podróżując. Chwilami czułam się nawet przytłoczona nadmiarem wrażeń, miejsc i osób. Pamiętam, jak chwilę po powrocie z miesięcznego wyjazdu do Kazachstanu siedziałam w knajpie w Krakowie (koncert Pearl Jamu!), a w telewizji eksperci od futbolu rozwodzili się akurat nad którymś z niechlubnych występów Polaków na mundialu. Siedziałam, gapiłam się w telewizor i nie mogłam się nadziwić, że kazachskie media poświęcają tyle miejsca na analizę gry Polaków. Mój mózg potrzebował dłuższej chwili, by zrozumieć, że jestem w Polsce i zainteresowanie żenującą grą Polaków jest jak najbardziej na miejscu.

7
Znowu w drodze. Znowu trzeba gdzieś iść. I znowu jest pod górę.

Po co o tym piszę? Żeby pokazać, że wyjazd na trekking na Kilimandżaro stał się dla mnie po prostu kolejnym wypadem – tym razem trochę dalej i wyżej niż dotychczas, ale nie miałam poczucia, że jadę spełniać Wielkie Marzenie, któremu jednak sporo podporządkowałam. W pierwszej połowie sierpnia wróciłam z Głównego Szlaku Beskidzkiego ledwo żywa, obolała i pałająca szczerą nienawiścią do gór. Wizja afrykańskich mozołów wydawała mi się okrutna – znowu poniewierka, spanie w namiotach, deszcz i zimno (a nawet ZIMNO, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam). Powoli, bez spinania się zaczęłam jednak kierować swoje myśli w stronę Kilimandżaro, trochę się nawet do tego zmuszając. Ekwipunek skompletowałam w oparciu o listę sprzętu przesłaną przez agencję i dostępną na stronie internetowej. Do wejścia na Kilimandżaro nie jest potrzebny żaden specjalistyczny sprzęt (raki, czekany i inne zabawki zostają w domu), musiałam dokupić jedynie komplet bielizny termicznej. Ubrania i sprzęt, których używałam do tej pory w górach okazały się wystarczające na Kilimandżaro (więcej na ten temat w następnych wpisach).

9
Widoki ze szlaku.

Gdzieś tam po drodze zaszczepiłam się jeszcze na żółtą febrę, skompletowałam apteczkę, wrzuciłam dobytek do dwóch plecaków, 50 i 30 – litrowych, w międzyczasie uspokajając rodziców i zapewniając, że mam zamiar stamtąd wrócić. Przecież większość wraca, mało tego, większość wchodzi nawet na szczyt ! – mój żelazny argument nie do końca jednak do nich trafiał. Na szczęście nie było już odwrotu. 1 września 2018 roku wsiedliśmy z Markiem do autobusu jadącego na Okęcie, by oficjalnie rozpocząć misję Kilimandżaro.


W następnym wpisie Kilimandżaro: mozołu historia prawdziwa. Część II – „W TRAKCIE” opiszę dokładnie przebieg samego trekkingu. Czy było bardzo pod górkę? Czy to prawda, że na wysokości nie ma się apetytu i dlaczego ja mogłam jeść za dwóch? Czy można mieć zadyszkę zaraz po wyczołganiu się ze śpiwora? Co jedliśmy? Gdzie spaliśmy? Jak sikaliśmy? Odpowiedzi na te kluczowe pytania nie możecie przegapić!

4 myśli na temat “Kilimandżaro: mozołu historia prawdziwa. Część I – „PRZED”

  1. Piękny, osobisty opis. I mega motywujący. Mam nadzieję, że dotrzesz nim do wielu osób. Jest 7 rano kiedy to czytam i już mi ustawiłaś dzień, wdzięczność i chęć działania – takie uczucia zostają ze mną po przeczytaniu tego wpisu.

    1. Jej, cieszę się, że mój mozół tak na ciebie działa 😀 😀 Kto wie, może i ty skończysz na Kili… 😉 😀

Dodaj komentarz